18.09.2025, 00:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.09.2025, 00:38 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Czy racjonalizowanie sobie sytuacji, w jakiej się właśnie znaleźli przychodziło mu w łatwy sposób? A może inaczej: czy szukanie w tym rozlicznych (choć na język cisnęłaby się konkretna cyfra) zalet powinno być dla niego tak proste jak najwyraźniej było dla Geraldine? Na oba pytania nie znał odpowiedzi. W obu przypadkach generowały za to jeszcze więcej pytań.
Przede wszystkim:
Jak?
Nie czemu? Już kilka dni wcześniej doszedł do wniosku, że nie należy tego analizować.
Nie jakim cudem? Cud był bardzo, ale to bardzo określony.
Nie po co? W końcu nigdy nie patrzył na to od tej strony i wcale nie zamierzał tego zmieniać.
Dzieci...
...dzieci były po prostu dziećmi. Wbrew wszystkiemu, co czasami docierało do jego uszu, zwłaszcza ze strony podstarzałych ciotek czy babek, dzieci nie miały swojej fizycznej funkcji. Przynajmniej nie dla niego. Nie zamierzał traktować ich jak gwarancji na starość. Nie przypisywał im żadnych określonych roli. Nie oczekiwał od nich niczego innego, jak tylko bycia. Istnienia. Pojawienia się w ich życiu.
Tak. Oczywiście. Rozmawiali o tym, że docelowo zgadzali się, by mieć je w liczbie mnogiej. Wychowywanie jedynaków nie dość, że nie należało do łatwych zadań, nie było w żaden sposób typowe dla ludzi ich pokroju, to jeszcze na dłuższą metę bardzo często skutkowało dorosłym małym potworem. Szczególnie, gdy mieli możliwość i wszelkie predyspozycje ku temu, aby mimowolnie rozpieszczać potomstwo prawie do granic możliwości.
Co prawda, nie rozmawiali jeszcze o tym, w jaki sposób chcieli je wychować. Kto miał im w tym oficjalnie towarzyszyć, pełniąc funkcję dodatkowych opiekunów i tak dalej. Po prawdzie mówiąc, w ostatnich dniach chyba po prostu skupiali się na przetwarzaniu nieoczekiwanej wieści, że ich kiedyś, w przyszłości ma wydarzyć się znacznie wcześniej niż mogli planować.
Byli na dobrej drodze ku temu, gdy wspólnie mieszkali w Whitby. Gdyby wtedy zdecydowali się podążyć tą ścieżką, zapewne byliby po ślubie, o ironio, najpewniej także mając dziecko... ...dzieci w drodze. Powinien być gotowy.
Był gotowy.
Nie czuł się gotowy.
Ale był gotowy.
Czy to miało choć odrobinę sensu?
I no...
...właśnie.
Jak?
Jak do tego doszło, że za każdym razem, gdy już czuł się całkowicie świadomy obrotu sytuacji, ta wirowała jeszcze bardziej? Wywracała się do góry nogami? Albo to on czuł zawroty głowy?
Przynajmniej metaforyczne. Fizycznie wyłącznie odrobinę pobladł, być może robiąc się lekko zaczerwieniony w okolicach zarośniętych policzków, gdy na zbyt długo wstrzymał oddech, ściskając termos z herbatą.
Nie umknęło mu, nawet przez te cholerne barierki zasłaniające większą część widoku, że Geraldine dosłownie promieniała. Może niekoniecznie jak nigdy. Zawsze uważał ją za hipnotyzującą, przyciągającą wzrok sposobem, w jaki potrafiła się nosić, będąc po prostu sobą. W najlepszym tego słowa znaczeniu.
Ale no właśnie. Lśniła, biło od niej zadowolenie. A może wręcz radość? Nie tylko wydawała się, lecz bez dwóch zdań była w wyjątkowo dobrym humorze. A on wcale nie uznał tego za dziwne. Nie postanowił kwestionować przyczyn jej wyśmienitego nastroju. Nie przeszło mu przez myśl, że mogła podłapać jego przesłyszenie i skorzystać z tego dokładnie tak, jak i on zrobiłby to na jej miejscu.
Tak, zdecydowanie odzyskiwali również tę część iskry. Nie tylko byli ze sobą zadziwiająco zgodni. W tym momencie byli także na doskonałej drodze, żeby zaliczyć pierwsze od dawna...
...coś.
Żarty. W bardzo zaawansowanej formie.
Nie tylko złapała go na haczyk. On sam włożył go sobie do gęby, gdy wypowiedział tamte słowa. Ale czy mógłby inaczej zinterpretować to, co usłyszał? Szczególnie, gdy brzmiało to dla niego jak niemalże pełna, bardzo jasna wypowiedź.
Niby teoretycznie wiedział, że Rina nie zwykła trenować przemów. Zazwyczaj wybierała po prostu przekazanie mu wszystkiego. Wprost. Bardzo dosłownie. Od czasu do czasu nazbyt i w nerwach, ale zawsze do rzeczy. Ta sytuacja była jednak tak daleka od standardowej, że mimowolnie zaczął miotać się we własnych myślach jak ryba złapana na wędkę. Przynajmniej nie otwierał i nie zamykał ust. Mógł być pewien, że nie chwilowo nie wyglądał jeszcze najgorzej. Chociaż nie pomagało mu to, że zupełnie nie wiedział, czy powinien zacząć przytakiwać, czy raczej zrobić dwa kroki na ganek i usiąść, wpatrując się przed siebie bez kolejnego słowa.
Był przytłoczony. Ni mniej, ni więcej. Potrzebował chwili. I racjonalizacji. Normalnej, żelaznej logiki. Punktu zaczepienia.
Linnéa i Rowan. Przecież to była urocza parka diabłów wcielonych w duecie. Spędzał z nimi czas. Po prostu przeszli od Fabiana o kilka kroków dalej. Przynajmniej Yaxleyówna była zadowolona.
- Ze wszystkim - powtórzył, co jednocześnie mogło i wcale nie musiało służyć za przytaknięcie; sam nie do końca to wiedział.
- Przekaz - odparł zanim tak naprawdę sam pomyślał o reszcie odpowiedzi. - Przemowę. Słowa - no, bo przecież oboje wiedzieli, że w innym wypadku by tego nie usłyszał, prawda?
Była sama, mówiła do siebie, reszta była prosta. Nawet jeśli wcale tak nie było, o czym świadczyła reszta słów dziewczyny. Na jego czole pojawiły się poziome linie, gdy zmrużył oczy, kręcąc głową.
- Wrzosowiska? Gdzieś dalej? Rzeczywiście. Jest ładna pogoda - czy tylko dla niego brzmiało to jak zupełnie niepotrzebnie zadawane pytania?
O ile jeszcze chwilę wcześniej chciał usłyszeć od niej, w jaki sposób spędzała czas zanim wróciła do domu, bo nie zastał jej tu i nie widział jej przez co najmniej kilka godzin. O tyle teraz zdawało mu się to zamierzchłą przeszłością. Czymś, co już nie miało zbyt wiele znaczenia.
Choć może powinno? W końcu gdzieś na przestrzeni poprzedniego wieczoru i początku tego dnia z jednego dziecka zrobiły się dwa. Może nie dosłownie, to musiało stać się znacznie wcześniej, ale raczej powinien dążyć do usłyszenia reszty informacji. Tym razem patrząc narzeczonej już prosto w twarz, żeby wybadać, czy jej entuzjazm był czymś rzeczywistym, czy też może wynikiem szoku i wyparcia. Rina wydawała się...
...naprawdę wesoła.
- Na pewno możemy to... - przetrwać ani udźwignąć nie były dobrymi słowami, ale on nigdy nie był wyjątkowy w mówieniu o emocjach, prawda? - ...unieść. Mamy czas, by się przygotować - tak, na podobną deklarację mimo wszystko było go stać, w końcu nie zamierzał świrować.
Nawet jeśli nie mieli zgodności, o której tak entuzjastycznie przypomniała mu dziewczyna, emanując przy tym radością...
...za dwoje. Za troje, przepraszam.
Odchrzaknął, słysząc te słowa. Nie miał pewności, czy gdyby je powtórzył, przypadkiem by się nie zakrztusił. I tak, dalej próbował to sobie racjonalizować, ale to było dużo.
Dużo szczęścia, nawet jak na kogoś, kto w gruncie rzeczy nie mógł narzekać. Po prostu jeszcze dwa tygodnie wcześniej zupełnie tego nie przewidywał.
Teraz jednak zaczął analizować sytuację. I liczba wniosków była dosyć mocno pochłaniająca. To zaś wzmagało w nim coraz to bardziej absurdalne pytania.
- Ale to nie widmowidz, prawda? Wiedziałabyś znacznie wcześniej, gdyby chodziło o widmowidza...dzów - poniekąd sam sobie odpowiedział, mierząc dziewczynę uważnym spojrzeniem.
Przynajmniej tutaj mogli być całkowicie spokojni, tak? Gdyby chodziło o trzecie oko, dużo wcześniej wiedziałaby o ciąży. A gdyby, nie daj Merlinie, chodziło o podwójne dodatkowe zdolności, od samego początku mówiliby o bliźniętach. Racjonalizacja. Racjonalizował.
Przede wszystkim:
Jak?
Nie czemu? Już kilka dni wcześniej doszedł do wniosku, że nie należy tego analizować.
Nie jakim cudem? Cud był bardzo, ale to bardzo określony.
Nie po co? W końcu nigdy nie patrzył na to od tej strony i wcale nie zamierzał tego zmieniać.
Dzieci...
...dzieci były po prostu dziećmi. Wbrew wszystkiemu, co czasami docierało do jego uszu, zwłaszcza ze strony podstarzałych ciotek czy babek, dzieci nie miały swojej fizycznej funkcji. Przynajmniej nie dla niego. Nie zamierzał traktować ich jak gwarancji na starość. Nie przypisywał im żadnych określonych roli. Nie oczekiwał od nich niczego innego, jak tylko bycia. Istnienia. Pojawienia się w ich życiu.
Tak. Oczywiście. Rozmawiali o tym, że docelowo zgadzali się, by mieć je w liczbie mnogiej. Wychowywanie jedynaków nie dość, że nie należało do łatwych zadań, nie było w żaden sposób typowe dla ludzi ich pokroju, to jeszcze na dłuższą metę bardzo często skutkowało dorosłym małym potworem. Szczególnie, gdy mieli możliwość i wszelkie predyspozycje ku temu, aby mimowolnie rozpieszczać potomstwo prawie do granic możliwości.
Co prawda, nie rozmawiali jeszcze o tym, w jaki sposób chcieli je wychować. Kto miał im w tym oficjalnie towarzyszyć, pełniąc funkcję dodatkowych opiekunów i tak dalej. Po prawdzie mówiąc, w ostatnich dniach chyba po prostu skupiali się na przetwarzaniu nieoczekiwanej wieści, że ich kiedyś, w przyszłości ma wydarzyć się znacznie wcześniej niż mogli planować.
Byli na dobrej drodze ku temu, gdy wspólnie mieszkali w Whitby. Gdyby wtedy zdecydowali się podążyć tą ścieżką, zapewne byliby po ślubie, o ironio, najpewniej także mając dziecko... ...dzieci w drodze. Powinien być gotowy.
Był gotowy.
Nie czuł się gotowy.
Ale był gotowy.
Czy to miało choć odrobinę sensu?
I no...
...właśnie.
Jak?
Jak do tego doszło, że za każdym razem, gdy już czuł się całkowicie świadomy obrotu sytuacji, ta wirowała jeszcze bardziej? Wywracała się do góry nogami? Albo to on czuł zawroty głowy?
Przynajmniej metaforyczne. Fizycznie wyłącznie odrobinę pobladł, być może robiąc się lekko zaczerwieniony w okolicach zarośniętych policzków, gdy na zbyt długo wstrzymał oddech, ściskając termos z herbatą.
Nie umknęło mu, nawet przez te cholerne barierki zasłaniające większą część widoku, że Geraldine dosłownie promieniała. Może niekoniecznie jak nigdy. Zawsze uważał ją za hipnotyzującą, przyciągającą wzrok sposobem, w jaki potrafiła się nosić, będąc po prostu sobą. W najlepszym tego słowa znaczeniu.
Ale no właśnie. Lśniła, biło od niej zadowolenie. A może wręcz radość? Nie tylko wydawała się, lecz bez dwóch zdań była w wyjątkowo dobrym humorze. A on wcale nie uznał tego za dziwne. Nie postanowił kwestionować przyczyn jej wyśmienitego nastroju. Nie przeszło mu przez myśl, że mogła podłapać jego przesłyszenie i skorzystać z tego dokładnie tak, jak i on zrobiłby to na jej miejscu.
Tak, zdecydowanie odzyskiwali również tę część iskry. Nie tylko byli ze sobą zadziwiająco zgodni. W tym momencie byli także na doskonałej drodze, żeby zaliczyć pierwsze od dawna...
...coś.
Żarty. W bardzo zaawansowanej formie.
Nie tylko złapała go na haczyk. On sam włożył go sobie do gęby, gdy wypowiedział tamte słowa. Ale czy mógłby inaczej zinterpretować to, co usłyszał? Szczególnie, gdy brzmiało to dla niego jak niemalże pełna, bardzo jasna wypowiedź.
Niby teoretycznie wiedział, że Rina nie zwykła trenować przemów. Zazwyczaj wybierała po prostu przekazanie mu wszystkiego. Wprost. Bardzo dosłownie. Od czasu do czasu nazbyt i w nerwach, ale zawsze do rzeczy. Ta sytuacja była jednak tak daleka od standardowej, że mimowolnie zaczął miotać się we własnych myślach jak ryba złapana na wędkę. Przynajmniej nie otwierał i nie zamykał ust. Mógł być pewien, że nie chwilowo nie wyglądał jeszcze najgorzej. Chociaż nie pomagało mu to, że zupełnie nie wiedział, czy powinien zacząć przytakiwać, czy raczej zrobić dwa kroki na ganek i usiąść, wpatrując się przed siebie bez kolejnego słowa.
Był przytłoczony. Ni mniej, ni więcej. Potrzebował chwili. I racjonalizacji. Normalnej, żelaznej logiki. Punktu zaczepienia.
Linnéa i Rowan. Przecież to była urocza parka diabłów wcielonych w duecie. Spędzał z nimi czas. Po prostu przeszli od Fabiana o kilka kroków dalej. Przynajmniej Yaxleyówna była zadowolona.
- Ze wszystkim - powtórzył, co jednocześnie mogło i wcale nie musiało służyć za przytaknięcie; sam nie do końca to wiedział.
- Przekaz - odparł zanim tak naprawdę sam pomyślał o reszcie odpowiedzi. - Przemowę. Słowa - no, bo przecież oboje wiedzieli, że w innym wypadku by tego nie usłyszał, prawda?
Była sama, mówiła do siebie, reszta była prosta. Nawet jeśli wcale tak nie było, o czym świadczyła reszta słów dziewczyny. Na jego czole pojawiły się poziome linie, gdy zmrużył oczy, kręcąc głową.
- Wrzosowiska? Gdzieś dalej? Rzeczywiście. Jest ładna pogoda - czy tylko dla niego brzmiało to jak zupełnie niepotrzebnie zadawane pytania?
O ile jeszcze chwilę wcześniej chciał usłyszeć od niej, w jaki sposób spędzała czas zanim wróciła do domu, bo nie zastał jej tu i nie widział jej przez co najmniej kilka godzin. O tyle teraz zdawało mu się to zamierzchłą przeszłością. Czymś, co już nie miało zbyt wiele znaczenia.
Choć może powinno? W końcu gdzieś na przestrzeni poprzedniego wieczoru i początku tego dnia z jednego dziecka zrobiły się dwa. Może nie dosłownie, to musiało stać się znacznie wcześniej, ale raczej powinien dążyć do usłyszenia reszty informacji. Tym razem patrząc narzeczonej już prosto w twarz, żeby wybadać, czy jej entuzjazm był czymś rzeczywistym, czy też może wynikiem szoku i wyparcia. Rina wydawała się...
...naprawdę wesoła.
- Na pewno możemy to... - przetrwać ani udźwignąć nie były dobrymi słowami, ale on nigdy nie był wyjątkowy w mówieniu o emocjach, prawda? - ...unieść. Mamy czas, by się przygotować - tak, na podobną deklarację mimo wszystko było go stać, w końcu nie zamierzał świrować.
Nawet jeśli nie mieli zgodności, o której tak entuzjastycznie przypomniała mu dziewczyna, emanując przy tym radością...
...za dwoje. Za troje, przepraszam.
Odchrzaknął, słysząc te słowa. Nie miał pewności, czy gdyby je powtórzył, przypadkiem by się nie zakrztusił. I tak, dalej próbował to sobie racjonalizować, ale to było dużo.
Dużo szczęścia, nawet jak na kogoś, kto w gruncie rzeczy nie mógł narzekać. Po prostu jeszcze dwa tygodnie wcześniej zupełnie tego nie przewidywał.
Teraz jednak zaczął analizować sytuację. I liczba wniosków była dosyć mocno pochłaniająca. To zaś wzmagało w nim coraz to bardziej absurdalne pytania.
- Ale to nie widmowidz, prawda? Wiedziałabyś znacznie wcześniej, gdyby chodziło o widmowidza...dzów - poniekąd sam sobie odpowiedział, mierząc dziewczynę uważnym spojrzeniem.
Przynajmniej tutaj mogli być całkowicie spokojni, tak? Gdyby chodziło o trzecie oko, dużo wcześniej wiedziałaby o ciąży. A gdyby, nie daj Merlinie, chodziło o podwójne dodatkowe zdolności, od samego początku mówiliby o bliźniętach. Racjonalizacja. Racjonalizował.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down