19.09.2025, 14:48 ✶
Dopiero słowa wypowiedziane przez osobistego asystenta otrzeźwiły Anthony'ego.
Klątwy. No tak. Przecież to właśnie był powód, dla którego ich tu zaprosił.
Odchrząknął.
– Ależ oczywiście panie Lovegood, ma pan absolutną rację. Proszę mi wybaczyć, że nie doprecyzowałem. Chodzi mi o wschodnie skrzydło i parter. Ta część była dość dobrze zabezpieczona runicznie, stąd moje nieco lekkoduszne przejście od razu tu. Chciałem panu pokazać biuro, gdzie czasem przyjdzie nam współpracować. – odłożył figurkę na podniesiony postument, nie tracąc czasu w tym przypadku na podziękowania. Podziękowaniami miał być ostatecznie obiad.
Przeszedł ponownie kilka kroków w głąb korytarza zakończonego grubą ciężką storą utytłaną błotem i deszczem. Daleko im było jeszcze do tego przejścia, do drzwi prowadzących do sypialni. Tam jeszcze nie był w stanie wejść. Fortepian... stał w końcu przy oknie.
Zamiast tego otworzył drzwi.
Przestronny pokój pachniał łagodnie cyprysami, geranium i przyjemną śródziemnomorską bryzą. Wysokie jasne okna rozświetlało przyjemne słońce, widok wychodził na zupełnie inne miejsce w zupełnie innej szerokości geograficznej. Regały wstały niewzruszone, prezentując całkiem przyjemny podręczny księgozbiór, nieco większy niż ten, który miał zebrany w apartamencie przy Alei Horyzontalnej. Duże biurko było na tyle szerokie, że z powodzeniem mogły pracować przy nim dwie osoby. Obecnie znajdowało się na nim kilka woluminów, choć ich tytuły były z tej odległości niewidoczne.
– Tu na szczęście lita ściana. Mimo ingerencji Macmilanów pogoda tu bywa bardzo kapryśna, a mi najlepiej jednak skupieniu służą Włochy – rzucił lekko, uśmiechając się do siebie. Zaraz jednak uśmiech przeszedł w grymas, gdy szkło pod butem zachrzęściło ostrzegawczo. – Podobne rozwiązanie zastosowałem w pawilonie gościnnym w ogrodzie, więc tam zniszczenia też nie są takie... zatrważające. Ale koniecznie trzeba skontaktować się ze szklarzem. Szklana Alchemia obsługiwała mnie przy wymianie okien podczas remontu. Myślę, że na pewno mają współpracę z jakimś zmyślnym stolarzem. – tu zwrócił się bezpośrednio do Lazarusa, wydając mu dyspozycję bez jednoznacznego artykułowania tejże.
– Zaraz przejdziemy na wschód. Od sali balowej w głąb będzie tylko gorzej niestety. Tam na szczęście nie stało już nic wartościowego. – Zamknął drzwi i raz jeszcze zasmucony spojrzał na smoczy artefakt. – Cóż, czas wyciągnął po niego swoje ręce. Może zdecydowałbym się na Kintsugi, ale to jednak nie ten krąg kulturowy. Oddałbym to w opiekę jednej zmyślnej jubilerce, ale nie mam z nią już kontaktu od jakiegoś czasu. – Westchnął i umilkł na chwilę, ujmując nos w dwa palce. Ucisk powinien pomóc. Ten zapach stawał się coraz bardziej irytujący. Coraz bardziej wżerający w myśl.
Klątwy. No tak. Przecież to właśnie był powód, dla którego ich tu zaprosił.
Odchrząknął.
– Ależ oczywiście panie Lovegood, ma pan absolutną rację. Proszę mi wybaczyć, że nie doprecyzowałem. Chodzi mi o wschodnie skrzydło i parter. Ta część była dość dobrze zabezpieczona runicznie, stąd moje nieco lekkoduszne przejście od razu tu. Chciałem panu pokazać biuro, gdzie czasem przyjdzie nam współpracować. – odłożył figurkę na podniesiony postument, nie tracąc czasu w tym przypadku na podziękowania. Podziękowaniami miał być ostatecznie obiad.
Przeszedł ponownie kilka kroków w głąb korytarza zakończonego grubą ciężką storą utytłaną błotem i deszczem. Daleko im było jeszcze do tego przejścia, do drzwi prowadzących do sypialni. Tam jeszcze nie był w stanie wejść. Fortepian... stał w końcu przy oknie.
Zamiast tego otworzył drzwi.
Przestronny pokój pachniał łagodnie cyprysami, geranium i przyjemną śródziemnomorską bryzą. Wysokie jasne okna rozświetlało przyjemne słońce, widok wychodził na zupełnie inne miejsce w zupełnie innej szerokości geograficznej. Regały wstały niewzruszone, prezentując całkiem przyjemny podręczny księgozbiór, nieco większy niż ten, który miał zebrany w apartamencie przy Alei Horyzontalnej. Duże biurko było na tyle szerokie, że z powodzeniem mogły pracować przy nim dwie osoby. Obecnie znajdowało się na nim kilka woluminów, choć ich tytuły były z tej odległości niewidoczne.
– Tu na szczęście lita ściana. Mimo ingerencji Macmilanów pogoda tu bywa bardzo kapryśna, a mi najlepiej jednak skupieniu służą Włochy – rzucił lekko, uśmiechając się do siebie. Zaraz jednak uśmiech przeszedł w grymas, gdy szkło pod butem zachrzęściło ostrzegawczo. – Podobne rozwiązanie zastosowałem w pawilonie gościnnym w ogrodzie, więc tam zniszczenia też nie są takie... zatrważające. Ale koniecznie trzeba skontaktować się ze szklarzem. Szklana Alchemia obsługiwała mnie przy wymianie okien podczas remontu. Myślę, że na pewno mają współpracę z jakimś zmyślnym stolarzem. – tu zwrócił się bezpośrednio do Lazarusa, wydając mu dyspozycję bez jednoznacznego artykułowania tejże.
– Zaraz przejdziemy na wschód. Od sali balowej w głąb będzie tylko gorzej niestety. Tam na szczęście nie stało już nic wartościowego. – Zamknął drzwi i raz jeszcze zasmucony spojrzał na smoczy artefakt. – Cóż, czas wyciągnął po niego swoje ręce. Może zdecydowałbym się na Kintsugi, ale to jednak nie ten krąg kulturowy. Oddałbym to w opiekę jednej zmyślnej jubilerce, ale nie mam z nią już kontaktu od jakiegoś czasu. – Westchnął i umilkł na chwilę, ujmując nos w dwa palce. Ucisk powinien pomóc. Ten zapach stawał się coraz bardziej irytujący. Coraz bardziej wżerający w myśl.