16.09.2025, 20:40 ✶
BLETCHLEY
I zawędrowała pod opuszczony dom Bletchleyów, niosąc kosz żołędzi.
Nie była ona jednak pierwszym gościem, który zjawił się u nich tej nocy. Pierwsza była tu siła, która nie niosła Ewangelii, nie była apostołką Bogini wzywającej do nawrócenia i złożenia daru dziękczynnego w dzień Mabon. Nie, to była destrukcyjna siła, w której próżno szukać wzniosłej intencji. Prymitywna zła moc pachnąca rechotem, spirytusem i Nokturnem.
Idąc przez podwórze, stopa Helloise uderzyła o coś twardego ukrytego wśród traw. Opróżniona małpka?
Czarownica zmarszczyła brwi.
W oknie powiewały smętnie doklejone serpentyny papieru toaletowego, na szybie sprayem wystosowano napis:
PEPINO
KILLERZE
POKAŻ DUPĘ
— Co…KILLERZE
POKAŻ DUPĘ
— Julian Bletchley — dobiegło z wnętrza domu przejmujące zawodzenie. — Julian Bletchley odebrał mi życie. Julian Bletchley. Zimnokrwisty morderca bez sumienia. Julian Bletchley. Zbrodniarz.
The witch was too stunned to speak.
Wycie nie ustawało. Kawałek papieru urwał się i poszybował przez podwórze wprost pod stopy osłupiałej czarownicy. Były w niego wklejone… szczurze odchody?
Błądziła chwilę tępym wzrokiem po osobliwej posesji, po czym postawiła kosz na ścieżce prowadzącej do domu i odeszła.
Unieście serwetę z kosza. Wśród żołędzi leży naga czaszka kura z nakreślonym wonną czerwoną farbą potrójnym księżycem. Wrzućcie żołędzie do wody, a wypłyną na powierzchnię, rozłupcie je: wszystkie są puste. Nie ma w nich ziarna, z którego mogłoby wykiełkować drzewa. Nie ma w nich życia. Urodziły się martwe.
dotknij trawy