21.09.2025, 17:46 ✶
Kupuje pelerynę i owocki (Bogacz II), a potem jeszcze dorwałam biednego Lazarusa Lovegood'a.
Lorien Mulciber… Nie wyglądała dzisiaj jak Ta Lorien Mulciber. Pozbawiona sędziowskich regalii, ciężkiej ciemnej szaty i chłodnej otoczki nieprzyjaznych ścian Wizengamotu… wyglądała po prostu jak całkiem uroczy liliput, albo dziecko wypuszczone, żeby się pokręciło pośród straganów.
Bogowie wiedzieli, że nawet obcasy, które przy każdym ruchu postukiwały o uliczny bruk były zdecydowanie niższe niż zazwyczaj. No i sukienka, na którą miała narzuconą cienką chustę, żeby ochronić się przed wrześniowym chłodem.
Co oznaczać mogło tylko jedno - Lorien Mulciber bardzo starała się nie wyglądać jak ona sama, sunąc po Pokątnej kompletnie sama. I to było interesujące, bo od Spalonej Nocy… ciężko było ją samą spotkać. Zawsze w towarzystwie mniej lub bardziej oczywistej obstawy z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów albo z reguły milczącego Alexandra Mulcibera. A dziś? Nikogo.
Pokątna wciąż jeszcze w większości miejsc wzywała o pomstę do nieba.
Nie winiła Ministerstwa - podjęcie każdej jednej decyzji o odbudowie miasta zwyczajnie w świecie trwało. Ciekawe czy ci geniusze co je rozwalili to przewidzieli w kalkulacjach. Sieć fiuu szwankowała. Co druga uliczka była odcięta dla lotu miotlarskiego z powodu “robót na wysokościach”. Tylko brakowało, żeby nałożono strefy antyteleportacyjne na niektóre punkty w Londynie… Ile to, dwa dni temu, trzy może… słyszała o przypadku mężczyzny, którego zmiotło odrobinę w lewo i ugrzązł nogą w świeżo wylanym betonie po niemagicznej stronie miasta. Zanim go uwolniono, pojawiła się mugolska policja i wlepiła mu mandat. A zaraz potem - BUM - z kolejnym.
Ale tak, dziękujmy naszym panom Śmierciożercom. Jak tu ich nie kochać za rozpieprzenie części kraju i utrudnieniu życia absolutnie wszystkim - zwłaszcza czystokrwistym, bo takie szlamy to co? Wezmą i machną ręką i się pewnie dostosują. Wezmą mugolską taxi, metro czy inne cudo mugolskiej technologii. A oni? Sowi urząd działał jakby chciał a nie mógł, cholera wiedziała które kominki wciąż były podpięte, a świstokliki… To już szkoda gadać.
Na razie próbowała jednak odepchnąć od siebie myśli o terrorystach. Więc zrobiła co? Poszła na zakupy. Proste. A raczej proste całkiem w teorii niż w praktyce. Ciężko było nie myśleć, że na Lammas był większy wybór. Że ludzie byli szczęśliwsi, a kramy o wiele bardziej kolorowe. Nie tak łatwo wraca się do życia po atakach. Zdążyła już zrobić małe zakupy. Jakieś pachnące słodyczą jesieni (głównie jabłkami, dynią i przyprawami) perfumy; jakiś całkiem poręczny notes w brązowej oprawie.
W międzyczasie zdążyła jeszcze zaopatrzyć się w koszyczek suszonych w popiele owoców. Nad tymi debatowała zdecydowanie dłużej niż ustawa przewiduje, bo ptasia część mózgu podpowiadała “wykup wszystko. Albo chociaż wszystkiego po troszku!”. Zupełnie jakby miała robić zapasy na zimę. Powstrzymała się - wzięła tylko trochę, bo i tak było ciężko jej to wszystko targać. Ale napiwek zostawiła tak sowity, że sadownik jej się przez dłuższą chwilę w pas kłaniał, dociskając do piersi swoją beretkę. To było miłe.
W sumie planowała się już zbierać. Ale została jej jeszcze jedna alejka do obejścia - i to taka, w której widziała świąteczne dzwoneczki i rzeźbione drewniane durnostojki. Może mieli takie zaczarowane ptaszki, które mogłaby kupić kotom…
Nagle stanęła niemal oko w oko z kimś znajomym. Oko w oko na tyle na ile pozwalała jakaś czterdziestocentymentrowa różnica wzrostu.
- Panie Lovegood.- Odezwała się w geście przywitania, nie mając pewności czy czarodziej ją dostrzeże. Poprawiła trzymany w dłoniach pakunek - ładnie zapakowaną w papier ciemnozieloną pelerynę. Małe rękodzielnicze cudo wyszywane złotą nicią w coś co podobno było liśćmi dębu. Nie znała się na drzewach, co dopiero na ich liście, więc co mogła zrobić jak nie uwierzyć na słowo?
Nawet zapakowana, peleryna ewidentnie wyglądała zbyt dużą, żeby czarownica miała ją nosić osobiście, ale… To było głupie. Kupiła ją dla Roberta. Wyglądał dobrze w tym kolorze. A potem przypomniała sobie, że Robert nie żyje. Oj. Zdarzało jej się to zbyt często niż chciałaby przyznać. Nieważne czy przed sobą czy swoimi lekarzami. Więc została z prezentem dla trupa i poczuciem, że chociaż pomogła komuś finansowo. Bogowie wiedzieli jak wielu tego potrzebowało.
Kiedy jednak ściągnęła jego uwagę na siebie, pozwoliła sobie kontynuować.
- Nie sądziłam, że Anthony Shafiq wypuści pana z gabinetu przez następne dwa miesiące.- Uniosła kącik ust w tym swoim charakterystycznym uśmieszku.
Lubi trzymać swoje nowe zabawki w ukryciu przed światem.