19.09.2025, 18:10 ✶
Sen mieszał się z jawą a jawa ze snem. Miarowy oddech, spokojny puls, fale dotyku przechodzące po nienawykłej skórze okrytej kilkoma warstwami materiału. Ciepło i słodycz rozlewały się ulgą, której potrzebował, za którą tęsknił.
Spał i budził się. Budził gdy ścierpły ręce, gdy wiatr ustał. Budził się gdy kominek zgasł, gdy było za ciepło a czasem trochę za zimno. Budził się za każdym razem z tym samym przyjemnym zaskoczeniem, z zachłannym sięganiem do ciepła leżącego obok mężczyzny. Zasypiał znów, choć było niewygodnie, choć nienawykłe do bliskości ciało domagało się własnej niezależności i możliwości odpoczynku. Zasypiał znów otoczony jego ramieniem, albo oplatając go własnym. Zasypiał błądząc palcami po odsłoniętej skórze, zahaczając wargami na ślepo i śnił o śliwkach, o sadzie Abbotów w upalny sierpniowy dzień przedzieżgnięty burzowymi pomrukami, będącymi najprawdopodobniej trzaskiem sprężyn, których jestestwo znalazło sobie takie, a nie inne ujście w półświadomej wyobraźni.
Gdy w końcu się obudził tak na dobre, nie zdziwił się obecnością błogo uśmiechniętej w swych ramionach prawie dwumetrowej kulki. Pamiętał, że zasnęli w odwrotnym układzie, ale miał też przeblyski tego ich kotłowania się i podejmowania kolejnych i kolejnych prób odnalezienia satysfakcjonującego ułożenia.
Przez moment leżał odrętwiały, zdając sobie sprawę z tego, że pierwszy raz od dawna nie zastanawia się w ogóle nad tym co przyniesie jutro. Jego serce biło miarowo, gdy patrzył się w milczeniu na ścianę słysząc jakże przyjemną pustkę pozbawioną niekończącego się zamartwiania. Jedyne pytanie, które mu teraz świtało, to czy niewielkie, trzymające się na kilka kołków i dobrą wolę łóżko wytrzyma przeciągającego się na nim Jonathana.
Spał i budził się. Budził gdy ścierpły ręce, gdy wiatr ustał. Budził się gdy kominek zgasł, gdy było za ciepło a czasem trochę za zimno. Budził się za każdym razem z tym samym przyjemnym zaskoczeniem, z zachłannym sięganiem do ciepła leżącego obok mężczyzny. Zasypiał znów, choć było niewygodnie, choć nienawykłe do bliskości ciało domagało się własnej niezależności i możliwości odpoczynku. Zasypiał znów otoczony jego ramieniem, albo oplatając go własnym. Zasypiał błądząc palcami po odsłoniętej skórze, zahaczając wargami na ślepo i śnił o śliwkach, o sadzie Abbotów w upalny sierpniowy dzień przedzieżgnięty burzowymi pomrukami, będącymi najprawdopodobniej trzaskiem sprężyn, których jestestwo znalazło sobie takie, a nie inne ujście w półświadomej wyobraźni.
***
Gdy w końcu się obudził tak na dobre, nie zdziwił się obecnością błogo uśmiechniętej w swych ramionach prawie dwumetrowej kulki. Pamiętał, że zasnęli w odwrotnym układzie, ale miał też przeblyski tego ich kotłowania się i podejmowania kolejnych i kolejnych prób odnalezienia satysfakcjonującego ułożenia.
Przez moment leżał odrętwiały, zdając sobie sprawę z tego, że pierwszy raz od dawna nie zastanawia się w ogóle nad tym co przyniesie jutro. Jego serce biło miarowo, gdy patrzył się w milczeniu na ścianę słysząc jakże przyjemną pustkę pozbawioną niekończącego się zamartwiania. Jedyne pytanie, które mu teraz świtało, to czy niewielkie, trzymające się na kilka kołków i dobrą wolę łóżko wytrzyma przeciągającego się na nim Jonathana.