17.09.2025, 02:17 ✶
Bertiemu zdarzało się żałować, że nie miał dzieci. Nigdy nie chciał ich mieć, albo raczej nie była to najważniejsza dla niego rzecz, a przez to nie zabiegał o to tak samo przy pierwszej, jak i ostatniej żonie. Kochał je wszystkie tak samo, nie zmuszając do niczego, ciesząc się ich szczęściem i opłakując ich tragedie. Nie komentował też niedorzecznych plotek na temat fasolek, które były z nimi związane, ale... Ale czasem kiedy patrzył na swoje gospodarstwo to odzywał się w nim ten wewnętrzy, strasznie silnie chwytający za serce rolnik, który chciałby razem z rodziną uprawiać tę ziemię, która wpadła mu w ręce. Zazdrościł więc czasem Joshule, albo zastanawiał się czy nie powinien może postarać o adopcję - już nie dlatego, ze potrzebował rąk do pomocy, bo to było absolutnie niedorzeczne i Bertie o tym wiedział, ale po to by nie być samemu. Bo nienawidził być na tym świecie sam.
Może dlatego był tak ekspresyjnym człowiekiem. Tak bardzo wciskał się gdzie tylko mógł, zapychając każdą szczelinę ciszy i niezręczności swoją obecnością. Uwielbiał, kiedy Joshua mu pomagał, kiedy mógł pogawędzić z jego żoną, poprzewracać siano z jego synami, albo podzielić się z jego córką jakimś kucharskim sekretem. Wysyłał im nawet czasem to, co rodziła jego ziemia, bo przecież sam nie był w stanie tego wszystkiego przejeść, nie kiedy jego własna kariera była tak rozbujana i wymagała jego nieustannej uwagi.
Bott uśmiechnął się, przyciskając butelkę do ust i pociągając kolejny łyk. Bąbelki zatańczyły na języku, wprowadzając przyjemny stan błogości i poprawiając humor - idealnie jednak, by nie wywołać napadu śmiechu, o który łatwo można było przy kontakcie z nieprzerobionymi plonami tego drzewa. Było idealne.
- Dziękuję - odpowiedział Bertie, kiedy usta rozciągały się wciąż z magicznym uśmiechu. Na szczęście nie takim, który zakrajał o niepokojący lub niemożliwy do stłamszenia. - Twoje słowa dodają mi zawsze skrzydeł i, prawdę powiedziawszy, są lepsze od niejednego, nadętego krytyka. Jeśli chcesz, mogę ci dać skrzynkę tej partii, żeby zabrać do domu - zaproponował mężczyźnie, sącząc zaraz kolejny łyk, bo po pracy tego typu orzeźwienie, było niczym błogosławieństwo samej Matki.
Ale sama Bogini chyba nie patrzyła tego dnia na nich aż tak przychylnie, jak można było się spodziewać. Nie, nie na nich - na cały kraj, ale tego Bertie nie mógł jeszcze wiedzieć. Promienie słońca świeciły w twarz, stanowiąc przyjemny akcent na koniec dnia, ale coś było nie tak. Coś niosło się z wiatrem. Jakiś niepokój, który blondyn dopiero po chwili zidentyfikował jako popielny zapach, który nasycił się w powietrzu, gdy zaczęły opadać pierwsze płatki. Płatki?
- Co to? - Bertie zmarszczył brwi i wyciągnął dłoń. Kłębiące się na niebie chmury były ciemne i nie złowróżbne, ale palce chwytały coś jeszcze. Śnieg? Tylko czemu roztarty w palcach robił się szarawy?
Może dlatego był tak ekspresyjnym człowiekiem. Tak bardzo wciskał się gdzie tylko mógł, zapychając każdą szczelinę ciszy i niezręczności swoją obecnością. Uwielbiał, kiedy Joshua mu pomagał, kiedy mógł pogawędzić z jego żoną, poprzewracać siano z jego synami, albo podzielić się z jego córką jakimś kucharskim sekretem. Wysyłał im nawet czasem to, co rodziła jego ziemia, bo przecież sam nie był w stanie tego wszystkiego przejeść, nie kiedy jego własna kariera była tak rozbujana i wymagała jego nieustannej uwagi.
Bott uśmiechnął się, przyciskając butelkę do ust i pociągając kolejny łyk. Bąbelki zatańczyły na języku, wprowadzając przyjemny stan błogości i poprawiając humor - idealnie jednak, by nie wywołać napadu śmiechu, o który łatwo można było przy kontakcie z nieprzerobionymi plonami tego drzewa. Było idealne.
- Dziękuję - odpowiedział Bertie, kiedy usta rozciągały się wciąż z magicznym uśmiechu. Na szczęście nie takim, który zakrajał o niepokojący lub niemożliwy do stłamszenia. - Twoje słowa dodają mi zawsze skrzydeł i, prawdę powiedziawszy, są lepsze od niejednego, nadętego krytyka. Jeśli chcesz, mogę ci dać skrzynkę tej partii, żeby zabrać do domu - zaproponował mężczyźnie, sącząc zaraz kolejny łyk, bo po pracy tego typu orzeźwienie, było niczym błogosławieństwo samej Matki.
Ale sama Bogini chyba nie patrzyła tego dnia na nich aż tak przychylnie, jak można było się spodziewać. Nie, nie na nich - na cały kraj, ale tego Bertie nie mógł jeszcze wiedzieć. Promienie słońca świeciły w twarz, stanowiąc przyjemny akcent na koniec dnia, ale coś było nie tak. Coś niosło się z wiatrem. Jakiś niepokój, który blondyn dopiero po chwili zidentyfikował jako popielny zapach, który nasycił się w powietrzu, gdy zaczęły opadać pierwsze płatki. Płatki?
- Co to? - Bertie zmarszczył brwi i wyciągnął dłoń. Kłębiące się na niebie chmury były ciemne i nie złowróżbne, ale palce chwytały coś jeszcze. Śnieg? Tylko czemu roztarty w palcach robił się szarawy?