18.09.2025, 01:07 ✶
- Daruj sobie - tak, nie zamierzał pozostawić tej reakcji bez adekwatnego komentarza, niemal synchronicznie wywracając oczami. - Jak już ustaliliśmy, astronomia to nie nasza ulubiona dziedzina. A ja nie jestem BUMowcem, by odpowiedzieć ci z marszu. Muszę się zastanowić - skwitował w typowej dla siebie manierze, nie zionąc frustracją, lecz raczej zachowując się w tym momencie tak, jakby miał do czynienia z naprawdę nadaktywnym, przesadnie ciekawskim stażystą.
Tyle tylko, że wobec stażysty nie byłby aż tak dosadny. Przy stażyście wyłącznie uniósłby wzrok w kierunku sufitu, wewnętrznie podziwiając własną cierpliwość i poświęcenie dla dobra nauki oraz zdrowia (choć raczej nie psychicznego; o to byłoby trudno, bo niektórzy przyszli uzdrowiciele byli po prostu naturalnie skrzywieni) przyszłych pokoleń. A potem bardzo powoli zasugerowałby rozwiązanie, korzystając z cennych sekund, aby je znaleźć. Lub, co wygodniejsze, odesłałby jegomościa do samodzielnego poszukania odpowiedzi w encyklopedii, żeby samemu móc także w spokoju zweryfikować fakty.
Przy Prue to zdecydowanie nie miało zadziałać. Tak. Ona potrzebowała konkretu. Chciała daty. Czy mógł ją za to winić? W końcu sam wiedział, jaki potrafił być, gdy się na coś napalił. On również niekoniecznie lubił ogólniki, wolał operować faktami. Tyle, że nie musiała tak ostentacyjnie wzdychać. Nie była koniem.
Dorzucając słowa dotyczące pełni i przygotowań przy okazji najbliższego sabatu, przesunął ręką kalendarzyk w kierunku dziewczyny, nie kłopocząc się papierami leżącymi pod spodem, a już szczególnie nie tą nieszczęsną ulotką.
- Czyń honory - stwierdził naturalnie, bowiem skoro chciała daty, tylko tak miała ją otrzymać; wskazując pełnię w kalendarzu.
On tymczasem kiwnął głową, kolejny raz stukając palcami w drewniany blat i rozważając możliwości.
- Podzielmy się po połowie - zasugerował po chwili. - Zróbmy listę. Wyszczególnijmy co bardziej kontrowersyjne przedmioty, a potem rozdzielmy oczywiste połączenia - składniki, które dobrane razem aż krzyczały o złych zamiarach, akcesoria zazwyczaj kupowane w zestawie, żeby dokonywać wiadomych czynów...
...i tak dalej, i tak dalej. Wiedzieli, o co chodzi.
Co prowadziło go do jeszcze jednego wniosku.
- To musi być ktoś inny - jego słowom brakowało tonu sugerującego możliwość dyskusji, zaraz zresztą przeszedł do tego, do czego zmierzał od samego początku. - Inny wilkołak. Ktoś parszywy, ale bez związku - bez powiązań z Bletchleyówną. - Na pierwszy ogień - zaznaczył, gdyby jednak postanowiła zaprotestować.
Testowali rozwiązania, tak? Zamierzali je badać. Podchodzić do tego w naukowy sposób. To nie mógł być ten rodzaj vendetty. Nie, mogliby tym sobie zbyt mocno zaszkodzić. Musieli celować w kogoś, kto nie stanowiłby żadnej straty dla społeczeństwa, ale gdyby coś poszło bardzo nie po ich myśli, nie byłby też z nimi powiązany. W żaden sposób.
Tyle tylko, że wobec stażysty nie byłby aż tak dosadny. Przy stażyście wyłącznie uniósłby wzrok w kierunku sufitu, wewnętrznie podziwiając własną cierpliwość i poświęcenie dla dobra nauki oraz zdrowia (choć raczej nie psychicznego; o to byłoby trudno, bo niektórzy przyszli uzdrowiciele byli po prostu naturalnie skrzywieni) przyszłych pokoleń. A potem bardzo powoli zasugerowałby rozwiązanie, korzystając z cennych sekund, aby je znaleźć. Lub, co wygodniejsze, odesłałby jegomościa do samodzielnego poszukania odpowiedzi w encyklopedii, żeby samemu móc także w spokoju zweryfikować fakty.
Przy Prue to zdecydowanie nie miało zadziałać. Tak. Ona potrzebowała konkretu. Chciała daty. Czy mógł ją za to winić? W końcu sam wiedział, jaki potrafił być, gdy się na coś napalił. On również niekoniecznie lubił ogólniki, wolał operować faktami. Tyle, że nie musiała tak ostentacyjnie wzdychać. Nie była koniem.
Dorzucając słowa dotyczące pełni i przygotowań przy okazji najbliższego sabatu, przesunął ręką kalendarzyk w kierunku dziewczyny, nie kłopocząc się papierami leżącymi pod spodem, a już szczególnie nie tą nieszczęsną ulotką.
- Czyń honory - stwierdził naturalnie, bowiem skoro chciała daty, tylko tak miała ją otrzymać; wskazując pełnię w kalendarzu.
On tymczasem kiwnął głową, kolejny raz stukając palcami w drewniany blat i rozważając możliwości.
- Podzielmy się po połowie - zasugerował po chwili. - Zróbmy listę. Wyszczególnijmy co bardziej kontrowersyjne przedmioty, a potem rozdzielmy oczywiste połączenia - składniki, które dobrane razem aż krzyczały o złych zamiarach, akcesoria zazwyczaj kupowane w zestawie, żeby dokonywać wiadomych czynów...
...i tak dalej, i tak dalej. Wiedzieli, o co chodzi.
Co prowadziło go do jeszcze jednego wniosku.
- To musi być ktoś inny - jego słowom brakowało tonu sugerującego możliwość dyskusji, zaraz zresztą przeszedł do tego, do czego zmierzał od samego początku. - Inny wilkołak. Ktoś parszywy, ale bez związku - bez powiązań z Bletchleyówną. - Na pierwszy ogień - zaznaczył, gdyby jednak postanowiła zaprotestować.
Testowali rozwiązania, tak? Zamierzali je badać. Podchodzić do tego w naukowy sposób. To nie mógł być ten rodzaj vendetty. Nie, mogliby tym sobie zbyt mocno zaszkodzić. Musieli celować w kogoś, kto nie stanowiłby żadnej straty dla społeczeństwa, ale gdyby coś poszło bardzo nie po ich myśli, nie byłby też z nimi powiązany. W żaden sposób.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down