17.09.2025, 13:11 ✶
Pogoda, jaka przyszła z wraz początkiem września zmieniała się niemalże niczym w kalejdoskopie. I to takim kontrolowanym przez nadaktywnego pięciolatka. Nie trzeba było być szczególnie zaznajomionym z tym, w jaki sposób powinien wyglądać koniec lata stopniowo przechodzącego w początkowe fazy jesieni, aby dostrzec całkowity brak zwyczajowych schematów, jakie zazwyczaj pojawiały się wraz z usypianiem natury.
Miewali ostatnio naprawdę ciemne, pochmurne i chłodne dni. Zawieruchy, nieoczekiwane burze i wichury. Popołudnia pachnące gęstym dymem nie tylko z palonych stert liści w sadach czy z drewien w kominkach, lecz także tym nieco innym, bardziej złowieszczym, przypominającym o kaszlu i pyle w płucach. Bywało, że intensywny, zimny deszcz zalewał wszystko dookoła, nie chcąc odpuścić nawet na moment.
Tylko po to, aby wraz z nadejściem kolejnego poranka powitało ich jasne, niemal nazbyt ciepłe i pogodne słońce. Zupełnie tak, jakby dzień wcześniej natura nie pokazywała swojego groźnego oblicza. Całkowicie tak, jakby zapowiedzi meteorologów nie miały już żadnego znaczenia i odzwierciedlenia w realnych warunkach pogodowych.
Ten konkretny poranek równie dobrze mógłby wydarzyć się wraz z początkiem lata. Gdyby nie liście, które złociły się na drzewach w ogrodzie, równie dobrze można byłoby uznać, że zwiastował ostateczne odejście wiosny, nie nadejście chłodnej, srogiej jesieni. Mgła unosiła się nad okolicznymi polami, wiatr lekko poruszał krzewami przy pustych, jeszcze sennych drogach. Nie było mroźnie. Tak właściwie, przebywając na zewnątrz, mógłby pokusić się nawet o zdjęcie swetra i pozostanie w samej koszuli przesiąkniętej zapachem środków do prania używanych przez skrzaty domowe ciotki.
To jedno także zdecydowanie odbiegało od normy. Nie pasowało do tego, jak powinny wyglądać ostatnie tygodnie. W końcu nie był już dzieciakiem na wakacjach na wsi u kumpla. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się tak długo mieszkać w domu nie uznawanym przez niego za jego własny. Przynajmniej nie jako dorosłemu mężczyźnie. Wszystkie miejsca, w których spędzał tak dużo czasu należały do niego w jakiś konkretny sposób. Taki bądź inny.
Mieszkał w Dolinie Godryka, najpierw w rodowej rezydencji, później zaś w niewielkim domku na terenie posiadłości. Mieszkał w chatce w Whitby. W dwóch mieszkaniach na Horyzontalnej. Okazjonalnie zatrzymywał się na weekend w jakimś hotelu albo bywał z Geraldine w domu jej rodziców.
Tymczasem odkąd postanowili opuścić Londyn, mijały im już praktycznie dwa tygodnie na ziemiach należących do Lestrange'ów. Dziesięć dni, jeśli miałby być zupełnie poprawny w wyliczeniach. W jego przypadku kilkanaście godzin mniej, bo spędził je jeszcze na próbach radzenia sobie z kryzysem panującym w Mungu, ale jego myśli były już wtedy częściowo w tym miejscu. W Exmoor, które niezamierzenie zaczęło być ich zastępczym domem.
Tym, do którego tego ranka wrócił po dyżurze, ewidentnie mijając się z większością domowników. Zastał bowiem jedynie skrzaty Ursuli i wyjątkowo rozległą listę zajęć przewidzianych dla niego zarówno w związku ze zbliżającym się sabatem, jak i z nadchodzącą ceremonią weselną. Oczywiście, że w pierwszej chwili wywrócił na nią oczami, ale w kolejnej po prostu zabrał się do pracy. Przebrał się w luźniejsze ubrania i zaczął odhaczać kolejne punkty.
Do południa przeszedł tylko do drugiego, którym było ostrożne wykopanie części roślin i przesadzenie ich do zatrważająco ciężkich ozdobnych donic. W dodatku wedle bardzo określonego schematu tworzącego kompozycje. Tak, doskonale wiedział, gdzie miały trafić. Niekoniecznie natomiast, w jaki sposób, bo transport miał z pewnością nie należeć do najłatwiejszych.
Nie przejmował się tym jednak. Po prostu robił to, co miał robić. Przynajmniej do momentu, gdy usłyszał szczekanie i zobaczył trzy wyjątkowo radosne stworzenia pojawiające się na horyzoncie.
Uśmiechnął się pod nosem, zanim jeszcze jego spojrzenie napotkało oczy dziewczyny. Mimowolny uśmiech pojawił się na jego twarzy na widok Geraldine wracającej do domu w towarzystwie psów, które orbitowały wokół niej jak nieco nadmiernie aktywne księżyce. Odbiegały tylko po to, aby wrócić po chwili, wykonując okrążenia wokół właścicielki i najwyraźniej nic nie robiąc sobie z tego, że zamiast dwóch, były teraz we trzy. Zadziwiające, jak łatwo przyzwyczaiły się tej nowej obecności.
Jeszcze dziwniejsze jak łatwo on sam przywykł do tych wszystkich nowych zmian. W końcu jeszcze niespełna miesiąc wcześniej zupełnie nie przewidywał tego, co teraz było jego nową rzeczywistością. Ledwo zdążył przywyknąć do bycia właścicielem lękliwego różowego kota, co dopiero mówić o trzech psach. A był to zaledwie sam czubek góry lodowej.
To, co zadziwiająco szybko wyłaniało się spod powierzchni było...
...masywne. Naprawdę olbrzymie. Nadal przetwarzał część informacji, mimo że nie dało się ukryć, był zadowolony.
Gdyby nie zajęcie, jakie wykonywał, pewnie praktycznie od razu skierowałby kroki na ganek, aby dołączyć do Yaxleyówny. Wiedział jednak, że gdyby tak to wszystko po prostu zostawił, nie istniały zbyt wielkie szanse, że wróciłby do przerwanej pracy przed nadejściem wieczoru. Zostało mu raptem z dziesięć minut roboty. Później mógł pozwolić sobie na chwilę rozmowy, zwłaszcza że był naprawdę zainteresowany tym, gdzie na tyle czasu zniknęła jego narzeczona.
Miewali ostatnio naprawdę ciemne, pochmurne i chłodne dni. Zawieruchy, nieoczekiwane burze i wichury. Popołudnia pachnące gęstym dymem nie tylko z palonych stert liści w sadach czy z drewien w kominkach, lecz także tym nieco innym, bardziej złowieszczym, przypominającym o kaszlu i pyle w płucach. Bywało, że intensywny, zimny deszcz zalewał wszystko dookoła, nie chcąc odpuścić nawet na moment.
Tylko po to, aby wraz z nadejściem kolejnego poranka powitało ich jasne, niemal nazbyt ciepłe i pogodne słońce. Zupełnie tak, jakby dzień wcześniej natura nie pokazywała swojego groźnego oblicza. Całkowicie tak, jakby zapowiedzi meteorologów nie miały już żadnego znaczenia i odzwierciedlenia w realnych warunkach pogodowych.
Ten konkretny poranek równie dobrze mógłby wydarzyć się wraz z początkiem lata. Gdyby nie liście, które złociły się na drzewach w ogrodzie, równie dobrze można byłoby uznać, że zwiastował ostateczne odejście wiosny, nie nadejście chłodnej, srogiej jesieni. Mgła unosiła się nad okolicznymi polami, wiatr lekko poruszał krzewami przy pustych, jeszcze sennych drogach. Nie było mroźnie. Tak właściwie, przebywając na zewnątrz, mógłby pokusić się nawet o zdjęcie swetra i pozostanie w samej koszuli przesiąkniętej zapachem środków do prania używanych przez skrzaty domowe ciotki.
To jedno także zdecydowanie odbiegało od normy. Nie pasowało do tego, jak powinny wyglądać ostatnie tygodnie. W końcu nie był już dzieciakiem na wakacjach na wsi u kumpla. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się tak długo mieszkać w domu nie uznawanym przez niego za jego własny. Przynajmniej nie jako dorosłemu mężczyźnie. Wszystkie miejsca, w których spędzał tak dużo czasu należały do niego w jakiś konkretny sposób. Taki bądź inny.
Mieszkał w Dolinie Godryka, najpierw w rodowej rezydencji, później zaś w niewielkim domku na terenie posiadłości. Mieszkał w chatce w Whitby. W dwóch mieszkaniach na Horyzontalnej. Okazjonalnie zatrzymywał się na weekend w jakimś hotelu albo bywał z Geraldine w domu jej rodziców.
Tymczasem odkąd postanowili opuścić Londyn, mijały im już praktycznie dwa tygodnie na ziemiach należących do Lestrange'ów. Dziesięć dni, jeśli miałby być zupełnie poprawny w wyliczeniach. W jego przypadku kilkanaście godzin mniej, bo spędził je jeszcze na próbach radzenia sobie z kryzysem panującym w Mungu, ale jego myśli były już wtedy częściowo w tym miejscu. W Exmoor, które niezamierzenie zaczęło być ich zastępczym domem.
Tym, do którego tego ranka wrócił po dyżurze, ewidentnie mijając się z większością domowników. Zastał bowiem jedynie skrzaty Ursuli i wyjątkowo rozległą listę zajęć przewidzianych dla niego zarówno w związku ze zbliżającym się sabatem, jak i z nadchodzącą ceremonią weselną. Oczywiście, że w pierwszej chwili wywrócił na nią oczami, ale w kolejnej po prostu zabrał się do pracy. Przebrał się w luźniejsze ubrania i zaczął odhaczać kolejne punkty.
Do południa przeszedł tylko do drugiego, którym było ostrożne wykopanie części roślin i przesadzenie ich do zatrważająco ciężkich ozdobnych donic. W dodatku wedle bardzo określonego schematu tworzącego kompozycje. Tak, doskonale wiedział, gdzie miały trafić. Niekoniecznie natomiast, w jaki sposób, bo transport miał z pewnością nie należeć do najłatwiejszych.
Nie przejmował się tym jednak. Po prostu robił to, co miał robić. Przynajmniej do momentu, gdy usłyszał szczekanie i zobaczył trzy wyjątkowo radosne stworzenia pojawiające się na horyzoncie.
Uśmiechnął się pod nosem, zanim jeszcze jego spojrzenie napotkało oczy dziewczyny. Mimowolny uśmiech pojawił się na jego twarzy na widok Geraldine wracającej do domu w towarzystwie psów, które orbitowały wokół niej jak nieco nadmiernie aktywne księżyce. Odbiegały tylko po to, aby wrócić po chwili, wykonując okrążenia wokół właścicielki i najwyraźniej nic nie robiąc sobie z tego, że zamiast dwóch, były teraz we trzy. Zadziwiające, jak łatwo przyzwyczaiły się tej nowej obecności.
Jeszcze dziwniejsze jak łatwo on sam przywykł do tych wszystkich nowych zmian. W końcu jeszcze niespełna miesiąc wcześniej zupełnie nie przewidywał tego, co teraz było jego nową rzeczywistością. Ledwo zdążył przywyknąć do bycia właścicielem lękliwego różowego kota, co dopiero mówić o trzech psach. A był to zaledwie sam czubek góry lodowej.
To, co zadziwiająco szybko wyłaniało się spod powierzchni było...
...masywne. Naprawdę olbrzymie. Nadal przetwarzał część informacji, mimo że nie dało się ukryć, był zadowolony.
Gdyby nie zajęcie, jakie wykonywał, pewnie praktycznie od razu skierowałby kroki na ganek, aby dołączyć do Yaxleyówny. Wiedział jednak, że gdyby tak to wszystko po prostu zostawił, nie istniały zbyt wielkie szanse, że wróciłby do przerwanej pracy przed nadejściem wieczoru. Zostało mu raptem z dziesięć minut roboty. Później mógł pozwolić sobie na chwilę rozmowy, zwłaszcza że był naprawdę zainteresowany tym, gdzie na tyle czasu zniknęła jego narzeczona.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down