18.09.2025, 20:54 ✶
Słuchała każdego jego słowa ze spokojem.
Patrzyła tylko, jak mężczyzna po raz kolejny dolewa sobie alkoholu, najwyraźniej zamierzając doszukać się sensu sprzeczki z Selwynem na dnie butelki, która i tak była już wypita do połowy. Będzie musiała pamiętać, aby w porę zatkać korek z powrotem. A potem najlepiej schować bezpiecznie brandy w barku, do którego klucz zawsze wciskała pomiędzy ramki, stojące na kominku. Małe przyzwyczajenie jeszcze z czasów, kiedy zamiast rozwódka mogła pochwalić się zgoła innym tytułem, bo — mężatka.
Piła zatem powoli, obserwując Anthony’ego i myślała nad tym, jak mogła mu pomóc. O ile mogła mu pomóc. Bo choć bardzo lubiła wciskać się w takie sprawy i ubierać na siebie szarfę z napisem Mediator, tak tutaj… Tutaj wiedziała, że nie mogła tego robić. Konflikt był zbyt żywy, zbyt czerwony i zbyt gęsto posypali sobie nawzajem solą po dopiero co otwartych ranach. Niczym dzieci, choć posiadające zdecydowanie większą władzę i plakietkę ze swoim imieniem na biurku.
Po jakimś czasie papieros sam zawitał w jej dłoni — najpewniej wprosił się całkiem sam, choć to Tessa wzięła do ręki niedopaloną cygaretkę — i wydmuchnęła śmierdzący, ale pachnący cynamonem dym lekko na bok. Topił smutki w krysztale z brandy, dlatego nie chciała proponować mu kolejnej używki, bo jeszcze zadławiłby się oparami. A mówił. Więc picie, palenie i nawijanie w tym samym czasie mogłoby go lekko przerosnąć, szczególnie, że mówił o czymś naprawdę ważnym.
Tessa nie była pewna, co zrobiłaby w swoim życiu bez przyjaciół.
Zawsze to ona starała się być tą osobą, do której każdy mógłby się zwrócić nawet w najgorszej sytuacji. Potrzebujesz na szybko jakiegoś zaświadczenia z Ministerstwa? Nie przejmuj się, ona wszystkim się zajmie! A może trzeba upiec jakieś ciasto, bo zapomniało się, że teściowa przyjeżdża; albo musisz zacerować na szybko dziurę w sukience, którą zauważyło się w lustrze i to w toalecie jakiejś restauracji? Poczekaj, ona już przecież wyciąga z torebki pudełko z igłą i nićmi. Może jednak musisz wymienić oponę w samochodzie, a kompletnie nie wiesz, jak to zrobić? Mógłbyś zadzwonić wtedy do niej, pojęczeć przez chwilę przy komórce, a ona pojawiłaby się już po chwili. No i ogarnęłaby wszystko, choć w jej obecnym życiu nie miało to żadnego podkładu. Życie w czarodziejskim społeczeństwie miało to do siebie, że mało kto jeździł samochodem. No i telefonów też nie stwierdzono.
Ale po poznaniu Jo zrozumiała, że to nie zawsze ona musi być tym oparciem. Że jej też czasami pozwoli się na przyciśnięcie komuś zapłakanego policzka do ramienia. Dalej nie była pewna, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby Bletchey nie obudziła się, kiedy (jeszcze wtedy przyszła) pani Longbottom zbierała się do spieprzenia przez okno. W noc przed swoim ślubem. Ale najbardziej nie chciała myśleć o tym, co by było, gdyby Jolene nie wspierała jej po stracie ciąży. Nie chciała do tego wracać. Naprawdę nie chciała.
W lekkim zamyśleniu potarła lekko zaśniedziały kolczyk, a potem postukała paznokciem w wprawioną weń perłę. Uśmiechnęła się też pocieszająco do Anthony’ego, zachęcając go, żeby mówił dalej. A ona słuchała.
— Kochany… — zaczęła potem tonem iście matczynym, którym na pewno odzywałaby się do swoich dzieci, a którym jednak zazwyczaj raczyła swoich licznych bratanków. — Nie obwiniaj się za coś takiego. Nie możesz. Bo nie mogłeś wiedzieć.
Nie sposób było tutaj mówić coś bardziej wyszukanego, bo Quintessa nie była ani znakomitą myślicielką, której rady ratowały życia i związki, ani też nie nazywała się Jonathan Selwyn. A to z nim Shafiq musiał najlepiej trafić do jakiegoś schroniska w Alpach, żeby tam mogli porozmawiać w spokoju. Najlepiej żeby jeszcze zamknięto ich przypadkiem w jednym pokoju. I to z jednym łóżkiem.
— Chodź, zostaw brandy. — Podniosła się z wiklinowego siedziska, wyciągając dłoń w stronę czarodzieja. — Zjesz coś ciepłego, a potem pójdziesz spać. Na chwilę. Żeby potem nie było, że przychodzisz do mnie kompletnie roztrzaskany, a ja potem jeszcze cię upijam… Masz w końcu przed sobą spotkanie z Ministrą! A ona ma bardzo małe okienka, szczególnie jeśli chodzi o jej korespondencję.
I chwyciła go mocno pod ramię, aby zaprowadzić potem do kuchni. Posadziła go zaraz przy stole, gdzie w czasie oczekiwania na jakiś konkret dostał kromkę chleba z domowym pasztetem i ogórkiem małosolnymi. Kiedy rozmawiali o sprawach błahych — rzeczach wagi pogody i wymiany paneli na ostatnim stopniu w schodach na piętro — podgrzewała mu gulasz wołowy.
Kiedy już grzecznie zjadł, położyła go w łóżku w gościnnym, który na całe szczęście nie był zagracony papierami, podręcznikami i pudłami ze zdjęciami, pościąganymi z kominka. To wszystko było w jej sypialni. Będzie musiała to uprzątnąć i uporządkować, kiedy wróci z Piernikiem od weterynarza. Ale miała na to czas. Przecież dom nie spłonie jej w jedną noc, prawda?
Spojrzała potem na przyjaciela, kiedy leżał pod grubym, dzierganym kocem i starała się powstrzymać uśmiech. Przypomniała sobie o czymś zgoła innym, choć na tyle podobnym, aby spokojna twarz Shafiqa mogła wyciągnąć te wspomnienia na wierzch. Bo pomyślała o dwójce innych facetów, mamroczących pijacko przez sen i przytulających się do siebie, kiedy już w końcu zdołała ich namówić, aby położyli się spać.
Kiedy to było?
Cicho zamknęła za sobą drzwi.
Patrzyła tylko, jak mężczyzna po raz kolejny dolewa sobie alkoholu, najwyraźniej zamierzając doszukać się sensu sprzeczki z Selwynem na dnie butelki, która i tak była już wypita do połowy. Będzie musiała pamiętać, aby w porę zatkać korek z powrotem. A potem najlepiej schować bezpiecznie brandy w barku, do którego klucz zawsze wciskała pomiędzy ramki, stojące na kominku. Małe przyzwyczajenie jeszcze z czasów, kiedy zamiast rozwódka mogła pochwalić się zgoła innym tytułem, bo — mężatka.
Piła zatem powoli, obserwując Anthony’ego i myślała nad tym, jak mogła mu pomóc. O ile mogła mu pomóc. Bo choć bardzo lubiła wciskać się w takie sprawy i ubierać na siebie szarfę z napisem Mediator, tak tutaj… Tutaj wiedziała, że nie mogła tego robić. Konflikt był zbyt żywy, zbyt czerwony i zbyt gęsto posypali sobie nawzajem solą po dopiero co otwartych ranach. Niczym dzieci, choć posiadające zdecydowanie większą władzę i plakietkę ze swoim imieniem na biurku.
Po jakimś czasie papieros sam zawitał w jej dłoni — najpewniej wprosił się całkiem sam, choć to Tessa wzięła do ręki niedopaloną cygaretkę — i wydmuchnęła śmierdzący, ale pachnący cynamonem dym lekko na bok. Topił smutki w krysztale z brandy, dlatego nie chciała proponować mu kolejnej używki, bo jeszcze zadławiłby się oparami. A mówił. Więc picie, palenie i nawijanie w tym samym czasie mogłoby go lekko przerosnąć, szczególnie, że mówił o czymś naprawdę ważnym.
Tessa nie była pewna, co zrobiłaby w swoim życiu bez przyjaciół.
Zawsze to ona starała się być tą osobą, do której każdy mógłby się zwrócić nawet w najgorszej sytuacji. Potrzebujesz na szybko jakiegoś zaświadczenia z Ministerstwa? Nie przejmuj się, ona wszystkim się zajmie! A może trzeba upiec jakieś ciasto, bo zapomniało się, że teściowa przyjeżdża; albo musisz zacerować na szybko dziurę w sukience, którą zauważyło się w lustrze i to w toalecie jakiejś restauracji? Poczekaj, ona już przecież wyciąga z torebki pudełko z igłą i nićmi. Może jednak musisz wymienić oponę w samochodzie, a kompletnie nie wiesz, jak to zrobić? Mógłbyś zadzwonić wtedy do niej, pojęczeć przez chwilę przy komórce, a ona pojawiłaby się już po chwili. No i ogarnęłaby wszystko, choć w jej obecnym życiu nie miało to żadnego podkładu. Życie w czarodziejskim społeczeństwie miało to do siebie, że mało kto jeździł samochodem. No i telefonów też nie stwierdzono.
Ale po poznaniu Jo zrozumiała, że to nie zawsze ona musi być tym oparciem. Że jej też czasami pozwoli się na przyciśnięcie komuś zapłakanego policzka do ramienia. Dalej nie była pewna, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby Bletchey nie obudziła się, kiedy (jeszcze wtedy przyszła) pani Longbottom zbierała się do spieprzenia przez okno. W noc przed swoim ślubem. Ale najbardziej nie chciała myśleć o tym, co by było, gdyby Jolene nie wspierała jej po stracie ciąży. Nie chciała do tego wracać. Naprawdę nie chciała.
W lekkim zamyśleniu potarła lekko zaśniedziały kolczyk, a potem postukała paznokciem w wprawioną weń perłę. Uśmiechnęła się też pocieszająco do Anthony’ego, zachęcając go, żeby mówił dalej. A ona słuchała.
— Kochany… — zaczęła potem tonem iście matczynym, którym na pewno odzywałaby się do swoich dzieci, a którym jednak zazwyczaj raczyła swoich licznych bratanków. — Nie obwiniaj się za coś takiego. Nie możesz. Bo nie mogłeś wiedzieć.
Nie sposób było tutaj mówić coś bardziej wyszukanego, bo Quintessa nie była ani znakomitą myślicielką, której rady ratowały życia i związki, ani też nie nazywała się Jonathan Selwyn. A to z nim Shafiq musiał najlepiej trafić do jakiegoś schroniska w Alpach, żeby tam mogli porozmawiać w spokoju. Najlepiej żeby jeszcze zamknięto ich przypadkiem w jednym pokoju. I to z jednym łóżkiem.
— Chodź, zostaw brandy. — Podniosła się z wiklinowego siedziska, wyciągając dłoń w stronę czarodzieja. — Zjesz coś ciepłego, a potem pójdziesz spać. Na chwilę. Żeby potem nie było, że przychodzisz do mnie kompletnie roztrzaskany, a ja potem jeszcze cię upijam… Masz w końcu przed sobą spotkanie z Ministrą! A ona ma bardzo małe okienka, szczególnie jeśli chodzi o jej korespondencję.
I chwyciła go mocno pod ramię, aby zaprowadzić potem do kuchni. Posadziła go zaraz przy stole, gdzie w czasie oczekiwania na jakiś konkret dostał kromkę chleba z domowym pasztetem i ogórkiem małosolnymi. Kiedy rozmawiali o sprawach błahych — rzeczach wagi pogody i wymiany paneli na ostatnim stopniu w schodach na piętro — podgrzewała mu gulasz wołowy.
Kiedy już grzecznie zjadł, położyła go w łóżku w gościnnym, który na całe szczęście nie był zagracony papierami, podręcznikami i pudłami ze zdjęciami, pościąganymi z kominka. To wszystko było w jej sypialni. Będzie musiała to uprzątnąć i uporządkować, kiedy wróci z Piernikiem od weterynarza. Ale miała na to czas. Przecież dom nie spłonie jej w jedną noc, prawda?
Spojrzała potem na przyjaciela, kiedy leżał pod grubym, dzierganym kocem i starała się powstrzymać uśmiech. Przypomniała sobie o czymś zgoła innym, choć na tyle podobnym, aby spokojna twarz Shafiqa mogła wyciągnąć te wspomnienia na wierzch. Bo pomyślała o dwójce innych facetów, mamroczących pijacko przez sen i przytulających się do siebie, kiedy już w końcu zdołała ich namówić, aby położyli się spać.
Kiedy to było?
Cicho zamknęła za sobą drzwi.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you