19.09.2025, 03:28 ✶
Przy tegorocznej kolacji z okazji Mabon, Dora pomagała nieco mniej niż przy wszystkich wcześniejszych, głównie dlatego że lwią część czasu spędzała teraz w Księżycowym Stawie, bardzo grzecznie siedząc na miejscu i nie chcąc robić dookoła siebie zamieszania. Z resztą i tak przez cały ten czas chodziła jak na szpilkach, raz nieco nerwowo przemierzając korytarze posiadłości, a innym razem robiąc to jak w zwolnionym tempie i przez mgłę. Nie miała się czego bać, a mimo tego ciało pamiętało usilnie to, co umysł chciał od siebie odrzucić lub racjonalizować. Już nic jej nie było. Była silna, a działanie cruciatusa dawno się z niej zmyło, ale coś w środku było zdecydowanie popsute jej zdaniem.
Gorsze chyba jednak było unikanie chociażby świeczek, które z jakiegoś powodu stanowiły główne źródło oświetlenia w starych, szczególnie czarodziejskich posiadłościach. Nie można było też zapalać kominków, bo wspomnienie pożarów wciąż paliło - gdzieś w głowie, bardzo głęboko, zakrawając niemal o jakiś zwierzęcy atawizm.
Wciąż miała na sobie twarz, o którą wcześniej przyprawiła ją Brenna, a która potrzebna jej była do zawitania na londyńskim jarmarku. Zdążyły już zrobić zakupy, złożyć wieńce na ołtarzu Matki, a po tym wróciły do Warowni, by przygotowywać ją na kolację. Crawley pomagała oczywiście w przystrojeniu namiotu i kiedy Brenna kładła bukieciki kwiatów obok talerzy innych osób, ona ułożyła obok jej miejsca goździki, mające symbolizować wytrwałość.
- Mamy też kompot! - oznajmiła żywo Dora, bo przypomnienie sobie o tych śliwkach to jednak był strzał w dziesiątkę. - Zlałam go już do dzbanków, więc zaraz będzie można go przynieść - poinformowała grzecznie, poprawiając jeden ze stroików.
!Trauma Ognia
Gorsze chyba jednak było unikanie chociażby świeczek, które z jakiegoś powodu stanowiły główne źródło oświetlenia w starych, szczególnie czarodziejskich posiadłościach. Nie można było też zapalać kominków, bo wspomnienie pożarów wciąż paliło - gdzieś w głowie, bardzo głęboko, zakrawając niemal o jakiś zwierzęcy atawizm.
Wciąż miała na sobie twarz, o którą wcześniej przyprawiła ją Brenna, a która potrzebna jej była do zawitania na londyńskim jarmarku. Zdążyły już zrobić zakupy, złożyć wieńce na ołtarzu Matki, a po tym wróciły do Warowni, by przygotowywać ją na kolację. Crawley pomagała oczywiście w przystrojeniu namiotu i kiedy Brenna kładła bukieciki kwiatów obok talerzy innych osób, ona ułożyła obok jej miejsca goździki, mające symbolizować wytrwałość.
- Mamy też kompot! - oznajmiła żywo Dora, bo przypomnienie sobie o tych śliwkach to jednak był strzał w dziesiątkę. - Zlałam go już do dzbanków, więc zaraz będzie można go przynieść - poinformowała grzecznie, poprawiając jeden ze stroików.
!Trauma Ognia
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.