16.09.2025, 16:44 ✶
Postawa pana Greengrassa nie różniła się za bardzo od tej, którą prezentował podczas ich minionej wspólpracy. Anthony był tym nieco rozgoryczony, jak bywa człowiek, który przegryzł pestkę cytryny w wybitnie dobrym puddingu. Była to jednak jego wina i odpowiedzialność, że w ciągu swojego życia mało przykładał się do relacji z Greengrassami czy Abbottami, głównie przez wzgląd za skrajnie odmienne zainteresowania. Rośliny... istniały. Ich właściwości były niezaprzeczalne, podobnie jak pieniądze które stały za sprawdzaniem i eksportowaniem tychże specyfików. Nazwy mieszczące się w tabelach, obfitujące w liczby umieszczone tam przez skrupulatnych analityków nie miały zapachu, nie miały w sobie życiodajnego soku, nie miały zielni, której Shafiq i tak nie mógł dostrzec z racji wrodzonej wady. Widział złoto, a nie potrzebował ani Greengrassów ani Abbottów do tego, aby tym złotem obracać.
Teraz jednak żałował. Jego fiksacja na temat Doliny orbitowała przez ponad dwie dekady wokół Warowni, teraz jednak zatoczyła zdecydowanie szersze kręgi. Podobało mu się tutaj, gdy Jonathan na pociechę namówił go do poszukiwania kota Macbetha. Podobało mu się tutaj, gdy w gazecie obwieścili go bohaterem Doliny. Lubił to uczucie w klatce piersiowej, jakby słońce padało mu na twarz, a tegoż uczucia próżno było szukać w Londynie, czy też w Little Hangleton gdzie pośród cyprysów ukrył swój złoty i opustoszały grobowiec.
- Historia tak, lubię bardzo zaglądanie w karty przeszłości, by wyśledzić z niej powtarzające się wzorce, ale nie przypominam sobie, żeby Knieja była kiedykolwiek torturowana rozdarciem świata. - Uśmiechnął się smutno, niemal przepraszająco, zaraz jednak zmiarkował się, że mogło to wybrzmieć zbyt protekcjonalnie, a tak nie chciał brzmieć ani o jotę. Zaraz jednak jego twarz przeszła w całkiem nieukrywaną irytację, co było pewnym novum w ich kontakcie. Może Anthony chciał, szukał, kusił do odsłonięcia, ale też przy tym dziwnym tańcu odsłaniał się nieco sam. - Czyż nie jest to irytujące? Tak bardzo potrzeba nam rozwiązań systemowych, a nie pudrowania nosa. Źródło iskier... błądzimy jak mrówki oblane wrzącą wodą, nie wiedząc, tracąc kompas prawdzący ku tym, którym można zaufać. - Zacisnął szczękę. Rozluźnił ją. Dał wybrzmieć słowom. Greengrassowie zdawali mu się naturalnym sojusznikiem, wobec planów krążących w jego głowie. Atak Śmierciożerców na Knieję, oznaczał atak w tę konkretną rodzinę. Czy jednak byli gotowi by wyłonić się zza zielonych liści i zaryzykować swój zwyczajowo neutralny status wobec obyczajowej burzy i trwającej wojny domowej?
To była jego wina. Powinien bardziej dbać o te relacje wcześniej, nim pożar zagnał go do poszukiwania tych, którzy prószyli iskry.
- Może i jestem Shafiqiem, ale moja siostra nosi toż samo nazwisko co i pan, panie Greengrass. Jej mąż... Basilius odszedł w ubiegłym roku. Niestety nie mogłem być na pogrzebie. - W porę powstrzymał się, by nie powiedzieć prześmiewczego "Oregano", nie czas i miejsce był na takie żarty. Jackie.. to nie była karta po którą zwykł sięgać kiedykolwiek, zwłaszcza kiedy była poza krajem. Właściwie nigdy nie mieli pozytywnych stosunków, ale bliskość wyjazdu do Egitu i fakt, że Jackie również miała tam być spowodowały, że gdzieś to małe spowinowacenie zostało mimo wszystko przywołane. Anthony tymczasem sięgnął do kieszeni po papierośnicę, zaproponował elegancką podłużną cygaretkę najpierw jemu, potem sobie.
Mogliby być sąsiadami. Taka urokliwa okolica. Tylko te widma przez miedzę...
Teraz jednak żałował. Jego fiksacja na temat Doliny orbitowała przez ponad dwie dekady wokół Warowni, teraz jednak zatoczyła zdecydowanie szersze kręgi. Podobało mu się tutaj, gdy Jonathan na pociechę namówił go do poszukiwania kota Macbetha. Podobało mu się tutaj, gdy w gazecie obwieścili go bohaterem Doliny. Lubił to uczucie w klatce piersiowej, jakby słońce padało mu na twarz, a tegoż uczucia próżno było szukać w Londynie, czy też w Little Hangleton gdzie pośród cyprysów ukrył swój złoty i opustoszały grobowiec.
- Historia tak, lubię bardzo zaglądanie w karty przeszłości, by wyśledzić z niej powtarzające się wzorce, ale nie przypominam sobie, żeby Knieja była kiedykolwiek torturowana rozdarciem świata. - Uśmiechnął się smutno, niemal przepraszająco, zaraz jednak zmiarkował się, że mogło to wybrzmieć zbyt protekcjonalnie, a tak nie chciał brzmieć ani o jotę. Zaraz jednak jego twarz przeszła w całkiem nieukrywaną irytację, co było pewnym novum w ich kontakcie. Może Anthony chciał, szukał, kusił do odsłonięcia, ale też przy tym dziwnym tańcu odsłaniał się nieco sam. - Czyż nie jest to irytujące? Tak bardzo potrzeba nam rozwiązań systemowych, a nie pudrowania nosa. Źródło iskier... błądzimy jak mrówki oblane wrzącą wodą, nie wiedząc, tracąc kompas prawdzący ku tym, którym można zaufać. - Zacisnął szczękę. Rozluźnił ją. Dał wybrzmieć słowom. Greengrassowie zdawali mu się naturalnym sojusznikiem, wobec planów krążących w jego głowie. Atak Śmierciożerców na Knieję, oznaczał atak w tę konkretną rodzinę. Czy jednak byli gotowi by wyłonić się zza zielonych liści i zaryzykować swój zwyczajowo neutralny status wobec obyczajowej burzy i trwającej wojny domowej?
To była jego wina. Powinien bardziej dbać o te relacje wcześniej, nim pożar zagnał go do poszukiwania tych, którzy prószyli iskry.
- Może i jestem Shafiqiem, ale moja siostra nosi toż samo nazwisko co i pan, panie Greengrass. Jej mąż... Basilius odszedł w ubiegłym roku. Niestety nie mogłem być na pogrzebie. - W porę powstrzymał się, by nie powiedzieć prześmiewczego "Oregano", nie czas i miejsce był na takie żarty. Jackie.. to nie była karta po którą zwykł sięgać kiedykolwiek, zwłaszcza kiedy była poza krajem. Właściwie nigdy nie mieli pozytywnych stosunków, ale bliskość wyjazdu do Egitu i fakt, że Jackie również miała tam być spowodowały, że gdzieś to małe spowinowacenie zostało mimo wszystko przywołane. Anthony tymczasem sięgnął do kieszeni po papierośnicę, zaproponował elegancką podłużną cygaretkę najpierw jemu, potem sobie.
Mogliby być sąsiadami. Taka urokliwa okolica. Tylko te widma przez miedzę...