19.09.2025, 08:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.12.2025, 08:46 przez Baldwin Malfoy.)
W tym roku nie będzie sabatu. Tak powiedziała mama, a Frida tylko pokiwała poważnie głową, zajęta samodzielnym wiązaniem trzewika. Sama. Przecież potrafiła!
Baldwin westchnął ciężko dopalając papierosa, patrząc na ghoulkę, która poświęciła zadaniu ostatnie osiem minut i nie zapowiadało się, żeby miała się zmieścić w kolejnych dziesięciu. Ale nie ingerował. Ostatnio jakiekolwiek próby pomocy wiązany się z czarną rozpaczą, bo przecież Ona sama!
Sama, sama, sama. Wielka mu dama.
Docisnął palce do nasady nosa, gdy młodej po raz kolejny uciekła sznurówka. Mugole mieli te buty na rzepy… Może to nie był taki głupi pomysł…
Baldwin spojrzał na Fridę, która… Była coś za grzeczna. Uniósł kącik ust, poprawiając dziecięcą, białą tiarę z przydużym rondem, którą miała na głowie. Na nabożeństwa Frida zwykle ubrana była… Tak jak grzeczna panienka ubrana do kowenu być powinna. W jasną sukieneczkę sygnowaną na koronkowym rękawku inicjałami “L.M.” na tyle długą, żeby nie było widać śladów po szyciach na lewej nóżce i całkiem sporego siniaka jakiego się nabawiła dzień wcześniej bawiąc się z synami nokturnowego rzeźnika w berka na placyku przed Dans Macabre. Jedna nóżka zahaczyła o drugą i nim się Frida obejrzała - pokonała ją zdradziecka grawitacja. Ale poza obitym kolanem i paroma zadrapaniami, które mama naprawiła od razu śmiesznie bulgoczącym eliksirem, nic się przecież nie stało!
Miała też na sobie czerwony płaszczyk, bo podobno “było zimno”, grube wełniane skarpetki (takie które zakładało się tylko do kowenu, nie do biegania po domu) i całkiem nowe trzewiczki. I jeszcze ten jej własny spiczasty kapelusz, który dostała po tym jak pewna pani z kowenu strasznie brzydko spojrzała w ich stronę i coś podobno powiedziała. A że pani była bardzo duża i gruba i miała na sobie fioletową szatę, to Frida już doskonale wiedziała co się święci - to była BUKA.
Nie do końca rozumiała dlaczego (pewnie przez Bukę. W książce też paskudna Buka przychodziła i wszyscy byli smutni), ale tata i mama się chyba wtedy pokłócili, choć bardzo się starali, żeby nie słyszała. A mama trochę płakała, ale potem powiedziała że nic się nie stało, więc chyba było dobrze.
Frida dostała wtedy swój własny kapelusz, żeby żadne straszne panie na nią nie patrzyły. I tak nie nosiła go cały czas. Tylko na Bardzo Ważne Święta. Teraz ta brzydka Buka w swoim brzydkim fioletowym płaszczu siedziała dokładnie pod żyrandolem.
Frida siedziała grzecznie, bo.. Frida knuła.
Znaczy nie od początku, bo na samym początku próbowała siłą woli zerwać żyrandol, albo zrzucić chociaż kilka świeczek na brzydką Bukę, ale Frida była mała, więc jej siła woli też była mała. I nic się nie stało.
Więc zajęła się czymś innym. Szukaniem kogoś miłego, do kogo mogłaby pójść, żeby tak cały czas nie siedzieć tylko. Bo komu by się chciało tak ciągle siedzieć i siedzieć. Znalazła!
Nie-mamę Helę wyczaiła w trakcie jednej z pieśni, bo nie-mama Hela bardzo ładnie i głośno śpiewała.
Najpierw poprosiła tatę czy może iść, ale pokręcił przecząco głową. Więc poprosiła mamę. Mogła się spodziewać, że się nie uda. No i się nie udało. Ale nie-mama Hela siedziała tylko trzy ławki dalej. Więc Frida mogłaby się przemknąć pod nimi… Zsuwała się powolutku, cal po calu i już już prawie dotykała bucikami kamiennej posadzki, kiedy hyc, tata złapał ją pod pachy i posadził sobie na kolana. Uderzyła oburzona otwartą dłonią w książeczkę do nabożeństwa z modlitwami dla dzieci, w akcie buntu przeciw swojej niewoli. Ale musiała zrobić to za mocno, bo mama to usłyszała i na nią spojrzała. Oj Frida znała to spojrzenie. Takie spojrzenie oznaczało, że porozmawiają sobie w domu.
Nieszczęśliwe, uwięzione przez okrutnych ciemiężców dziecię zostało wypuszczone ze swoich oków tuż po ostatniej pieśni, kiedy wszyscy powoli zbierali się z ławek. Przemknęła jak cień koło Brzydkiej Buki, a ta zabawnie pobladła, kiedy spojrzała chyba na tatę. I nic nie powiedziała, więc Frida uznała, że tata musiał z nią poważnie porozmawiać.
A przecież Frida chciała tylko Brzydkiej Pani pokazać swój śliczny kapelusz.
Nie to nie.
Więc podskakując dopadła do nie-mamy Heli. Złapała za jej spódnicę, zadzierając głowę tak mocno, że kapelusz niebezpiecznie się zakołysał. Uśmiechnęła się ślicznie jakby chciała powiedzieć Dzień dobry! Bo właśnie to chciała. No i jeszcze żeby ją wziąć na ręce oczywiście.
- * -
- Więcej samoróbek mamy w tym roku.- Stwierdził, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Po chwili zastanowienia schował ją z powrotem do kieszeni, uznając że nie wypada palić przed posągiem bogini. Obserwował uwijających się przy ołtarzu kapłanów, kątem oka cały czas patrząc za Fridą. Odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył ją z Helloise. Odkąd jedno przebrzydłe, stare babsko parsknęło do Lorraine, że kowen to nie miejsce dla żywych trupów, mimowolnie starali się być ostrożniejsi. Nawet w tak bezpiecznej przestrzeni jakim było Whitecroft.
Spojrzał na tegoroczne ofiary. Z reguły bogaci prześcigali się w co piękniejszych wieńcach, girlandach, koszach zebranych dóbr w swoich sadach. Część ofiar zawsze była… biedniejsza. To normalne. Przychodzili tu mieszkańcy Nokturnu, podrzędni urzędnicy czy bezrobotni. Nawet żebrak chciał zostawić coś Bogom by pamiętali o nim w nadchodzącą wielkimi krokami zimę. Mimowolnie uciekł spojrzeniem w stronę Fridy.
Wszystko dobrze. Wszystko jest w porządku…
No dobra tak naprawdę to całą noc siedział, żeby to poprawić, bo czego by nie mówić wyszedł mu mały koszmarek. I to na pewno nie była wina Fridy. Absolutnie. On coś musiał zepsuć, choć nie miał pomysłu co. Może bogini miała lekkiego zeza, może wpłótł złe wspomnienia, może kolory coś nie chciały się ze sobą zgrać.
Więc próbował poprawić.
Oddając myślał o intencji. Czego pragnął? Czego mógł pragnąć teraz, gdy popiół wreszcie opadł? Może szczęścia dla Lorraine? Dla Scarlett. Dla Heli. Po co więcej?
Baldwin westchnął ciężko dopalając papierosa, patrząc na ghoulkę, która poświęciła zadaniu ostatnie osiem minut i nie zapowiadało się, żeby miała się zmieścić w kolejnych dziesięciu. Ale nie ingerował. Ostatnio jakiekolwiek próby pomocy wiązany się z czarną rozpaczą, bo przecież Ona sama!
Sama, sama, sama. Wielka mu dama.
Docisnął palce do nasady nosa, gdy młodej po raz kolejny uciekła sznurówka. Mugole mieli te buty na rzepy… Może to nie był taki głupi pomysł…
- * -
Sabatu nie było, ale krótkie nabożeństwo, a i owszem. Czy się spóźnili? Odrobinę, ale po butach przyszedł czas na samodzielne zapinanie guziczków i jeszcze trzeba było wziąć Marię Antoninę. A potem się wrócić, bo oczywiście żadne nie wzięło jej głowy. Czy głowa lalki siedziała na jej szyi? Nie. Ale musiała być w torebce Lorraine na wypadek gdyby Maria Antonina jednak swoją głowę zechciała. Baldwin spojrzał na Fridę, która… Była coś za grzeczna. Uniósł kącik ust, poprawiając dziecięcą, białą tiarę z przydużym rondem, którą miała na głowie. Na nabożeństwa Frida zwykle ubrana była… Tak jak grzeczna panienka ubrana do kowenu być powinna. W jasną sukieneczkę sygnowaną na koronkowym rękawku inicjałami “L.M.” na tyle długą, żeby nie było widać śladów po szyciach na lewej nóżce i całkiem sporego siniaka jakiego się nabawiła dzień wcześniej bawiąc się z synami nokturnowego rzeźnika w berka na placyku przed Dans Macabre. Jedna nóżka zahaczyła o drugą i nim się Frida obejrzała - pokonała ją zdradziecka grawitacja. Ale poza obitym kolanem i paroma zadrapaniami, które mama naprawiła od razu śmiesznie bulgoczącym eliksirem, nic się przecież nie stało!
Miała też na sobie czerwony płaszczyk, bo podobno “było zimno”, grube wełniane skarpetki (takie które zakładało się tylko do kowenu, nie do biegania po domu) i całkiem nowe trzewiczki. I jeszcze ten jej własny spiczasty kapelusz, który dostała po tym jak pewna pani z kowenu strasznie brzydko spojrzała w ich stronę i coś podobno powiedziała. A że pani była bardzo duża i gruba i miała na sobie fioletową szatę, to Frida już doskonale wiedziała co się święci - to była BUKA.
Nie do końca rozumiała dlaczego (pewnie przez Bukę. W książce też paskudna Buka przychodziła i wszyscy byli smutni), ale tata i mama się chyba wtedy pokłócili, choć bardzo się starali, żeby nie słyszała. A mama trochę płakała, ale potem powiedziała że nic się nie stało, więc chyba było dobrze.
Frida dostała wtedy swój własny kapelusz, żeby żadne straszne panie na nią nie patrzyły. I tak nie nosiła go cały czas. Tylko na Bardzo Ważne Święta. Teraz ta brzydka Buka w swoim brzydkim fioletowym płaszczu siedziała dokładnie pod żyrandolem.
Frida siedziała grzecznie, bo.. Frida knuła.
Znaczy nie od początku, bo na samym początku próbowała siłą woli zerwać żyrandol, albo zrzucić chociaż kilka świeczek na brzydką Bukę, ale Frida była mała, więc jej siła woli też była mała. I nic się nie stało.
Więc zajęła się czymś innym. Szukaniem kogoś miłego, do kogo mogłaby pójść, żeby tak cały czas nie siedzieć tylko. Bo komu by się chciało tak ciągle siedzieć i siedzieć. Znalazła!
Nie-mamę Helę wyczaiła w trakcie jednej z pieśni, bo nie-mama Hela bardzo ładnie i głośno śpiewała.
Najpierw poprosiła tatę czy może iść, ale pokręcił przecząco głową. Więc poprosiła mamę. Mogła się spodziewać, że się nie uda. No i się nie udało. Ale nie-mama Hela siedziała tylko trzy ławki dalej. Więc Frida mogłaby się przemknąć pod nimi… Zsuwała się powolutku, cal po calu i już już prawie dotykała bucikami kamiennej posadzki, kiedy hyc, tata złapał ją pod pachy i posadził sobie na kolana. Uderzyła oburzona otwartą dłonią w książeczkę do nabożeństwa z modlitwami dla dzieci, w akcie buntu przeciw swojej niewoli. Ale musiała zrobić to za mocno, bo mama to usłyszała i na nią spojrzała. Oj Frida znała to spojrzenie. Takie spojrzenie oznaczało, że porozmawiają sobie w domu.
Nieszczęśliwe, uwięzione przez okrutnych ciemiężców dziecię zostało wypuszczone ze swoich oków tuż po ostatniej pieśni, kiedy wszyscy powoli zbierali się z ławek. Przemknęła jak cień koło Brzydkiej Buki, a ta zabawnie pobladła, kiedy spojrzała chyba na tatę. I nic nie powiedziała, więc Frida uznała, że tata musiał z nią poważnie porozmawiać.
A przecież Frida chciała tylko Brzydkiej Pani pokazać swój śliczny kapelusz.
Nie to nie.
Więc podskakując dopadła do nie-mamy Heli. Złapała za jej spódnicę, zadzierając głowę tak mocno, że kapelusz niebezpiecznie się zakołysał. Uśmiechnęła się ślicznie jakby chciała powiedzieć Dzień dobry! Bo właśnie to chciała. No i jeszcze żeby ją wziąć na ręce oczywiście.
- * -
- Więcej samoróbek mamy w tym roku.- Stwierdził, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Po chwili zastanowienia schował ją z powrotem do kieszeni, uznając że nie wypada palić przed posągiem bogini. Obserwował uwijających się przy ołtarzu kapłanów, kątem oka cały czas patrząc za Fridą. Odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył ją z Helloise. Odkąd jedno przebrzydłe, stare babsko parsknęło do Lorraine, że kowen to nie miejsce dla żywych trupów, mimowolnie starali się być ostrożniejsi. Nawet w tak bezpiecznej przestrzeni jakim było Whitecroft.
Spojrzał na tegoroczne ofiary. Z reguły bogaci prześcigali się w co piękniejszych wieńcach, girlandach, koszach zebranych dóbr w swoich sadach. Część ofiar zawsze była… biedniejsza. To normalne. Przychodzili tu mieszkańcy Nokturnu, podrzędni urzędnicy czy bezrobotni. Nawet żebrak chciał zostawić coś Bogom by pamiętali o nim w nadchodzącą wielkimi krokami zimę. Mimowolnie uciekł spojrzeniem w stronę Fridy.
Wszystko dobrze. Wszystko jest w porządku…
Baldwin przygotował obraz. Jak co roku. Na niewielkim płótnie co prawda, ale wypełnionym odcieniami czerwieni, złota i pomarańczy. Ale tym razem liście przypominały płomienie, spomiędzy których przedzierała się czerń sadzy i popiołu. Na środku - Bogini Matka o srebrzystych włosach, otulających ją niczym najdelikatniejsza szata.
Arcydzieło nokturnowego malarza zdobiły malunki jego szalenie uzdolnionej asystentki. Frida bowiem oglądając obraz uznała, że bogini jest samotna - więc dorysowała jej do towarzystwa burego kotka. A potem jeszcze jednego, bo po co mieć jednego kotka, jak można mieć dwa. A samej bogini dorysowała wianek z kolorowych kwiatów. Baldwin wrócił do pracowni w momencie kiedy niewprawna dziecięca rączka kończyła się właśnie podpisywać w rogu obrazu, a artystka spojrzała na niego wielkimi zielonymi oczyskami, jakby się bała że zrobiła co złego.
- Podoba mi się, Picasso.- Stwierdził tylko. Frida nie wiedziała kim Picasso był, ale tata wyglądał na zadowolonego.
Arcydzieło nokturnowego malarza zdobiły malunki jego szalenie uzdolnionej asystentki. Frida bowiem oglądając obraz uznała, że bogini jest samotna - więc dorysowała jej do towarzystwa burego kotka. A potem jeszcze jednego, bo po co mieć jednego kotka, jak można mieć dwa. A samej bogini dorysowała wianek z kolorowych kwiatów. Baldwin wrócił do pracowni w momencie kiedy niewprawna dziecięca rączka kończyła się właśnie podpisywać w rogu obrazu, a artystka spojrzała na niego wielkimi zielonymi oczyskami, jakby się bała że zrobiła co złego.
- Podoba mi się, Picasso.- Stwierdził tylko. Frida nie wiedziała kim Picasso był, ale tata wyglądał na zadowolonego.
Rzemiosło (15) + Tworzenie dzieł sztuki (20) + sztuki plastyczne (10) - Miastowy (30) = +15 do rzutu
Rzut 1d100+15 - 17 +15 = 32
No dobra tak naprawdę to całą noc siedział, żeby to poprawić, bo czego by nie mówić wyszedł mu mały koszmarek. I to na pewno nie była wina Fridy. Absolutnie. On coś musiał zepsuć, choć nie miał pomysłu co. Może bogini miała lekkiego zeza, może wpłótł złe wspomnienia, może kolory coś nie chciały się ze sobą zgrać.
Więc próbował poprawić.
Rzemiosło (15) + Tworzenie dzieł sztuki (20) + sztuki plastyczne (10) - Miastowy (30) = +15 do rzutu
Rzut 1d100+15 - 89 +15 = 104
No. Poprawił zeza Bogini i od razu jakoś tak lepiej...
Złożył na ołtarzu obraz.
Złożył na ołtarzu obraz.
Oddając myślał o intencji. Czego pragnął? Czego mógł pragnąć teraz, gdy popiół wreszcie opadł? Może szczęścia dla Lorraine? Dla Scarlett. Dla Heli. Po co więcej?