17.09.2025, 10:36 ✶
Balkon, obok Lorien Mulciber.
Nigdy nie pił na służbie. Żelazna zasada, która zmuszała go do życia w trzeźwości, gdy nie znajdował ku temu innych powodów: nawet wtedy, kiedy czuł, że sięga dna w piątkowy wieczór, trwał w przekonaniu, że odbije się od niego w poniedziałek rano, ledwie przekroczy próg biura. Nigdy nie był przecież na tyle zagubionym, aby nie być w stanie utrzymać pracy. A jednak była sobota wieczór, i jego myśli co jakiś czas uciekały w stronę podłego sklepu monopolowego przy Hawley Mews, w którym kupował alkohol. Wschodnią ścianę budynku pokrywały krzykliwe murale, do złudzenia przypominające plakaty teatralne zaprezentowane na wernisażu. Tyle że dzieł ulicznych wandali nikt nikt nie chciał oprawiać w ramki.
Może dlatego, że nie podpisywali ich swymi nazwiskami.
A jednak podobał mu się jeden z nich. Z zimorodkiem. Zastanawiał się przez chwilę, czy spodobałby się Lorien. Zdecydował jednak, że wolałby nigdy go jej nie pokazywać. Jej obecność oznaczała kolejny weekend bez wizyty w Mews. A Aaron mógłby... Mógłby tak żyć. Nie widząc już nigdy tych przeklętych murali na ścianach monopolowego.
Zauważył wcześniej, że młody Malfoy, w przeciwieństwie do Erika, a na wzór niepijącej dziś Lorien, zamówił wodę bez lodu. Mądrze. Moody pamiętał bardzo starą sprawę seryjnego truciciela z Szetlandów, który zamiast trunków, zatruł kostki lodu. Z przyjęcia na ponad trzysta gości ocalała ledwie garstka niepijących... A także zatwardziałych alkoholików, którzy wychylili serwowane im drinki zanim rozpuścił się chłodzący kieliszki lód. Aaron zdążył zawczasu uprzedzić szefa ochrony, podkomendnego Harper, o podobnej możliwości: tamten na początku zrobił wielkie oczy, ale zapewnił go, że zadbają, aby nic podobnego nie miało miejsca.
Delikatnie zmarszczył brwi, słysząc, jak jego imię pada nieoczekiwanie z ust Lorien. Na niewzruszonym, zdawałoby się, obliczu aurora, pojawiło się zdziwienie. Jak rankiem, gdy budziły go promienie słońca padające na twarz.
Jego ręka natychmiast powędrowała z powrotem do kołnierzyka, naśladując gest kobiety. Odwrócił się w stronę swej towarzyszki, dyskretnie sunąc różdżką wzdłuż materiału koszuli. Wcześniej przechylił odruchowo szyję, próbując dojrzeć, gdzie dokładnie leży problem, szybko jednak zorientował się, że nie sięgnie tam wzrokiem. Uniósł więc lekko brwi, zatrzymawszy spojrzenie na twarzy Lorien, jak gdyby najmniejsza choćby zmiana w jej mimice miała mu być sygnałem. Upewniwszy się najpierw, że nikt nie wystaje pod balkonem szukając towarzystwa sędziny Mulciber, na krótką chwilę odwrócił się plecami do przeszklonych, cały czas na wpół otwartych drzwi balkonowych, po czym przejechał uważnie różdżką wzdłuż kołnierzyka.
– Teraz dobrze? – zapytał ochrypłym szeptem, starając się doprowadzić mundur do porządku. Z jego twarzy biła dziwna zaciętość, oczy miał poważne, jak gdyby rzeczywiście przejął się swoim uchybieniem... Bo właśnie tak było. Zrobiło mu się zwyczajnie głupio. A jednak pozbył się napięcia z ramion, gdy zwrócił się w stronę Lorien, która żartowała sobie z niego z poważną miną.
"500 galeonów grzywny nie jest tego warte."
– Cokolwiek idzie w poczet Biura Aurorów, jest tego warte – odpowiedział lekko. – Nawet jeżeli kosztuje mnie więcej niż miesięczną pensję. Ale nie wpłacę tyle na teatr. – Aaron ściszył głos, stając u boku Lorien. – Ta makieta nie jest nawet taka znowu dobra.
Nigdy nie pił na służbie. Żelazna zasada, która zmuszała go do życia w trzeźwości, gdy nie znajdował ku temu innych powodów: nawet wtedy, kiedy czuł, że sięga dna w piątkowy wieczór, trwał w przekonaniu, że odbije się od niego w poniedziałek rano, ledwie przekroczy próg biura. Nigdy nie był przecież na tyle zagubionym, aby nie być w stanie utrzymać pracy. A jednak była sobota wieczór, i jego myśli co jakiś czas uciekały w stronę podłego sklepu monopolowego przy Hawley Mews, w którym kupował alkohol. Wschodnią ścianę budynku pokrywały krzykliwe murale, do złudzenia przypominające plakaty teatralne zaprezentowane na wernisażu. Tyle że dzieł ulicznych wandali nikt nikt nie chciał oprawiać w ramki.
Może dlatego, że nie podpisywali ich swymi nazwiskami.
A jednak podobał mu się jeden z nich. Z zimorodkiem. Zastanawiał się przez chwilę, czy spodobałby się Lorien. Zdecydował jednak, że wolałby nigdy go jej nie pokazywać. Jej obecność oznaczała kolejny weekend bez wizyty w Mews. A Aaron mógłby... Mógłby tak żyć. Nie widząc już nigdy tych przeklętych murali na ścianach monopolowego.
Zauważył wcześniej, że młody Malfoy, w przeciwieństwie do Erika, a na wzór niepijącej dziś Lorien, zamówił wodę bez lodu. Mądrze. Moody pamiętał bardzo starą sprawę seryjnego truciciela z Szetlandów, który zamiast trunków, zatruł kostki lodu. Z przyjęcia na ponad trzysta gości ocalała ledwie garstka niepijących... A także zatwardziałych alkoholików, którzy wychylili serwowane im drinki zanim rozpuścił się chłodzący kieliszki lód. Aaron zdążył zawczasu uprzedzić szefa ochrony, podkomendnego Harper, o podobnej możliwości: tamten na początku zrobił wielkie oczy, ale zapewnił go, że zadbają, aby nic podobnego nie miało miejsca.
Delikatnie zmarszczył brwi, słysząc, jak jego imię pada nieoczekiwanie z ust Lorien. Na niewzruszonym, zdawałoby się, obliczu aurora, pojawiło się zdziwienie. Jak rankiem, gdy budziły go promienie słońca padające na twarz.
Jego ręka natychmiast powędrowała z powrotem do kołnierzyka, naśladując gest kobiety. Odwrócił się w stronę swej towarzyszki, dyskretnie sunąc różdżką wzdłuż materiału koszuli. Wcześniej przechylił odruchowo szyję, próbując dojrzeć, gdzie dokładnie leży problem, szybko jednak zorientował się, że nie sięgnie tam wzrokiem. Uniósł więc lekko brwi, zatrzymawszy spojrzenie na twarzy Lorien, jak gdyby najmniejsza choćby zmiana w jej mimice miała mu być sygnałem. Upewniwszy się najpierw, że nikt nie wystaje pod balkonem szukając towarzystwa sędziny Mulciber, na krótką chwilę odwrócił się plecami do przeszklonych, cały czas na wpół otwartych drzwi balkonowych, po czym przejechał uważnie różdżką wzdłuż kołnierzyka.
– Teraz dobrze? – zapytał ochrypłym szeptem, starając się doprowadzić mundur do porządku. Z jego twarzy biła dziwna zaciętość, oczy miał poważne, jak gdyby rzeczywiście przejął się swoim uchybieniem... Bo właśnie tak było. Zrobiło mu się zwyczajnie głupio. A jednak pozbył się napięcia z ramion, gdy zwrócił się w stronę Lorien, która żartowała sobie z niego z poważną miną.
"500 galeonów grzywny nie jest tego warte."
– Cokolwiek idzie w poczet Biura Aurorów, jest tego warte – odpowiedział lekko. – Nawet jeżeli kosztuje mnie więcej niż miesięczną pensję. Ale nie wpłacę tyle na teatr. – Aaron ściszył głos, stając u boku Lorien. – Ta makieta nie jest nawet taka znowu dobra.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.