Cerdrik miał stanowczo po dziurki w nosie tej nocy, ale też za bardzo nie miał wyjścia. Życie turkotało na przód, życie wymuszało na nim podejmowanie akcji. Życie kurwa było beznadziejne.
A jednak teraz, kiedy podtrzymywał drżące ciało tej nieszczęsnej dziewczyny, czuł, że życie było beznadziejne trochę mniej. Ona mogła już nie żyć, jak wiele, wiele osób tego dnia. Mogli nie usłyszeć gwizdka, mogli ją znaleźć kluczowe sekundy później, gdy już tocząca pianę szarpała się śmiertelnym spazmem. Nie podpowiadała mu tego wyobraźnia. Robiły to wspomnienia.
Czekolada pomogła mu je na jakiś czas wyciszyć. Czekolada pomogła mu ogarnąć się i po prostu iść przez to piekło w nadziei, że kiedyś wstanie świt.
Jeszcze nie wiedział, że w Londynie świt wstanie za kilka dni, że dopiero wtedy przeklęte czarne chmury rozwieją się.
Teraz jednak liczyła się tylko ona. Uratowana dusza. Dwóch starszych kolegów skupionych na pościgu, na walce, na adrenalinie, było gdzieś za plecami. Pomógł jej wstać, nie wypuszczał jej z rąk, jakby sam trochę potrzebował wsparcia. Może potrzebował być wsparciem dla kogoś, żeby samemu się nie rozsypać.
– Ja... ee... tak, chyba tak. To była Nora Figg, rzeczywiście, teraz jak mówisz, ja byłem wtedy... byłem wtedy w złym miejscu. – Zupełnie jakby to miejsce nie było kurwa złe. Nie. Było lepsze. Dziewczyna przeżyła. Kogoś udało się uratować. – Nie wszedłem do środka, to ona wyszła do mnie. Ale... ale to miejsce stało, zdaje mi się, że było tam dużo ludzi. To Twoja znajoma? Chcesz, żeby odprowadzić Cię tam, czy... czy może powinienem odprowadzić Cię do Munga? W ogóle jestem eee funkcjonariusz Porter. Cedrik Porter. – PROCEDURY, gdzie one były, gdy ich potrzebował? Tak rozpaczliwie tak gwałtownie, przecież nie tak to powinno wyglądać. Odwrócił głowę w poszukiwaniu starszych kolegów, jakieś zeznania, może kobieta rozpoznała swojego napastnika, czy powinien zostać z nimi, co właściwie się działo. Miał mętlik w głowie. Nie był na skraju ataku paniki, ale wciąż kotłowało mu się od dymu i krzyków. Dlaczego w ogóle zapisał się do brygady? Dlaczego czuł że jako mugolak ma wypisany cel na plecach. Czemu jego koledzy jeszcze nie wrócili? Co jeśli śmierciożerca właśnie ich zabił i zaraz wróci tu po nich? Myśli nieznośnie nabierały rozpędu w bardzo złym kierunku, więc sam nadgryzł magicznej czekolady, ostatniej deski ratunku.
A jednak teraz, kiedy podtrzymywał drżące ciało tej nieszczęsnej dziewczyny, czuł, że życie było beznadziejne trochę mniej. Ona mogła już nie żyć, jak wiele, wiele osób tego dnia. Mogli nie usłyszeć gwizdka, mogli ją znaleźć kluczowe sekundy później, gdy już tocząca pianę szarpała się śmiertelnym spazmem. Nie podpowiadała mu tego wyobraźnia. Robiły to wspomnienia.
Czekolada pomogła mu je na jakiś czas wyciszyć. Czekolada pomogła mu ogarnąć się i po prostu iść przez to piekło w nadziei, że kiedyś wstanie świt.
Jeszcze nie wiedział, że w Londynie świt wstanie za kilka dni, że dopiero wtedy przeklęte czarne chmury rozwieją się.
Teraz jednak liczyła się tylko ona. Uratowana dusza. Dwóch starszych kolegów skupionych na pościgu, na walce, na adrenalinie, było gdzieś za plecami. Pomógł jej wstać, nie wypuszczał jej z rąk, jakby sam trochę potrzebował wsparcia. Może potrzebował być wsparciem dla kogoś, żeby samemu się nie rozsypać.
– Ja... ee... tak, chyba tak. To była Nora Figg, rzeczywiście, teraz jak mówisz, ja byłem wtedy... byłem wtedy w złym miejscu. – Zupełnie jakby to miejsce nie było kurwa złe. Nie. Było lepsze. Dziewczyna przeżyła. Kogoś udało się uratować. – Nie wszedłem do środka, to ona wyszła do mnie. Ale... ale to miejsce stało, zdaje mi się, że było tam dużo ludzi. To Twoja znajoma? Chcesz, żeby odprowadzić Cię tam, czy... czy może powinienem odprowadzić Cię do Munga? W ogóle jestem eee funkcjonariusz Porter. Cedrik Porter. – PROCEDURY, gdzie one były, gdy ich potrzebował? Tak rozpaczliwie tak gwałtownie, przecież nie tak to powinno wyglądać. Odwrócił głowę w poszukiwaniu starszych kolegów, jakieś zeznania, może kobieta rozpoznała swojego napastnika, czy powinien zostać z nimi, co właściwie się działo. Miał mętlik w głowie. Nie był na skraju ataku paniki, ale wciąż kotłowało mu się od dymu i krzyków. Dlaczego w ogóle zapisał się do brygady? Dlaczego czuł że jako mugolak ma wypisany cel na plecach. Czemu jego koledzy jeszcze nie wrócili? Co jeśli śmierciożerca właśnie ich zabił i zaraz wróci tu po nich? Myśli nieznośnie nabierały rozpędu w bardzo złym kierunku, więc sam nadgryzł magicznej czekolady, ostatniej deski ratunku.