19.09.2025, 10:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.09.2025, 10:17 przez Keyleth Nico Yako.)
Powiedziałaby coś jeszcze, ale nawet przy nadgryzionym instynkcie samozachowawczym zorientowała się, że stąpa po cienkim lodzie. Nie była to w końcu dyskusja na zajęciach i sposób na utrwalenie trudnego słownictwa. Mężczyzna wyraźnie zacietrzewił się, a ona z każdym jego słowem utrwalała sobie w głowie, żeby tych tematów nie poruszać, a skupić się na zbieraniu danych i kształcie lokalnej społeczności.
Poza tym była głodna, a to też nie sprzyjało zażartej dyskusji - tak sobie mówiła, bo ściśnięty żołądek z pewnością był objawem właśnie tej sytuacji, a nie stresu wywołanego obrotem dyskusji.
Wraz z gniewnym powstaniem, cichym szeptaniem, bardzo narwanym zachowaniem, cieszyła się w duchu, ze przyjęła inną twarz niż swoja własna. Bardzo nie chciałaby zderzyć się znów z niechęcią takiej ładnej twarzy, gdyby przyszło im się kiedyś spotkać ponownie. Jego słowa uderzały w nią głucho, zjadliwe i ostre. Prawdziwe jak widać dla tej ziemi. Bolesne.
Po chwili dopiero zdała sobie sprawę z tego, że ów przestrach złamał jej Wspaniały Wykon, że zgubiła maskę Nicolette, choć nie zgubiła jeszcze jej twarzy. Ale przestraszyła się, słysząc tą groźbę. Słysząc, że takie tematy mogą sprowadzić na nią problemy.
Jakie więc nie? Jedzenie, kotki, pieski - to zawsze było bezpieczne. Sztuka już niekoniecznie. Zmiany klimatyczne? Wiedziała, że czarodzieje to wyśmieją. Garncarstwo i quidditch, za którym nie przepadała, ale znała słowa, wszystkie niezbędne słowa.
Zwiesiła głowę i popatrzyła na swoje białe, dojrzałe ręce. Z jakiś powodów czuła się brudna, choć przecież nikt jej nie wyzwał. Czuła na sobie spojrzenia ludzi znajdujących się w Kotle i to też nie było miłe. Podróżowała dużo i spotykała się z różnymi postawami, ale tutaj, tutaj w Londynie coś buzowało pod skórą miasta. Pierwszy dzień.
Świetnie Ci idzie
Próbowała przekonać samą siebie i nie dać łzom pocieknąć po policzku. Naciskała zbyt mocno i miała za swoje. Może powinna po prostu udawać głupszą niż w rzeczywistości? Może to była dobra strategia przetrwania. Głupek jest nieszkodliwy. Głupkowi nikt nie zrobi krzywdy, a może kupi obiad.
Gdy Thomas Edgars opuścił pub i ona bezgłośnie podniosła się z miejsca i szybko wyszła. Na pewno nie wróci tutaj już jako Nicolette Le Blanche. Na pewno nie podniesie znowu tego tematu, nie, jeśli nie będzie mieć pewności, że ręka tej osoby nie podniesie się na nią. Na pewno...
Była tak głodna.
Gdyby tylko było to możliwe, przyjęłaby twarz kogoś bardziej pasującego. Rudowłosej dziewczynki, absolwentki Hogwartu ze Szkocji? A może jakiegoś mężczyzny, żeglarza, którego prom przywiódł ją tutaj? Nie... ktoś mógł rozpoznać Boba. Ale Nico hindus, którego poznała dwa lata temu...? Wzbudzał sympatię i miał ładny uśmiech. To jego twarz wpuściła ją tu, do świata czarodziei. Ukryła się za winklem i podjęła próbę.
Była jednak zbyt głodna...
Naciągnęła więc kaptur na głowę, próbując ukryć lśniące kędziory swojej normalnej już twarzy, swojego źródła, które mocą rozwidlało się ku wszystkim twarzom świata. Ukryła się i ruszyła dalej Pokątną. W kiesznie ciążyły dwa knuty, za mało by kupić obiad. Musiała znaleźć jakąś dobrą kieszeń, albo upłynnić część swojego majątku, czyli tego co nosiła na swoich plecach. Musiała jakoś przetrwać i nie myśleć na razie o tej ciężkiej lekcji, którą zamiast darmowego lunchu oferował jej nieznajomy.
Poza tym była głodna, a to też nie sprzyjało zażartej dyskusji - tak sobie mówiła, bo ściśnięty żołądek z pewnością był objawem właśnie tej sytuacji, a nie stresu wywołanego obrotem dyskusji.
Wraz z gniewnym powstaniem, cichym szeptaniem, bardzo narwanym zachowaniem, cieszyła się w duchu, ze przyjęła inną twarz niż swoja własna. Bardzo nie chciałaby zderzyć się znów z niechęcią takiej ładnej twarzy, gdyby przyszło im się kiedyś spotkać ponownie. Jego słowa uderzały w nią głucho, zjadliwe i ostre. Prawdziwe jak widać dla tej ziemi. Bolesne.
Po chwili dopiero zdała sobie sprawę z tego, że ów przestrach złamał jej Wspaniały Wykon, że zgubiła maskę Nicolette, choć nie zgubiła jeszcze jej twarzy. Ale przestraszyła się, słysząc tą groźbę. Słysząc, że takie tematy mogą sprowadzić na nią problemy.
Jakie więc nie? Jedzenie, kotki, pieski - to zawsze było bezpieczne. Sztuka już niekoniecznie. Zmiany klimatyczne? Wiedziała, że czarodzieje to wyśmieją. Garncarstwo i quidditch, za którym nie przepadała, ale znała słowa, wszystkie niezbędne słowa.
Zwiesiła głowę i popatrzyła na swoje białe, dojrzałe ręce. Z jakiś powodów czuła się brudna, choć przecież nikt jej nie wyzwał. Czuła na sobie spojrzenia ludzi znajdujących się w Kotle i to też nie było miłe. Podróżowała dużo i spotykała się z różnymi postawami, ale tutaj, tutaj w Londynie coś buzowało pod skórą miasta. Pierwszy dzień.
Świetnie Ci idzie
Próbowała przekonać samą siebie i nie dać łzom pocieknąć po policzku. Naciskała zbyt mocno i miała za swoje. Może powinna po prostu udawać głupszą niż w rzeczywistości? Może to była dobra strategia przetrwania. Głupek jest nieszkodliwy. Głupkowi nikt nie zrobi krzywdy, a może kupi obiad.
Gdy Thomas Edgars opuścił pub i ona bezgłośnie podniosła się z miejsca i szybko wyszła. Na pewno nie wróci tutaj już jako Nicolette Le Blanche. Na pewno nie podniesie znowu tego tematu, nie, jeśli nie będzie mieć pewności, że ręka tej osoby nie podniesie się na nią. Na pewno...
Była tak głodna.
Gdyby tylko było to możliwe, przyjęłaby twarz kogoś bardziej pasującego. Rudowłosej dziewczynki, absolwentki Hogwartu ze Szkocji? A może jakiegoś mężczyzny, żeglarza, którego prom przywiódł ją tutaj? Nie... ktoś mógł rozpoznać Boba. Ale Nico hindus, którego poznała dwa lata temu...? Wzbudzał sympatię i miał ładny uśmiech. To jego twarz wpuściła ją tu, do świata czarodziei. Ukryła się za winklem i podjęła próbę.
Była jednak zbyt głodna...
Naciągnęła więc kaptur na głowę, próbując ukryć lśniące kędziory swojej normalnej już twarzy, swojego źródła, które mocą rozwidlało się ku wszystkim twarzom świata. Ukryła się i ruszyła dalej Pokątną. W kiesznie ciążyły dwa knuty, za mało by kupić obiad. Musiała znaleźć jakąś dobrą kieszeń, albo upłynnić część swojego majątku, czyli tego co nosiła na swoich plecach. Musiała jakoś przetrwać i nie myśleć na razie o tej ciężkiej lekcji, którą zamiast darmowego lunchu oferował jej nieznajomy.
Koniec sesji