17.09.2025, 11:25 ✶
Z Geraldine finalnie gdzieś przy stołach bankietowych
Ogień... ...tak, on również miał przed oczami obrazy spalonych ulic, ludzi próbujących ratować dobytek, a także zamknięte na głucho gmachy, w których wcześniej rozbrzmiewała muzyka i śmiech. Tego wieczoru nie chciał jednak zbyt głęboko wchodzić w ten temat. Kiwnął więc głową na wnioski wysnute przez dziewczynę, nie mając zamiaru robić z siebie eksperta w temacie, w którym nie miał zbyt wiele pojęcia.
Słysząc uwagę o powtarzających się twarzach, parsknął cicho, ledwie słyszalnie, ale wystarczająco, by widać było w tym cień rozbawienia. Geraldine miała rację. Przewijała się tu ta sama śmietanka, ci sami ludzie od lat odgrywający swoje role. Oczywiście, od czasu do czasu pojawiał się ktoś inny, ale na ogół nie trzeba było być jasnowidzem, aby przewidzieć, kto gdzie skończy, kto z kim będzie rozmawiać, kto czym się skompromituje albo wręcz przeciwnie: wyróżni (no, przynajmniej we własnych oczach) szesnasty raz z rzędu. Było to i nużące, i przewidywalne, ale niekiedy właśnie to odpowiadało za bardzo specyficzne, poniekąd nieco absurdalne poczucie stabilności, którego zaczynało brakować w ich świecie.
- Prawie te same - rzucił cicho, za to bardzo wymownie, spoglądając na mijających ich czarodziejów.
Nie krył, że towarzystwo bywało przewidywalne, ale w tej przewidywalności odznaczało się też coś, co dawało mu poczucie ciągłości. Tego samego, którego przez pewien czas boleśnie mu brakowało. A teraz... ...teraz łatwiej było mu stać wśród tej śmietanki, bo miał ją u boku.
Na komentarz o bolącym siedzeniu parsknął krótkim śmiechem. Cichym, stłumionym, być może brzmiącym bardziej jak kaszel, ale jednocześnie zbyt autentycznym, by dało się go powstrzymać.
- Zdecydowanie wolę cię w ruchu niż wiercącą się na krześle - mruknął, poruszając się niemal synchronicznie razem ze swoją towarzyszką. Nie zamierzał narzucać im rytmu wieczoru ani wyznaczać, ile mieli stać, a ile rozmawiać. Sam czuł się już zmęczony biernym uczestnictwem.
Podniósł się razem z Riną, odczekując chwilę, aż tłum nieco się rozproszy. Nie przepadał za przepychaniem się przez mrowie ludzi, szczególnie gdy mogli spokojnie zaczekać na lukę pomiędzy gośćmi.
- Nie widziałem nikogo, z kim musiałbym teraz rozmawiać. Myślę, że nalot na stoliki to najrozsądniejszy plan. Zresztą - odpowiedział cicho na jej pytanie, zerkając na nią z ukosa - jeśli będziemy komuś potrzebni do szczęścia, na pewno sam nas znajdzie - to mówiąc, lekko wzruszył ramionami, nie odwlekając dłużej wkroczenia z Geraldine na salę bankietową, za to praktycznie od razu dostosowując się do rytmu jej kroku i kierunku, który obrała.
Nie przeszkadzało mu, jeśli Rina zechce spróbować wszystkich potraw mięsnych, rzeczywiście oblegając jedną konkretną część sali albo jeśli będą trzymać się na uboczu. Właściwie nie obchodziło go, jak potoczy się ten wieczór, o ile spędzą go razem i możliwie na własnych warunkach. Chwilowo szło im całkiem po myśli.
Ogień... ...tak, on również miał przed oczami obrazy spalonych ulic, ludzi próbujących ratować dobytek, a także zamknięte na głucho gmachy, w których wcześniej rozbrzmiewała muzyka i śmiech. Tego wieczoru nie chciał jednak zbyt głęboko wchodzić w ten temat. Kiwnął więc głową na wnioski wysnute przez dziewczynę, nie mając zamiaru robić z siebie eksperta w temacie, w którym nie miał zbyt wiele pojęcia.
Słysząc uwagę o powtarzających się twarzach, parsknął cicho, ledwie słyszalnie, ale wystarczająco, by widać było w tym cień rozbawienia. Geraldine miała rację. Przewijała się tu ta sama śmietanka, ci sami ludzie od lat odgrywający swoje role. Oczywiście, od czasu do czasu pojawiał się ktoś inny, ale na ogół nie trzeba było być jasnowidzem, aby przewidzieć, kto gdzie skończy, kto z kim będzie rozmawiać, kto czym się skompromituje albo wręcz przeciwnie: wyróżni (no, przynajmniej we własnych oczach) szesnasty raz z rzędu. Było to i nużące, i przewidywalne, ale niekiedy właśnie to odpowiadało za bardzo specyficzne, poniekąd nieco absurdalne poczucie stabilności, którego zaczynało brakować w ich świecie.
- Prawie te same - rzucił cicho, za to bardzo wymownie, spoglądając na mijających ich czarodziejów.
Nie krył, że towarzystwo bywało przewidywalne, ale w tej przewidywalności odznaczało się też coś, co dawało mu poczucie ciągłości. Tego samego, którego przez pewien czas boleśnie mu brakowało. A teraz... ...teraz łatwiej było mu stać wśród tej śmietanki, bo miał ją u boku.
Na komentarz o bolącym siedzeniu parsknął krótkim śmiechem. Cichym, stłumionym, być może brzmiącym bardziej jak kaszel, ale jednocześnie zbyt autentycznym, by dało się go powstrzymać.
- Zdecydowanie wolę cię w ruchu niż wiercącą się na krześle - mruknął, poruszając się niemal synchronicznie razem ze swoją towarzyszką. Nie zamierzał narzucać im rytmu wieczoru ani wyznaczać, ile mieli stać, a ile rozmawiać. Sam czuł się już zmęczony biernym uczestnictwem.
Podniósł się razem z Riną, odczekując chwilę, aż tłum nieco się rozproszy. Nie przepadał za przepychaniem się przez mrowie ludzi, szczególnie gdy mogli spokojnie zaczekać na lukę pomiędzy gośćmi.
- Nie widziałem nikogo, z kim musiałbym teraz rozmawiać. Myślę, że nalot na stoliki to najrozsądniejszy plan. Zresztą - odpowiedział cicho na jej pytanie, zerkając na nią z ukosa - jeśli będziemy komuś potrzebni do szczęścia, na pewno sam nas znajdzie - to mówiąc, lekko wzruszył ramionami, nie odwlekając dłużej wkroczenia z Geraldine na salę bankietową, za to praktycznie od razu dostosowując się do rytmu jej kroku i kierunku, który obrała.
Nie przeszkadzało mu, jeśli Rina zechce spróbować wszystkich potraw mięsnych, rzeczywiście oblegając jedną konkretną część sali albo jeśli będą trzymać się na uboczu. Właściwie nie obchodziło go, jak potoczy się ten wieczór, o ile spędzą go razem i możliwie na własnych warunkach. Chwilowo szło im całkiem po myśli.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down