16.09.2025, 20:35 ✶
FAYE TRAVERS
I zawędrowała do tego potwora na wpół spalonego, na wpół żywego. Szła i od progu zrujnowanej kamienicy sypała z kieszeni fartuszka jarzębiny. Twarde, czerwone kuleczki z cichym stukotem toczyły się do spopielonych mieszkań przez szczeliny zwęglonych drzwi. Toczyły się ze schodów, gdy rzucała je, idąc na piętro. Szła i częstowała ich jesienią.
Otwórz rano drzwi. U framugi wejścia do twojego mieszkania zawieszono jarzębinowe girlandy ociekające lepką czerwoną cieczą, która utworzyła kałużę na podłodze klatki i wsiąkła w wycieraczkę.
Na wycieraczce leży gniazdko. Ptasie gniazdo sumiennie uwite przez sierpówkę z drobnych gałązek. W środku wciąż są skorupki dwóch jaj synogarlicy. Obok jednego jajka — trupek, małe pisklę, które nie przeżyło. Obok drugiego — niewiele większa od pisklaka drewniana laleczka wyrzeźbiona w kawałku jasnego lipowego drewna. Nie ma szczegółów — to tylko kształt kościstej kobiety, na twarzy zaznaczone oczy i nos; nie ma ust.
W sercu gniazdka umieszczono jedno małe, zielone jabłuszko. Koszmarnie kwaśne, jeśli się skusisz.
dotknij trawy