17.09.2025, 22:59 ✶
Noc była poniekąd i jej drugą naturą. Nocą żyła drugi raz — jako duch-strażnik błąkający się po lesie. Tak przynajmniej było kiedyś, zanim demony wypędziły ją z owego lasu. Od tamtej pory zaczął kiełkować w niej nienaturalny lęk przed mrokami Kniei, lecz do samej nocy wciąż czuła sympatię — była codzienną towarzyszką jej wędrówek, mimo że nie odbywały się one już po znanych, utartych ścieżkach.
Helloise przyglądała się posmutniałemu mężczyźnie. Dopiero z bliska zauważyła, że obcy nie oddycha, a noc zgrabnie ukryła jego poszarzałą cerę. Chciała nim wzgardzić za to, że coś tak prozaicznego jak przeszłość trzyma go z dala od ukochanych ogrodów, lecz nie znalazła w sobie na tyle siły, aby poukładać z niej oburzenie. Westchnęła więc tylko, gdy wplatała palce we włosy martwej głowy, która znalazła się na jej nodze.
— Jeszcze? Powinieneś się więc pospieszyć. Koniec przychodzi po wszystkich. — Przesunęła płynnie dłoń na szyję mężczyzny w poszukiwaniu pulsu. Nie znalazła go. — Nawet tych, którzy spróbowali mu uciec.
Nie szukała u nikogo prawdy. Znała prawdę. Nie potrzebowała zaklinać swojej rzeczywistości — ona już była zaklęta. Złudzenie na złudzeniu, kłamstwo na kłamstwie twardsze od prawdy.
— Nie śnię. — Zamykała oczy tylko po to, aby otworzyć je obok siebie. Jaźń, która prawie nigdy nie sypiała, nie znała pustki. Wieczna tułaczka i długie łańcuchy myśli, których umysł nie miał kiedy układać. Ciągle nowe i nowe doświadczenia. Gubiła się w nich, a nie potrafiła przestać. Była taka… zmęczona. Ciszę odnajdywała jedynie wtedy, gdy zasypiała półprzytomnie otumaniona opium, lecz teraz i te momenty bezlitośnie szarpały lęki, niezależnie od tego, ile trucizny krążyło w jej żyłach. — Nie mogę ukraść czegoś, czego nie masz. Nie potrzebuję twoich magicznych sztuczek. Jedyną drogą do zakrzywienia losu, który został już spisany, jest prośba i błaganie o wstawiennictwo Bogini.
Patrzyła jednak chciwie na tę szóstkę denarów i w jej szalkach odnajdowała ukojenie. Oto równowaga, którą tak bardzo chciała dojrzeć. Znak, że wciąż balansuje umiejętnie na granicy, gdzie przebiega sprawiedliwość i harmonia — i nie spadła w mrok.
— Nie kształtuję w kartach swojego losu. Ty też nie — powiedziała, a na jej ustach wykwitł rozbawiony uśmiech. — Ty mnie podglądasz.
Czy nie tym były karty? Obnażaniem sekretów cudzej drogi — tym intymniejszych, że sama osoba ich jeszcze nie znała.
Czarownica porwała przypadkową kartę z rąk wampira, lecz nie spojrzała na nią od razu. Zsunęła się z ławki, skłoniła Gabrielowi i lekkim, niemal tanecznym korkiem ruszyła przez ogród, zabierając ze sobą swój los, aby on nie mógł go podejrzeć. Gdy przebiegała obok rozarium, wśród ciszy opustoszałego ogrodu usłyszała brzęczenie. To nie był żaden znany jej owad. Dźwięk zaintrygował ją na tyle, że zwolniła kroku i dojrzała światło w ziemi. Zatrzymała się. Wtedy dopiero spojrzała na kartę, po czym uklękła, aby grzebać zielonkawymi palcami w wilgotnej, glizdowatej ziemi.
Helloise przyglądała się posmutniałemu mężczyźnie. Dopiero z bliska zauważyła, że obcy nie oddycha, a noc zgrabnie ukryła jego poszarzałą cerę. Chciała nim wzgardzić za to, że coś tak prozaicznego jak przeszłość trzyma go z dala od ukochanych ogrodów, lecz nie znalazła w sobie na tyle siły, aby poukładać z niej oburzenie. Westchnęła więc tylko, gdy wplatała palce we włosy martwej głowy, która znalazła się na jej nodze.
— Jeszcze? Powinieneś się więc pospieszyć. Koniec przychodzi po wszystkich. — Przesunęła płynnie dłoń na szyję mężczyzny w poszukiwaniu pulsu. Nie znalazła go. — Nawet tych, którzy spróbowali mu uciec.
Nie szukała u nikogo prawdy. Znała prawdę. Nie potrzebowała zaklinać swojej rzeczywistości — ona już była zaklęta. Złudzenie na złudzeniu, kłamstwo na kłamstwie twardsze od prawdy.
— Nie śnię. — Zamykała oczy tylko po to, aby otworzyć je obok siebie. Jaźń, która prawie nigdy nie sypiała, nie znała pustki. Wieczna tułaczka i długie łańcuchy myśli, których umysł nie miał kiedy układać. Ciągle nowe i nowe doświadczenia. Gubiła się w nich, a nie potrafiła przestać. Była taka… zmęczona. Ciszę odnajdywała jedynie wtedy, gdy zasypiała półprzytomnie otumaniona opium, lecz teraz i te momenty bezlitośnie szarpały lęki, niezależnie od tego, ile trucizny krążyło w jej żyłach. — Nie mogę ukraść czegoś, czego nie masz. Nie potrzebuję twoich magicznych sztuczek. Jedyną drogą do zakrzywienia losu, który został już spisany, jest prośba i błaganie o wstawiennictwo Bogini.
Patrzyła jednak chciwie na tę szóstkę denarów i w jej szalkach odnajdowała ukojenie. Oto równowaga, którą tak bardzo chciała dojrzeć. Znak, że wciąż balansuje umiejętnie na granicy, gdzie przebiega sprawiedliwość i harmonia — i nie spadła w mrok.
— Nie kształtuję w kartach swojego losu. Ty też nie — powiedziała, a na jej ustach wykwitł rozbawiony uśmiech. — Ty mnie podglądasz.
Czy nie tym były karty? Obnażaniem sekretów cudzej drogi — tym intymniejszych, że sama osoba ich jeszcze nie znała.
Czarownica porwała przypadkową kartę z rąk wampira, lecz nie spojrzała na nią od razu. Zsunęła się z ławki, skłoniła Gabrielowi i lekkim, niemal tanecznym korkiem ruszyła przez ogród, zabierając ze sobą swój los, aby on nie mógł go podejrzeć. Gdy przebiegała obok rozarium, wśród ciszy opustoszałego ogrodu usłyszała brzęczenie. To nie był żaden znany jej owad. Dźwięk zaintrygował ją na tyle, że zwolniła kroku i dojrzała światło w ziemi. Zatrzymała się. Wtedy dopiero spojrzała na kartę, po czym uklękła, aby grzebać zielonkawymi palcami w wilgotnej, glizdowatej ziemi.
Rzut Tarot 1d78 - 62
Piątka Pucharów
Piątka Pucharów
dotknij trawy