20.09.2025, 11:55 ✶
Samuel nie rozumiał tej więzi, która ich połączyła, a może była od samego początku. Nie rozumiał, ale nie potrzebował jej rozumieć, aby żyć, aby funkcjonować, aby mieć czasem wrażenie, że i w jego żyłach zamiast krwi krąży życiodajny sok karmiący liście, płaczący za wyrwanymi z właściwej ziemi korzeniami.
Nie wiedział, że Roselyn nie lubiła dotyku, że nie lubiła mężczyzn, że do obcych podchodziła z niechęcią. Nigdy nie dała mu tego odczuć bo przecież... bo przecież oni dla siebie nigdy nie byli obcy, poza pierwszym zaskoczeniem wtedy, w Kniei, gdy wzięli wzajem siebie za intruzów. Pierwsze minuty dawno odeszły w zapomnienie. Skóra jak kora, głos jak szelest liści nad głową.
– Londyn nie jest dla nas – powtórzył za nią, czując jak wszystko rozluźnia się w nim teraz, gdy nie musiał zmuszać się do zmiany. Do przeszczepu, do wbijania się w cudzą tkankę własną, tak bardzo nie pasujacą. Dobrze czuł się tylko w pracowni pana Ollivandera... otoczony drewnem i słodką wonią herbaty. Prawie jak w Kniei. Prawie, ale niezupełnie.
– Odzyskamy... – mruczał w szczupły bark, nie zauważając nawet jak stał się wierzbą płaczącą, otulającą współcierpiącą siostrę. Jasne jak letnie niebo oczy spowiła szarość smutku i żałoby, ból bezsilności wyciskał z niego kolejne i kolejne łzy. Usta mimowolnie pocałowały skórę gładką i białą jak płat otulający brzozę.
– W Dolinie jest wielu ludzi, którzy byli dla mnie dobrzy. Jestem ptakiem, jestem niedźwiedziem, mogę mieszkać choćby i tutaj Rose... Zobaczę... zobaczę czy Vlad nie będzie miał dla mnie miejsca, pośród hipogryfów. Hodowla była na uboczu, gdy kluczyłem nad Doliną widziałem, że nic jej się nie stało. Mam tam brata... brata niedźwiedzia, osieroconego i wyrwanego z korzeni jak my, choć z zupełnie innej ziemi, dalekiej wschodniej. – Nikolai z pogranicza łączności człowieka i przyrody był w spektrum fauny nie flory. Tak jak Rose sprawiała, że czuł się bardziej drzewem niż człowiekiem, tak obecność Niko ciągnęła go ku animalistycznym zapędom. Jak niedźwiedź z niedźwiedziem. – Kiedyś ukradnę Cię z wielkich łóżek, wyłuskam Cię ze złota pokaże Ci kawałek mojego świata. Kiedyś. Jak posprzątamy gruzy i wejdziemy do Kniei. Jak będzie znów nasza. Pokażę Ci las naszymi oczyma, gdy wiatr rozwiewa sierść, a pęd uderza w nozdrza milionem zapachów, kwintesencją życia... – Nie stracił wszystkiego. Przycisnął ją mocniej do piersi. Nie stracił wszystkiego tej nocy. Nie mógł pozwolić sobie tak myśleć, bo jeśli podąży za tym, to wstanie i kroki poprowadzą go w głąb lasu ku drzewu w którego korzeniach ułożył ciało swojego ojca.
Nie chciał żeby się odsuwała, ale nie miał sił protestować, ani prosić by wróciła ku niemu. Rękawem otarł twarz, rozmazując sadze.
– Tak. Też tak... tak słyszałem. Dużo ludzi tak myśli. – Cóż, zważywszy na fakt, że większość Spalonej nocy spędził w klubokawiarni, to się sporo na ten temat nasłuchał. Nawet jeśli wolał by było jak teraz. By słuchać wrzosów. By słuchać żałobnej pieśni drzew nękanych widmami. – Przykro mi, że ktokolwiek mógł myśleć, że to Ty jesteś temu winna. Nie wiem jak ktokolwiek co wie co zadziało się z Knieją mógłby obwiniać kogokolwiek z Twojego rodu Roselyn. To tak jakby mówić, że ja spaliłem Londyn. Albo Longbottomowie.
Nie wiedział, że Roselyn nie lubiła dotyku, że nie lubiła mężczyzn, że do obcych podchodziła z niechęcią. Nigdy nie dała mu tego odczuć bo przecież... bo przecież oni dla siebie nigdy nie byli obcy, poza pierwszym zaskoczeniem wtedy, w Kniei, gdy wzięli wzajem siebie za intruzów. Pierwsze minuty dawno odeszły w zapomnienie. Skóra jak kora, głos jak szelest liści nad głową.
– Londyn nie jest dla nas – powtórzył za nią, czując jak wszystko rozluźnia się w nim teraz, gdy nie musiał zmuszać się do zmiany. Do przeszczepu, do wbijania się w cudzą tkankę własną, tak bardzo nie pasujacą. Dobrze czuł się tylko w pracowni pana Ollivandera... otoczony drewnem i słodką wonią herbaty. Prawie jak w Kniei. Prawie, ale niezupełnie.
– Odzyskamy... – mruczał w szczupły bark, nie zauważając nawet jak stał się wierzbą płaczącą, otulającą współcierpiącą siostrę. Jasne jak letnie niebo oczy spowiła szarość smutku i żałoby, ból bezsilności wyciskał z niego kolejne i kolejne łzy. Usta mimowolnie pocałowały skórę gładką i białą jak płat otulający brzozę.
– W Dolinie jest wielu ludzi, którzy byli dla mnie dobrzy. Jestem ptakiem, jestem niedźwiedziem, mogę mieszkać choćby i tutaj Rose... Zobaczę... zobaczę czy Vlad nie będzie miał dla mnie miejsca, pośród hipogryfów. Hodowla była na uboczu, gdy kluczyłem nad Doliną widziałem, że nic jej się nie stało. Mam tam brata... brata niedźwiedzia, osieroconego i wyrwanego z korzeni jak my, choć z zupełnie innej ziemi, dalekiej wschodniej. – Nikolai z pogranicza łączności człowieka i przyrody był w spektrum fauny nie flory. Tak jak Rose sprawiała, że czuł się bardziej drzewem niż człowiekiem, tak obecność Niko ciągnęła go ku animalistycznym zapędom. Jak niedźwiedź z niedźwiedziem. – Kiedyś ukradnę Cię z wielkich łóżek, wyłuskam Cię ze złota pokaże Ci kawałek mojego świata. Kiedyś. Jak posprzątamy gruzy i wejdziemy do Kniei. Jak będzie znów nasza. Pokażę Ci las naszymi oczyma, gdy wiatr rozwiewa sierść, a pęd uderza w nozdrza milionem zapachów, kwintesencją życia... – Nie stracił wszystkiego. Przycisnął ją mocniej do piersi. Nie stracił wszystkiego tej nocy. Nie mógł pozwolić sobie tak myśleć, bo jeśli podąży za tym, to wstanie i kroki poprowadzą go w głąb lasu ku drzewu w którego korzeniach ułożył ciało swojego ojca.
Nie chciał żeby się odsuwała, ale nie miał sił protestować, ani prosić by wróciła ku niemu. Rękawem otarł twarz, rozmazując sadze.
– Tak. Też tak... tak słyszałem. Dużo ludzi tak myśli. – Cóż, zważywszy na fakt, że większość Spalonej nocy spędził w klubokawiarni, to się sporo na ten temat nasłuchał. Nawet jeśli wolał by było jak teraz. By słuchać wrzosów. By słuchać żałobnej pieśni drzew nękanych widmami. – Przykro mi, że ktokolwiek mógł myśleć, że to Ty jesteś temu winna. Nie wiem jak ktokolwiek co wie co zadziało się z Knieją mógłby obwiniać kogokolwiek z Twojego rodu Roselyn. To tak jakby mówić, że ja spaliłem Londyn. Albo Longbottomowie.