20.02.2023, 06:24 ✶
Gdyby wiedział, że Wood powstrzymała się właśnie od wbicia mu łokcia w żebra, zapewne by jej podziękował. W swojej słodkiej nieświadomości uśmiechnął się do niej krzywo, wciąż przejęty chaosem, jaki się wokół nich odgrywał. Przysunął się do Heather na tyle blisko, na ile mógł, coby żaden z przepychających się uczestników Marszu ich nie rozdzielił.
- To musiała być chyba bardzo boląca pięta, skoro tak, wiesz, taka z odciskami - zaśmiał sie, bo pomimo gorącej atmosfery, jego poczucie humoru nie znikało. Był przyzwyczajony do brawurowych akcji, mało też myślał o ich konsekwencjach, to z przyjaciółką mieli wspólne, zapewne dlatego zazwyczaj potrzebowali Camerona i jego umiejętności magomedycznych.
- Jakiś typek, obok którego wcześniej maszerowałem mówił coś o kontr marszu, to musi być to - powiedział i jak na zawołanie coś wybuchło za nimi, powodując, że ludzie naparli nań jeszcze intensywniej, podniósł się też krzyk. Charles automatycznie złapał Heather, ale w mało poręczny sposób, jakby chciał ją podnieść i wynieść z tego tłumu, chociaż sam ledwo trzymał się na nogach.
- S-sory, na gacie Merlina, chyba trzeba spierdalać, nawet jakbyśmy chcieli komuś pomóc, to chuj jeden wie komu tu pomagać - sapnął jedynie, wciąż nie puszczając przyjaciółki, więc prawie przewrócili się razem na bruk, bo ktoś właśnie wpadł Rookwoodowi na plecy.
- Jak daleko od sklepu twoich rodziców jesteśmy? - zapytał i dopiero teraz podniósł się do pionu, wyciągając też różdżkę, na wszelki wypadek, jakby mu siał się bronić, chociaż poza uciekającymi w popłochu twarzami, nic nie zmierzało w ich kierunku, a już definitywnie nie struga zaklęcia. Przezorny, jednak, zawsze ubezpieczony. Ścisnął rączkę różdżki, miał spoconą dłoń, a w tle coś zaczęło płonąc, pewnie z powodu wybuchu, jaki przed chwilą usłyszeli.
Charlesowi zaczęło dudnić w uszach od hałasu.
- To musiała być chyba bardzo boląca pięta, skoro tak, wiesz, taka z odciskami - zaśmiał sie, bo pomimo gorącej atmosfery, jego poczucie humoru nie znikało. Był przyzwyczajony do brawurowych akcji, mało też myślał o ich konsekwencjach, to z przyjaciółką mieli wspólne, zapewne dlatego zazwyczaj potrzebowali Camerona i jego umiejętności magomedycznych.
- Jakiś typek, obok którego wcześniej maszerowałem mówił coś o kontr marszu, to musi być to - powiedział i jak na zawołanie coś wybuchło za nimi, powodując, że ludzie naparli nań jeszcze intensywniej, podniósł się też krzyk. Charles automatycznie złapał Heather, ale w mało poręczny sposób, jakby chciał ją podnieść i wynieść z tego tłumu, chociaż sam ledwo trzymał się na nogach.
- S-sory, na gacie Merlina, chyba trzeba spierdalać, nawet jakbyśmy chcieli komuś pomóc, to chuj jeden wie komu tu pomagać - sapnął jedynie, wciąż nie puszczając przyjaciółki, więc prawie przewrócili się razem na bruk, bo ktoś właśnie wpadł Rookwoodowi na plecy.
- Jak daleko od sklepu twoich rodziców jesteśmy? - zapytał i dopiero teraz podniósł się do pionu, wyciągając też różdżkę, na wszelki wypadek, jakby mu siał się bronić, chociaż poza uciekającymi w popłochu twarzami, nic nie zmierzało w ich kierunku, a już definitywnie nie struga zaklęcia. Przezorny, jednak, zawsze ubezpieczony. Ścisnął rączkę różdżki, miał spoconą dłoń, a w tle coś zaczęło płonąc, pewnie z powodu wybuchu, jaki przed chwilą usłyszeli.
Charlesowi zaczęło dudnić w uszach od hałasu.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you