20.09.2025, 20:38 ✶
Instynkt ponad rozumem, ciało wyprzedzało skutecznie zakazy duszy, a dwaj mężczyźni znów znaleźli się blisko. Niebezpiecznie blisko.
Zwykle mógł jakoś się wywinąć, zbyć całe te zawirowania, zwykle posiadał przygotowane wymówki ale bogowie wiedzieli, jak dawno nie musiał tego robić. I nawet nie żałował, że ich nie ma pod ręką.
Właściwie o tym nie pomyślał.
Właściwie był w stanie myśleć tylko o niewinnym pytaniu, o tym jak często je słyszał od najwidoczniej wciąż nieświadomego powagi sytuacji przyjaciela. Zresztą czemu miałby się temu dziwić? Selwyn z wrodzoną sobie gracją uważał, że absolutnie naturalnym jest to, że wszyscy się nim zachwycają, podchodził więc do kwestii utrzymania pewnych rzeczy w sekrecie z lekkim duchem przynależnym połowy jego obecnego stanu metryki. Miał dotąd szczęście, obaj mieli, że Anthony czuwał.
Teraz jednak tej czujności był pozbawiony.
Sprawnie wywinął się z chwytu podtrzymującego jego ręce. Teraz to on złapał Jonathana za przedramiona - pewnie i zdecydowanie bardziej celowo niż wskazywałaby na to trawiąca go gorączka.
– Jonathan błagam… – niemal syknął, ale pod płaszczem gniewu nieudolnie ukrywał się głód, tak surowy i widoczny w stalowych ślepiach, głód przykrywający poranne rozespanie wypełnione czułością i troską. Teraz Anthony był zupełnie obudzony i tak samo świadomy pragnień, które zbyt długo musiały czekać aby znów umilknąć.
Naparł na Jonathana, jakby chciał go odepchnąć od siebie, choć gdy już złapał, nie był w stanie puścić ramion, które tak ochoczo udzielały mu nocą schronienia. Nieco bezmyślnie przywrócił drugiemu mężczyźnie pozycję siedzącą na łóżku, robiąc sobie jeszcze większą krzywdę widokiem wpatrzonych w niego ciemnych ślepi, osadzonych agatów w zadartej ku niemu głowie. Przez to, że trzymał go za ręce sam musiał wesprzeć się o ramę mebla kolanem i zawisł nad nim w pełni świadomy cali dzielących go od pocałunku, który tym razem byłby o wiele bardziej zachłanny niż te parę minut temu.
Był głodny. Był wciąż zazdrosny. Był przerażony. Był zahipnotyzowany.
– Jeszcze chwila i stąd nie wyjdziemy, a wtedy pani miła gospodyni znowu tu przyjdzie, być może z kawą i potłucze obie filiżanki, a nie chcesz przecież uszczuplać jej kolekcji porcelany – cedził, skupiając się na ustach rozmówcy, całym sobą taplając się w ambiwalencji sprzecznych ze sobą celów. Chciał się oddalić, był jeszcze bliżej. Chciał unikać konfrontacji i mówienia wprost o drastycznie zmieniającej się między nimi dynamice, więc teraz domagał się dystansu, niemalże kładąc się na Jonathanie. Chciał spokoju i przywrócenia statusu quo, więc cedził swoje pogróżki, świadom, że całe jego ciało mówi absolutnie co innego.
– Jestem na granicy Jonathan. Nie testuj jej… teraz. – miał powiedzieć nigdy więcej, ale och jakże nie był w stanie. Mimowolnie oblizał spierzchnięte wargi, mimowolnie wgapiał się w niego tych kilka trwających wieczność sekund. – Idę. Muszę iść. – powtórzył ciszej, z o wiele mniejszym przekonaniem niż wcześniejsze chmurne deklaracje.
Zwykle mógł jakoś się wywinąć, zbyć całe te zawirowania, zwykle posiadał przygotowane wymówki ale bogowie wiedzieli, jak dawno nie musiał tego robić. I nawet nie żałował, że ich nie ma pod ręką.
Właściwie o tym nie pomyślał.
Właściwie był w stanie myśleć tylko o niewinnym pytaniu, o tym jak często je słyszał od najwidoczniej wciąż nieświadomego powagi sytuacji przyjaciela. Zresztą czemu miałby się temu dziwić? Selwyn z wrodzoną sobie gracją uważał, że absolutnie naturalnym jest to, że wszyscy się nim zachwycają, podchodził więc do kwestii utrzymania pewnych rzeczy w sekrecie z lekkim duchem przynależnym połowy jego obecnego stanu metryki. Miał dotąd szczęście, obaj mieli, że Anthony czuwał.
Teraz jednak tej czujności był pozbawiony.
Sprawnie wywinął się z chwytu podtrzymującego jego ręce. Teraz to on złapał Jonathana za przedramiona - pewnie i zdecydowanie bardziej celowo niż wskazywałaby na to trawiąca go gorączka.
– Jonathan błagam… – niemal syknął, ale pod płaszczem gniewu nieudolnie ukrywał się głód, tak surowy i widoczny w stalowych ślepiach, głód przykrywający poranne rozespanie wypełnione czułością i troską. Teraz Anthony był zupełnie obudzony i tak samo świadomy pragnień, które zbyt długo musiały czekać aby znów umilknąć.
Naparł na Jonathana, jakby chciał go odepchnąć od siebie, choć gdy już złapał, nie był w stanie puścić ramion, które tak ochoczo udzielały mu nocą schronienia. Nieco bezmyślnie przywrócił drugiemu mężczyźnie pozycję siedzącą na łóżku, robiąc sobie jeszcze większą krzywdę widokiem wpatrzonych w niego ciemnych ślepi, osadzonych agatów w zadartej ku niemu głowie. Przez to, że trzymał go za ręce sam musiał wesprzeć się o ramę mebla kolanem i zawisł nad nim w pełni świadomy cali dzielących go od pocałunku, który tym razem byłby o wiele bardziej zachłanny niż te parę minut temu.
Był głodny. Był wciąż zazdrosny. Był przerażony. Był zahipnotyzowany.
– Jeszcze chwila i stąd nie wyjdziemy, a wtedy pani miła gospodyni znowu tu przyjdzie, być może z kawą i potłucze obie filiżanki, a nie chcesz przecież uszczuplać jej kolekcji porcelany – cedził, skupiając się na ustach rozmówcy, całym sobą taplając się w ambiwalencji sprzecznych ze sobą celów. Chciał się oddalić, był jeszcze bliżej. Chciał unikać konfrontacji i mówienia wprost o drastycznie zmieniającej się między nimi dynamice, więc teraz domagał się dystansu, niemalże kładąc się na Jonathanie. Chciał spokoju i przywrócenia statusu quo, więc cedził swoje pogróżki, świadom, że całe jego ciało mówi absolutnie co innego.
– Jestem na granicy Jonathan. Nie testuj jej… teraz. – miał powiedzieć nigdy więcej, ale och jakże nie był w stanie. Mimowolnie oblizał spierzchnięte wargi, mimowolnie wgapiał się w niego tych kilka trwających wieczność sekund. – Idę. Muszę iść. – powtórzył ciszej, z o wiele mniejszym przekonaniem niż wcześniejsze chmurne deklaracje.