20.09.2025, 16:16 ✶
…i oczywiście Jonathan musiał powiedzieć, że ten pomysł jest piękny. Nie dobry. Nie kuszący. Ani nawet przyciągający. Nie. Piękny. Najprawdopodobniej nie byłby Jonathanem gdyby nie sięgnął po takie właśnie słowo w odniesieniu do sytuacji w której się znaleźli.
Lodowata woda smagała szczupłe ciało, długie palce nerwowo uderzały o kafelki, gdy próbował jakkolwiek uporządkować w swoich myślach, co też właściwie się podziało. Jakie były fakty?
Anthony zdecydowanie w swojej wypowiedzi sprzed dwóch miesięcy, gdy przyznali się sobie wzajem do słabości sprzed 20 lat, z oczywistych względów w tym zwierzeniu nie doszacował nastoletniego zauroczenia. Nie doprecyzował więcej nad jeden liścik, a i ten niósł ze sobą całą historię, godziny wertowania książek i szukania słów które wyrażą wszystko nie wyrażając nic. Drugie tyle poświęcił na ćwiczenie charakteru pisma, który by go nie zdradził. Nawet użył specjalnej alteracji atramentu, która jawiła się każdemu jako jego ulubiony kolor. O ile tylko zdjęło się oklumencką barierę…
Ale nie byli już w Hogwarcie, nie byli dziećmi. Powinien podejść do problemu racjonalnie, dojrzale, z wyćwiczoną przecież retoryką i radzeniem sobie w kryzysowych sytuacjach. Tylko, że to był Jonathan. I to Jonathan, którego bolał ostatni miesiąc wzajemnej koegzystencji, nawet jeśli Anthony dokładał wszelkich starań by nigdy nie pokazać mu swoich zaczerwienionych oczu, by śmiać się z żartów i udawać, że wszystko jest jak dawniej.
Nie było.
Kiedy spojrzał na siebie w lustrze westchnął tylko nad własnym stanem, nad wewnętrznym dzieckiem które nigdy nie domagało się posłuchu tak mocno jak teraz. Wewnętrznym dzieckiem, które zawsze mogło być sobą przy Jonathanie, a teraz było zmuszone do dystansu. Do wątpliwości. Kiedy zapinał mankiety koszuli, starał się nie myśleć o tym jak bardzo chciałby wyjść do pokoju i poprosić o to Jonathana. Gdy w ręku pojawił się krawat… po prostu odłożył go do walizki, czując suchość w ustach, którą najprawdopodobniej zmyłaby dopiero kawa.
Nie wahał się jednak przy swetrze, nie chciał go oddać za nic. Był nieco za duży w stosunku do jego dopasowanego ubrania i szat. Uprzedził już czekającego na zewnątrz mężczyznę, że nie zamierza go oddać i zdania nie zmienił. Zamiast tego poświęcił kolejny znojny kwadrans na przebijanie się przez antymagiczną aurę tego miejsca i zmuszenie rzeczywistości do poddania się jego woli. Aby się teleportować? Bynajmniej.
Gdy wyszedł w końcu z łazienki był w widoczny sposób orzeźwiony. Zieleń swetra komplementowała szarość tęczówek, zaczesane do tyłu włosy układały się łagodną falą. W dłoniach zaś Anthony trzymał wyczarowane w bólach ubranie, wciąż lekko pachnące ozonem i żywicą. Ciepły puszek imitował wełnę, choć brak było charakterystycznych łączeń nici, a tkanina z pewnością byłaby niemożliwa do sprucia. Wzór wydawał się dziwnie znajomy i po chwili Selwyn mógł zdać sobie sprawę, że jest to imitacja jednego z jego własnych blezerów, choć kolory się lekko nie zgadzały, zbyt niebieskie wobec oryginalnych bardziej wpadających w purpurowe tony.
Nim Jonathan zdążył cokolwiek powiedzieć Anthony niemalże wcisnął mu wyczarowane przez siebie okrycie, unikając jednak kontaktu wzrokowego jak było to możliwe. Przypominał tak bardzo siebie z przeszłości, gdy spotkali się w biurze po pożarach i umówili na to małe zawieszenie broni, a Anthony postanowił zostać na swojej posadzie zgodnie z prośbą Jonathana. Przypominał tak bardzo czasem nieobecnego myślą i uczynkiem szefa, który przecież nie patrzył jak jego zastępca sięga po teczkę na najwyższym regale, nie śledzi jego ruchów, by potem wszystkiego się zaprzeć. Przypominał Krukona, który kiedyś po jednej wspólnej sesji nauki transmutacji, bardzo wiarygodnie wymówił się złym samopoczuciem i wyfrunął z biblioteki jakby go demony goniły, nikt nie musiał wiedzieć, że to dlatego, że Jonathan chwile wcześniej podał mu swoje pióro i rzucił żartem, który przez tydzień odbijał mu się w głowie.
Wspólny wzorzec.
Gdzie był mur za którym zwykle się chował? Spłonął dzień przed Londynem, a wszelkie próby jego odbudowy pogrzebane zostały pod zaspami śniegu gdzieś w alpejskim krajobrazie.
– Powinien pasować – powiedział, by powiedzieć cokolwiek. A potem znów przestał oddychać gdy ich dłonie się dotknęły podczas podawania materiału. Wrzątek. Palący. Uzależniający. – Pójdę… – nie chciał zabierać dłoni, stał jak kretyn i tak bardzo nie chciał zabierać dłoni… Poruszył palcami, delikatnie, chcąc w tym szaleństwie znaleźć symetrię odczuć, zastanawiając się przez cały czas czy w stojącym przed nim mężczyźnie dzieje się bliźniacza burza. Tak? Nie? Nie miał pojęcia, nawet jeśli całkiem sporo znaków sugerowało, że…
– Pójdę zrobić Ci kawy. I zadbać, żeby te kiełbaski były ciepłe. – wymamrotał, czując, jak jego serce kolejny raz postanowiło wyruszyć sprintem prosto ku przepaści. Ucieczka. Najlepsze, najskuteczniejsze rozwiązanie. Od czasu szkoły nauczył się być ofensywny, agresywny wręcz, konfrontacyjny. Ale nie kiedy kręciło mu się w głowie, nie kiedy sprawa dotyczyła jego. Kiedy dotyczyła ich.
Postąpił krok do tyłu i zachwiał się, wpadając niemal na niewysoką komódkę, ledwie utrzymując równowagę. Drzwi... gdzie były te przeklęte drzwi?…
Lodowata woda smagała szczupłe ciało, długie palce nerwowo uderzały o kafelki, gdy próbował jakkolwiek uporządkować w swoich myślach, co też właściwie się podziało. Jakie były fakty?
Anthony zdecydowanie w swojej wypowiedzi sprzed dwóch miesięcy, gdy przyznali się sobie wzajem do słabości sprzed 20 lat, z oczywistych względów w tym zwierzeniu nie doszacował nastoletniego zauroczenia. Nie doprecyzował więcej nad jeden liścik, a i ten niósł ze sobą całą historię, godziny wertowania książek i szukania słów które wyrażą wszystko nie wyrażając nic. Drugie tyle poświęcił na ćwiczenie charakteru pisma, który by go nie zdradził. Nawet użył specjalnej alteracji atramentu, która jawiła się każdemu jako jego ulubiony kolor. O ile tylko zdjęło się oklumencką barierę…
Ale nie byli już w Hogwarcie, nie byli dziećmi. Powinien podejść do problemu racjonalnie, dojrzale, z wyćwiczoną przecież retoryką i radzeniem sobie w kryzysowych sytuacjach. Tylko, że to był Jonathan. I to Jonathan, którego bolał ostatni miesiąc wzajemnej koegzystencji, nawet jeśli Anthony dokładał wszelkich starań by nigdy nie pokazać mu swoich zaczerwienionych oczu, by śmiać się z żartów i udawać, że wszystko jest jak dawniej.
Nie było.
Kiedy spojrzał na siebie w lustrze westchnął tylko nad własnym stanem, nad wewnętrznym dzieckiem które nigdy nie domagało się posłuchu tak mocno jak teraz. Wewnętrznym dzieckiem, które zawsze mogło być sobą przy Jonathanie, a teraz było zmuszone do dystansu. Do wątpliwości. Kiedy zapinał mankiety koszuli, starał się nie myśleć o tym jak bardzo chciałby wyjść do pokoju i poprosić o to Jonathana. Gdy w ręku pojawił się krawat… po prostu odłożył go do walizki, czując suchość w ustach, którą najprawdopodobniej zmyłaby dopiero kawa.
Nie wahał się jednak przy swetrze, nie chciał go oddać za nic. Był nieco za duży w stosunku do jego dopasowanego ubrania i szat. Uprzedził już czekającego na zewnątrz mężczyznę, że nie zamierza go oddać i zdania nie zmienił. Zamiast tego poświęcił kolejny znojny kwadrans na przebijanie się przez antymagiczną aurę tego miejsca i zmuszenie rzeczywistości do poddania się jego woli. Aby się teleportować? Bynajmniej.
Gdy wyszedł w końcu z łazienki był w widoczny sposób orzeźwiony. Zieleń swetra komplementowała szarość tęczówek, zaczesane do tyłu włosy układały się łagodną falą. W dłoniach zaś Anthony trzymał wyczarowane w bólach ubranie, wciąż lekko pachnące ozonem i żywicą. Ciepły puszek imitował wełnę, choć brak było charakterystycznych łączeń nici, a tkanina z pewnością byłaby niemożliwa do sprucia. Wzór wydawał się dziwnie znajomy i po chwili Selwyn mógł zdać sobie sprawę, że jest to imitacja jednego z jego własnych blezerów, choć kolory się lekko nie zgadzały, zbyt niebieskie wobec oryginalnych bardziej wpadających w purpurowe tony.
Nim Jonathan zdążył cokolwiek powiedzieć Anthony niemalże wcisnął mu wyczarowane przez siebie okrycie, unikając jednak kontaktu wzrokowego jak było to możliwe. Przypominał tak bardzo siebie z przeszłości, gdy spotkali się w biurze po pożarach i umówili na to małe zawieszenie broni, a Anthony postanowił zostać na swojej posadzie zgodnie z prośbą Jonathana. Przypominał tak bardzo czasem nieobecnego myślą i uczynkiem szefa, który przecież nie patrzył jak jego zastępca sięga po teczkę na najwyższym regale, nie śledzi jego ruchów, by potem wszystkiego się zaprzeć. Przypominał Krukona, który kiedyś po jednej wspólnej sesji nauki transmutacji, bardzo wiarygodnie wymówił się złym samopoczuciem i wyfrunął z biblioteki jakby go demony goniły, nikt nie musiał wiedzieć, że to dlatego, że Jonathan chwile wcześniej podał mu swoje pióro i rzucił żartem, który przez tydzień odbijał mu się w głowie.
Wspólny wzorzec.
Gdzie był mur za którym zwykle się chował? Spłonął dzień przed Londynem, a wszelkie próby jego odbudowy pogrzebane zostały pod zaspami śniegu gdzieś w alpejskim krajobrazie.
– Powinien pasować – powiedział, by powiedzieć cokolwiek. A potem znów przestał oddychać gdy ich dłonie się dotknęły podczas podawania materiału. Wrzątek. Palący. Uzależniający. – Pójdę… – nie chciał zabierać dłoni, stał jak kretyn i tak bardzo nie chciał zabierać dłoni… Poruszył palcami, delikatnie, chcąc w tym szaleństwie znaleźć symetrię odczuć, zastanawiając się przez cały czas czy w stojącym przed nim mężczyźnie dzieje się bliźniacza burza. Tak? Nie? Nie miał pojęcia, nawet jeśli całkiem sporo znaków sugerowało, że…
– Pójdę zrobić Ci kawy. I zadbać, żeby te kiełbaski były ciepłe. – wymamrotał, czując, jak jego serce kolejny raz postanowiło wyruszyć sprintem prosto ku przepaści. Ucieczka. Najlepsze, najskuteczniejsze rozwiązanie. Od czasu szkoły nauczył się być ofensywny, agresywny wręcz, konfrontacyjny. Ale nie kiedy kręciło mu się w głowie, nie kiedy sprawa dotyczyła jego. Kiedy dotyczyła ich.
Postąpił krok do tyłu i zachwiał się, wpadając niemal na niewysoką komódkę, ledwie utrzymując równowagę. Drzwi... gdzie były te przeklęte drzwi?…