17.09.2025, 08:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.09.2025, 08:05 przez Lorien Mulciber.)
Lubiła w Anthonym wiele rzeczy. Jak zwykła sroka lubiła prezenty, którymi ją obsypywał przy byle okazji. Lubiła z nim rozmawiać na tematy ważne i ważniejsze, filozoficzne i przyziemne. Lubiła to, że rozumiał i szanował jej status jako kobiety i sędzi. Ale najbardziej lubiła te momenty, gdy czuł, że może jej jakoś pomóc. To było urocze.
- Dziękuję Antonio, to nie będzie konieczne. Mam tatę i klucz do rodowej skrytki.- Zniżyła głos do scenicznego szeptu. To nie było żadną tajemnicą, że Lorien była najgorszym, niereformowalnym przypadkiem syndromu córeczki tatusia, a Philip Crouch nieba by swojej jedynaczce przychylił, gdyby tylko poprosiła odpowiednio ładnie. Wystarczył jeden zapłakany list, żeby na progu spalonej kamienicy zjawiła się ekipa remontowa. A gdzie pieniądz nie może, tam znajomości Prewettów pomogą. Nie martwiła się takimi drobiazgami. Nie byłby to w końcu pierwszy raz, gdy jej pokój remontowali barczyści panowie z ciężkim, włoskim akcentem, którzy beton kojarzyli co najwyżej z betonowymi bucikami.
Uśmiechnęła się delikatnie, gdy ucałował jej dłonie, tylko po to, żeby zaraz przenieść je na szczupłe policzki mężczyzny. Powinien się ogolić.- Przemknęło jej przez myśl, ale się nie odezwała. Musiał być tak zmęczony… Tak bardzo wszystkim zmęczony. Kiedy Pan odpocznie, Panie Shafiq?
- Tak długo jak żyję, będziesz mile widzianym gościem w Mulciber Manor.- Powiedziała pewnie.- To też mój dom, należny mi z prawa i obyczaju. Zwłaszcza teraz kiedy starszy brat Alexandra…- Zawiesiła głos, po czym pokręciła powoli głową. Nie. Nie będą rozmawiać o Donaldzie.- Zresztą jego żona też przebywa Bogowie wiedzą gdzie. A Loretta… Och nie mam nawet sił mówić o tej kobiecie. - Czasami mogło się wydawać, że Mulciberowie mieli w szafie taką ilość trupów, że przydałby się dodatkowy pokój na tą wstydliwą garderobę.- To dom duchów, jasnowidzów i starych wspomnień Ale to też dom mojego dzieciństwa. Nie wiem czy ci kiedyś opowiadałam o tym, nasi ojcowie… mój i Alexandra, bardzo się przyjaźnili gdy Duncan jeszcze żył. Mieli podobne upodobania do łowiectwa z psami gończymi.
Uciekła gdzieś myślami, bo zatrzymała wzrok ponad ramieniem Anthony’ego, przez parę ciągnących się w nieskończoność sekund, wpatrując się w nudną, białą ścianę.
- Naprawdę myślałam, że…- Szepnęła bardziej do siebie niż swojego gościa. Ale chyba zorientowała się co robi, bo zaraz przykryła smutek lekkim, wyuczonym uśmiechem. Ale troskliwym. Takim jakim naprawdę rzadko dało się ujrzeć na twarzy Lorien i mieć pewność, że nie kłamie w żywe oczy. Tym razem nie kłamała.
- To była ciężka noc. Zastanawiałam się co próbowali nam pokazać.. Jeśli to, że mugole i niemagicznie urodzeni są dla nas jawnym zagrożeniem - myślę, że minęli się z przekazem. Każde zwierzę odpowiednio mocno przestraszone i zagnane w róg - wreszcie cię zaatakuje. Udowodnili tezę, którą wszyscy znaliśmy. Groundbreaking.- Wykrzywiła usta w pełnym politowania grymasie.
Wybrałaś najlepszego z możliwych.
Nie zastanawiała się nad tym czy Aaron Moody jest czy nie jest najlepszym Aurorem jakiego miało do zaoferowania jej Biuro. To chyba tak naprawdę nie miało znaczenia. Mogła wziąć pierwszego lepszego konserwatywnego osiłka, który dla pani Mulciber to by góry przenosił, a młodego Korolova sprał po pysku aż miło. Było kilku takich w Departamencie. Ale pan Moody miał coś czego nie posiadali inni - głęboko zakorzenioną nienawiść wobec łamania świętego prawa czarodziejów. A tego potrzebowała bardziej niż widoku stłuczonego Koroleva.
Już dawno nauczyła się, że bezsensowna przemoc rodzi przemoc. Ale przemoc ubrana w piękne słowa paragrafów i artykułów działa na ludzi lepiej niż afrodyzjak; jest jak opiekuńczy pocałunek w czoło - Państwo tu jest. Państwo cię ochroni. Państwo nie pozwoli, żeby ten człowiek chodził wolno i stanowił dla ciebie jakiekolwiek zagrożenie. Nawet jeśli państwo dociśnie cię butem do ziemi, żebyś za bardzo nie poczuł się wolnym.
- To psy Ministerstwa Magii.- Odpowiedziała z dziwną czułością.- Moody, Bones… Każdy jeden z nich jest taki sam. Ojciec nie różni się od syna, ale nie potrzeba mi w tej sprawie młodzieńczej buty i popisów. Nie potrzebuję zawahania. A już na pewno nie potrzebuję aktu humanitarnej słabości, którą tak obnosi się mój kuzyn.
- Dziękuję Antonio, to nie będzie konieczne. Mam tatę i klucz do rodowej skrytki.- Zniżyła głos do scenicznego szeptu. To nie było żadną tajemnicą, że Lorien była najgorszym, niereformowalnym przypadkiem syndromu córeczki tatusia, a Philip Crouch nieba by swojej jedynaczce przychylił, gdyby tylko poprosiła odpowiednio ładnie. Wystarczył jeden zapłakany list, żeby na progu spalonej kamienicy zjawiła się ekipa remontowa. A gdzie pieniądz nie może, tam znajomości Prewettów pomogą. Nie martwiła się takimi drobiazgami. Nie byłby to w końcu pierwszy raz, gdy jej pokój remontowali barczyści panowie z ciężkim, włoskim akcentem, którzy beton kojarzyli co najwyżej z betonowymi bucikami.
Uśmiechnęła się delikatnie, gdy ucałował jej dłonie, tylko po to, żeby zaraz przenieść je na szczupłe policzki mężczyzny. Powinien się ogolić.- Przemknęło jej przez myśl, ale się nie odezwała. Musiał być tak zmęczony… Tak bardzo wszystkim zmęczony. Kiedy Pan odpocznie, Panie Shafiq?
- Tak długo jak żyję, będziesz mile widzianym gościem w Mulciber Manor.- Powiedziała pewnie.- To też mój dom, należny mi z prawa i obyczaju. Zwłaszcza teraz kiedy starszy brat Alexandra…- Zawiesiła głos, po czym pokręciła powoli głową. Nie. Nie będą rozmawiać o Donaldzie.- Zresztą jego żona też przebywa Bogowie wiedzą gdzie. A Loretta… Och nie mam nawet sił mówić o tej kobiecie. - Czasami mogło się wydawać, że Mulciberowie mieli w szafie taką ilość trupów, że przydałby się dodatkowy pokój na tą wstydliwą garderobę.- To dom duchów, jasnowidzów i starych wspomnień Ale to też dom mojego dzieciństwa. Nie wiem czy ci kiedyś opowiadałam o tym, nasi ojcowie… mój i Alexandra, bardzo się przyjaźnili gdy Duncan jeszcze żył. Mieli podobne upodobania do łowiectwa z psami gończymi.
Uciekła gdzieś myślami, bo zatrzymała wzrok ponad ramieniem Anthony’ego, przez parę ciągnących się w nieskończoność sekund, wpatrując się w nudną, białą ścianę.
- Naprawdę myślałam, że…- Szepnęła bardziej do siebie niż swojego gościa. Ale chyba zorientowała się co robi, bo zaraz przykryła smutek lekkim, wyuczonym uśmiechem. Ale troskliwym. Takim jakim naprawdę rzadko dało się ujrzeć na twarzy Lorien i mieć pewność, że nie kłamie w żywe oczy. Tym razem nie kłamała.
- To była ciężka noc. Zastanawiałam się co próbowali nam pokazać.. Jeśli to, że mugole i niemagicznie urodzeni są dla nas jawnym zagrożeniem - myślę, że minęli się z przekazem. Każde zwierzę odpowiednio mocno przestraszone i zagnane w róg - wreszcie cię zaatakuje. Udowodnili tezę, którą wszyscy znaliśmy. Groundbreaking.- Wykrzywiła usta w pełnym politowania grymasie.
Wybrałaś najlepszego z możliwych.
Nie zastanawiała się nad tym czy Aaron Moody jest czy nie jest najlepszym Aurorem jakiego miało do zaoferowania jej Biuro. To chyba tak naprawdę nie miało znaczenia. Mogła wziąć pierwszego lepszego konserwatywnego osiłka, który dla pani Mulciber to by góry przenosił, a młodego Korolova sprał po pysku aż miło. Było kilku takich w Departamencie. Ale pan Moody miał coś czego nie posiadali inni - głęboko zakorzenioną nienawiść wobec łamania świętego prawa czarodziejów. A tego potrzebowała bardziej niż widoku stłuczonego Koroleva.
Już dawno nauczyła się, że bezsensowna przemoc rodzi przemoc. Ale przemoc ubrana w piękne słowa paragrafów i artykułów działa na ludzi lepiej niż afrodyzjak; jest jak opiekuńczy pocałunek w czoło - Państwo tu jest. Państwo cię ochroni. Państwo nie pozwoli, żeby ten człowiek chodził wolno i stanowił dla ciebie jakiekolwiek zagrożenie. Nawet jeśli państwo dociśnie cię butem do ziemi, żebyś za bardzo nie poczuł się wolnym.
- To psy Ministerstwa Magii.- Odpowiedziała z dziwną czułością.- Moody, Bones… Każdy jeden z nich jest taki sam. Ojciec nie różni się od syna, ale nie potrzeba mi w tej sprawie młodzieńczej buty i popisów. Nie potrzebuję zawahania. A już na pewno nie potrzebuję aktu humanitarnej słabości, którą tak obnosi się mój kuzyn.