19.02.2023, 23:34 ✶
Analizowanie postępowania Edgara w tej chwili było raczej ostatnim, czym by sobie zaprzątała głowę. Bywała miła – to prawda. Ale też należała do Malfoyów i jakkolwiek by nie patrzeć, głęboko zakorzenione miała, że na dobrą sprawę nie chodziło się na kompromisy. A tu takiego nie mogło być – dzieciak powinien znajdować się w dormitorium, ostatecznie w pokoju wspólnym, ale na pewno nie – o zgrozo – na korytarzach szkoły. Nie o tej porze.
Zwłaszcza że teraz sama przez to mogła – niestety! - wpaść w kłopoty. Podobnie jak Edgar, oparła się dość ciężko o najbliższą płaską powierzchnię, oddychając dość ciężko. Może i dysponowała o wiele szczuplejszą figurą, co niekoniecznie musiało – i zdecydowanie tego nie robiło – iść w parze z odpowiednią sprawnością fizyczną. Tak, z którejkolwiek by strony nie spojrzeć, to jeśli miałaby komukolwiek spuszczać łomot, mogłoby to mieć miejsce jedynie z pomocą magii. Nie rąk czy nóg, zwłaszcza że zmachałaby się bardzo, bardzo szybko.
- Nie mogłam, bo nie powinieneś był łazić o tej porze – wyrzuciła z siebie, gdy tylko złapała oddech – Tak bardzo nie mam pojęcia, o czym mówisz – sarknęła zaraz. Choć może i wiedziała. Może i kojarzyła – w końcu miała ten stołek, o czymś szeptano, powinny się były rozchodzić plotki.
Slytherin nie był dla słabych. I te słowa cisnęły się na usta, wraz z komentarzem, że raczej nadawałby się do Hufflepuffu – tyle że nie było to jednak coś, co powinien mówić prefekt. Publicznie czy na uboczu – to naprawdę nie miało żadnego znaczenia.
Zaskoczył ją nieco tym, że pociągnął za sobą – i chyba tylko dlatego nie stawiała żadnego oporu. Właściwie to i tak było w jego interesie, bo jaką mógł mieć gwarancję, że jednak nie postanowi obrócić sytuacji na swoją własną korzyść i najzwyczajniej w świecie go wydać? No właśnie.
Ale jako że też nie chciała mieć problemów z nauczycielką – koniec końców siedziała cicho, choć utknięcie w kabinie z chłopakiem nie należało zdecydowanie do jej marzeń. Właściwie takie rzeczy lepiej brzmiały w romansach, ale tu nie istniało nawet to – w przeciwieństwie do ogromu frustracji i chęci złapania dzieciaka za ucho. Na domiar złego Marta przeleciała przez nią właśnie – wzdrygnęła się aż, bo do przyjemnych to uczucie nie należało.
Cóż pozostawało? Siedzieć cicho, niczym trusia, i modlić się w duchu, żeby McGonagall uwierzyła Marcie i sobie w końcu poszła…
- Dzięki, Marto – zwróciła się do ducha, gdy po kilku sekundach zdecydowała się opuścić kabinę, w ślad za Edgarem. No i najpierw się upewniła, że nogi jej nie zdradzą, bo jednak zaczynała odnosić wrażenie, iż zaraz z tego wszystkiego wyląduje tyłkiem na podłodze.
- No bo nie może być tak, żeby ktoś się wałęsał o tej porze... – mruknęła, znacznie spokojniej, w zasadzie powtarzając to, co wspomniała wcześniej. Przymrużyła oczy, przyglądając się przejrzystej sylwetce ducha.
- I teraz ktoś też ci dokucza? Znaczy… nie odpowiadaj, jeśli nie chcesz, ale po prostu mnie zastanawia, jak to jest: możesz być wszędzie, a jednak jesteś… tutaj? – spytała dość ostrożnym tonem. Coś Malfoyównie nie stykało, zresztą, była całkiem pewna, że gdyby sama miała być duchem, to znajdowałaby się gdziekolwiek, tylko raczej nie w szkole.
Ach, młodzieńcza naiwności…
Zwłaszcza że teraz sama przez to mogła – niestety! - wpaść w kłopoty. Podobnie jak Edgar, oparła się dość ciężko o najbliższą płaską powierzchnię, oddychając dość ciężko. Może i dysponowała o wiele szczuplejszą figurą, co niekoniecznie musiało – i zdecydowanie tego nie robiło – iść w parze z odpowiednią sprawnością fizyczną. Tak, z którejkolwiek by strony nie spojrzeć, to jeśli miałaby komukolwiek spuszczać łomot, mogłoby to mieć miejsce jedynie z pomocą magii. Nie rąk czy nóg, zwłaszcza że zmachałaby się bardzo, bardzo szybko.
- Nie mogłam, bo nie powinieneś był łazić o tej porze – wyrzuciła z siebie, gdy tylko złapała oddech – Tak bardzo nie mam pojęcia, o czym mówisz – sarknęła zaraz. Choć może i wiedziała. Może i kojarzyła – w końcu miała ten stołek, o czymś szeptano, powinny się były rozchodzić plotki.
Slytherin nie był dla słabych. I te słowa cisnęły się na usta, wraz z komentarzem, że raczej nadawałby się do Hufflepuffu – tyle że nie było to jednak coś, co powinien mówić prefekt. Publicznie czy na uboczu – to naprawdę nie miało żadnego znaczenia.
Zaskoczył ją nieco tym, że pociągnął za sobą – i chyba tylko dlatego nie stawiała żadnego oporu. Właściwie to i tak było w jego interesie, bo jaką mógł mieć gwarancję, że jednak nie postanowi obrócić sytuacji na swoją własną korzyść i najzwyczajniej w świecie go wydać? No właśnie.
Ale jako że też nie chciała mieć problemów z nauczycielką – koniec końców siedziała cicho, choć utknięcie w kabinie z chłopakiem nie należało zdecydowanie do jej marzeń. Właściwie takie rzeczy lepiej brzmiały w romansach, ale tu nie istniało nawet to – w przeciwieństwie do ogromu frustracji i chęci złapania dzieciaka za ucho. Na domiar złego Marta przeleciała przez nią właśnie – wzdrygnęła się aż, bo do przyjemnych to uczucie nie należało.
Cóż pozostawało? Siedzieć cicho, niczym trusia, i modlić się w duchu, żeby McGonagall uwierzyła Marcie i sobie w końcu poszła…
- Dzięki, Marto – zwróciła się do ducha, gdy po kilku sekundach zdecydowała się opuścić kabinę, w ślad za Edgarem. No i najpierw się upewniła, że nogi jej nie zdradzą, bo jednak zaczynała odnosić wrażenie, iż zaraz z tego wszystkiego wyląduje tyłkiem na podłodze.
- No bo nie może być tak, żeby ktoś się wałęsał o tej porze... – mruknęła, znacznie spokojniej, w zasadzie powtarzając to, co wspomniała wcześniej. Przymrużyła oczy, przyglądając się przejrzystej sylwetce ducha.
- I teraz ktoś też ci dokucza? Znaczy… nie odpowiadaj, jeśli nie chcesz, ale po prostu mnie zastanawia, jak to jest: możesz być wszędzie, a jednak jesteś… tutaj? – spytała dość ostrożnym tonem. Coś Malfoyównie nie stykało, zresztą, była całkiem pewna, że gdyby sama miała być duchem, to znajdowałaby się gdziekolwiek, tylko raczej nie w szkole.
Ach, młodzieńcza naiwności…
506/1641