20.02.2023, 07:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2023, 07:04 przez Julien Fitzpatrick.)
To fakt, Charles był przyzwyczajony do sytuacji kryzysowych, bo na swoje życzenie nazbyt często się w nie pakował.
No dobra - czasami po prostu znajdował się w centrum chaosu, kłopoty zdawały się znajdywać go same, nawet gdy specjalnie się o to nie prosił. Mimo wszystko, wyrzucanie z siebie najbardziej niespodziewanych słów czy tekstów, było po prostu sposobem, w jaki radził sobie z adrenaliną czy lękami, być może stresem, że prawie właśnie zostali pożarci przez Melin wie jakiego stwora (nie uważał zbytnio na ONMS w Hogwarcie, a nawet jeżeli by uważał, woda i walka o życie przeszkadzałyby mu w zidentyfikowaniu istoty).
- No ty, ty. Nie widzę tu nikogo innego, a o tej paskudzie raczej nie mówię - wskazał kciukiem za siebie, w stronę jeziora i uśmiechnął się czarująco, choć zrobił to bardziej instynktownie niż specjalnie. Definitywnie nie chciał (o ironio) oczarowywać niedoszłej ofiary uroku śpiewającej wodnej istoty, zresztą, chłopak wydawał się zdezorientowany wciąż próbując zrozumieć jak to się stało, ze przeżył. Rookwood nie mógł go winić, sam w jego pozycji byłby pewnie równie skonfundowany.
Odczekał chwilę aż Theo stwierdzi czy musza teleportować się do Munga, czy też nie. Nie chciał na niego naciskać, podczas pracy w Magicznym Pogotowi Ratunkowym nauczył się, że może minąć trochę czasu zanim odratowani będą w stanie stwierdzić czego chcą lub potrzebują. Charlie zmierzył Lovegooda uważniejszym spojrzeniem, jakby samemu sprawdzając czy ten, poza byciem mokrym i absolutnie zdruzgotanym sytuacją, na pewno czuje się dobrze i nie potrzebuje pomocy. Nie wydawało mu się, aby tak było, a kolejne słowa rozmówcy jedynie go w tym upewniły.
Spojrzał na swoją rękę w lekkim zdziwieniu, gdy Theo ścisnął ją w żelaznym uścisku.
- Uff, faktycznie chyba nic ci nie jest, masz dużo siły jak na prawie-topielca - nie zdążył dodać nic więcej, bo został objęty. Nigdy nie był osobą, której przeszkadzałaby bliskość, więc wyswobadzając rękę z uścisku sam przytulił swojego nowego kompana, poklepawszy go lekko po plecach, gdy materiały mokrych koszulek skleiły się ze sobą.
Chichot wcale go nie zdziwił, jak już wcześniej było wspomniane, Charles zdawał sobie sprawę, że ludzie z których schodziła adrenalina czy cokolwiek innego, wywołane nagłymi wypadkami, odreagowywali w różny sposób. Głownie dlatego, gdy odsunęli się od siebie nie spuszczał z Theodore'a uważnego spojrzenia. Temu mogło się w przypływie szczęścia, że jednak żyje, tylko wydawać że wszystko jest w porządku, przezorności nigdy za wiele. Nie wypowiedział tych zmartwień na głos, nie chcąc tym obarczać Lovegooda.
Przyłożył mu za to rękę do czoła, odgarniając z niego mokre włosy, jakby sprawdzając czy ten chichot na pewno nie jest wywołany jakąś gorączką czy czymkolwiek.
- Chyba faktycznie z tobą wszystko w porządku, ale nie myśl sobie, że cię tu zostawię, będziesz odstawiony do domu. Dopóki nie zobaczę sam, że jesteś daleko od tego jeziora to cię nie zostawię - ostrzegł go i złapał za różdżkę - Przydałoby się wysuszyć te ubrania, zanim sprawią, ze obydwaj będziemy musieli znaleźć się w szpitalu - przez swoje ostatnie przeżycia Charles, zaskakująco zaczął myśleć nad konsekwencjami takich spraw, aż sam się sobie dziwił.
Skierował różdżkę na swoje ubrania, chcąc je wysuszyć ciepłym powietrzem. Wciąż był trochę roztrzęsiony akcją ratunkową, a jej powaga dopiero teraz zaczynała do niego docierać, wiec wolał uniknąć celowania różdżką w kogoś, poza sobą, na wszelki, jakby zaklęcie miało nie wyjść - a jeżeli nie wyszło spróbował jeszcze raz.
pierwsza próba rzucenia zaklęcia:
druga próba rzucenia tego cholernego zaklęcia:
No dobra - czasami po prostu znajdował się w centrum chaosu, kłopoty zdawały się znajdywać go same, nawet gdy specjalnie się o to nie prosił. Mimo wszystko, wyrzucanie z siebie najbardziej niespodziewanych słów czy tekstów, było po prostu sposobem, w jaki radził sobie z adrenaliną czy lękami, być może stresem, że prawie właśnie zostali pożarci przez Melin wie jakiego stwora (nie uważał zbytnio na ONMS w Hogwarcie, a nawet jeżeli by uważał, woda i walka o życie przeszkadzałyby mu w zidentyfikowaniu istoty).
- No ty, ty. Nie widzę tu nikogo innego, a o tej paskudzie raczej nie mówię - wskazał kciukiem za siebie, w stronę jeziora i uśmiechnął się czarująco, choć zrobił to bardziej instynktownie niż specjalnie. Definitywnie nie chciał (o ironio) oczarowywać niedoszłej ofiary uroku śpiewającej wodnej istoty, zresztą, chłopak wydawał się zdezorientowany wciąż próbując zrozumieć jak to się stało, ze przeżył. Rookwood nie mógł go winić, sam w jego pozycji byłby pewnie równie skonfundowany.
Odczekał chwilę aż Theo stwierdzi czy musza teleportować się do Munga, czy też nie. Nie chciał na niego naciskać, podczas pracy w Magicznym Pogotowi Ratunkowym nauczył się, że może minąć trochę czasu zanim odratowani będą w stanie stwierdzić czego chcą lub potrzebują. Charlie zmierzył Lovegooda uważniejszym spojrzeniem, jakby samemu sprawdzając czy ten, poza byciem mokrym i absolutnie zdruzgotanym sytuacją, na pewno czuje się dobrze i nie potrzebuje pomocy. Nie wydawało mu się, aby tak było, a kolejne słowa rozmówcy jedynie go w tym upewniły.
Spojrzał na swoją rękę w lekkim zdziwieniu, gdy Theo ścisnął ją w żelaznym uścisku.
- Uff, faktycznie chyba nic ci nie jest, masz dużo siły jak na prawie-topielca - nie zdążył dodać nic więcej, bo został objęty. Nigdy nie był osobą, której przeszkadzałaby bliskość, więc wyswobadzając rękę z uścisku sam przytulił swojego nowego kompana, poklepawszy go lekko po plecach, gdy materiały mokrych koszulek skleiły się ze sobą.
Chichot wcale go nie zdziwił, jak już wcześniej było wspomniane, Charles zdawał sobie sprawę, że ludzie z których schodziła adrenalina czy cokolwiek innego, wywołane nagłymi wypadkami, odreagowywali w różny sposób. Głownie dlatego, gdy odsunęli się od siebie nie spuszczał z Theodore'a uważnego spojrzenia. Temu mogło się w przypływie szczęścia, że jednak żyje, tylko wydawać że wszystko jest w porządku, przezorności nigdy za wiele. Nie wypowiedział tych zmartwień na głos, nie chcąc tym obarczać Lovegooda.
Przyłożył mu za to rękę do czoła, odgarniając z niego mokre włosy, jakby sprawdzając czy ten chichot na pewno nie jest wywołany jakąś gorączką czy czymkolwiek.
- Chyba faktycznie z tobą wszystko w porządku, ale nie myśl sobie, że cię tu zostawię, będziesz odstawiony do domu. Dopóki nie zobaczę sam, że jesteś daleko od tego jeziora to cię nie zostawię - ostrzegł go i złapał za różdżkę - Przydałoby się wysuszyć te ubrania, zanim sprawią, ze obydwaj będziemy musieli znaleźć się w szpitalu - przez swoje ostatnie przeżycia Charles, zaskakująco zaczął myśleć nad konsekwencjami takich spraw, aż sam się sobie dziwił.
Skierował różdżkę na swoje ubrania, chcąc je wysuszyć ciepłym powietrzem. Wciąż był trochę roztrzęsiony akcją ratunkową, a jej powaga dopiero teraz zaczynała do niego docierać, wiec wolał uniknąć celowania różdżką w kogoś, poza sobą, na wszelki, jakby zaklęcie miało nie wyjść - a jeżeli nie wyszło spróbował jeszcze raz.
pierwsza próba rzucenia zaklęcia:
Rzut PO 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana
druga próba rzucenia tego cholernego zaklęcia:
Rzut PO 1d100 - 72
Sukces!
Sukces!
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you