22.09.2025, 00:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2025, 02:31 przez Aaron Andrew Moody.)
Balkon, obok Lorien Mulciber.
Wszyscy zauważyliby, gdyby wyszli. Nieobecność zawsze była bardziej wymowną niż obecność, inaczej ludzie dziękowaliby za dostatek tak samo głośno, jak narzekali, gdy dotykał ich brak. Panorama spalonego Londynu za ich plecami była najlepszym tego przykładem.
Słysząc ciężkie westchnienie Lorien, na powrót zacisnął palce na złotej spineczce, którą schował naprędce w kieszeń, gdy zajął się poprawianiem kołnierzyka. Rozejrzał się, szukając powodu jej wzburzenia. Starał się być przecież uważnym, bo... Och. Och. Dziewiąta. Niemalże zapomniał o nowej obsesji Lorien. Telewizor, który wcisnął mu w podzięce za naprawienie instalacji w łazience babci, Arjun, prowadzący hinduską restaurację przecznicę dalej. Jego babcia mieszkała pod Aaronem, w mieszkaniu pachnącymi przyprawami, i ostatnio chyba tylko jemu odpowiadała na "dzień dobry", bo z resztą sąsiadów pokłóciła się przez swoje radio, które zawsze grało zbyt głośno. Obcojęzyczne szlagiery niosły się echem po klatce schodowej, ale Moody nie uskarżał się na hałasy, bo wyciszył mieszkanie za pomocą zaklęć. Więcej, naprawił jej raz to stare radyjko, wtedy, gdy się zepsuło! Od tej pory staruszka regularnie zapraszała go na rodzinne obiadki, a gdy się wymawiał, nasyłała na niego synów z resztkami domowego curry. "Mój brat ma sklep z telewizorami, da ci wszystko za pół ceny", namawiał Arjun, wdzięczny za pomoc babci. "Będziesz mógł obejrzeć sobie mecz, zamiast słuchać relacji w radiu!" Aaron nie był przekonany co do mugolskiej technologii, ale postawiono go pewnego dnia przed faktem dokonanym. Gdyby spółdzielnia mieszkaniowa się nie opierdalała z naprawami, nie dostałby telewizora.
A Lorien nie mogłaby oglądać swojego głupiego tureckiego serialiku codziennie o dziewiątej wieczorem.
– Bardzo przydatny prezent. Praktyczny i... Tak. Prezent – odpowiedział poważnie Aaron, przywoławszy na twarz bardzo poważną minę. Jak gdyby mówili o bardzo poważnych sprawach... A nie o koszuli, na którą najpierw trochę ponarzekał, że "a po co", "nowej na pewno nie założę, bo nierozchodzona, jeszcze będzie uwierała w ramionach", "a tak w ogóle, to wszystko niepotrzebnie, bo ja koszule przecież mam". Ale Lorien tak jakoś żałośnie na niego spojrzała, że odechciało mu się z nią sprzeczać. Bo to był miły prezent, i było mu miło, że o nim pomyślała, i... Zwyczajnie nie chciał robić jej przykrości, zachowując się jak buc. Wciąż zresztą jeszcze czuł się zażenowany swoim zachowaniem i głupim wypadkiem z kołnierzykiem. Zakończył dyskusję nie przyzwalając na dwuznaczność, jak zawsze, gdy nie czuł się zbyt pewnym.
Pewnym był jednak, że Lorien Mulciber wcale nie chciała słuchać o tym, że Mehmed III urodził się już po śmierci matki Sulejmana Wspaniałego, więc wcale nie musiała martwić się o to, czy przeżyje uknuty przez nią zamach... Bo zamach zwyczajnie nie miał przecież racji bytu.
"To na cele charytatywne. Nie mogę dać mniej niż Elliott Malfoy."
Nagle złota spinka w jego dłoni, wcześniej tak leciutka, wydawała się ciężką. Nagle ważyła więcej niż cały świat. Nie wiedziałem, że zwykliście prześcigiwać się w swej hojności, chciał odpowiedzieć jej ostro. Z pewnością jest to z waszej strony bardzo... Chwalebnym.
A jednak nie odezwał się. Zamiast tego, pozwolił po prostu, aby na powrót zapadła między nimi cisza.
Wszyscy zauważyliby, gdyby wyszli. Nieobecność zawsze była bardziej wymowną niż obecność, inaczej ludzie dziękowaliby za dostatek tak samo głośno, jak narzekali, gdy dotykał ich brak. Panorama spalonego Londynu za ich plecami była najlepszym tego przykładem.
Słysząc ciężkie westchnienie Lorien, na powrót zacisnął palce na złotej spineczce, którą schował naprędce w kieszeń, gdy zajął się poprawianiem kołnierzyka. Rozejrzał się, szukając powodu jej wzburzenia. Starał się być przecież uważnym, bo... Och. Och. Dziewiąta. Niemalże zapomniał o nowej obsesji Lorien. Telewizor, który wcisnął mu w podzięce za naprawienie instalacji w łazience babci, Arjun, prowadzący hinduską restaurację przecznicę dalej. Jego babcia mieszkała pod Aaronem, w mieszkaniu pachnącymi przyprawami, i ostatnio chyba tylko jemu odpowiadała na "dzień dobry", bo z resztą sąsiadów pokłóciła się przez swoje radio, które zawsze grało zbyt głośno. Obcojęzyczne szlagiery niosły się echem po klatce schodowej, ale Moody nie uskarżał się na hałasy, bo wyciszył mieszkanie za pomocą zaklęć. Więcej, naprawił jej raz to stare radyjko, wtedy, gdy się zepsuło! Od tej pory staruszka regularnie zapraszała go na rodzinne obiadki, a gdy się wymawiał, nasyłała na niego synów z resztkami domowego curry. "Mój brat ma sklep z telewizorami, da ci wszystko za pół ceny", namawiał Arjun, wdzięczny za pomoc babci. "Będziesz mógł obejrzeć sobie mecz, zamiast słuchać relacji w radiu!" Aaron nie był przekonany co do mugolskiej technologii, ale postawiono go pewnego dnia przed faktem dokonanym. Gdyby spółdzielnia mieszkaniowa się nie opierdalała z naprawami, nie dostałby telewizora.
A Lorien nie mogłaby oglądać swojego głupiego tureckiego serialiku codziennie o dziewiątej wieczorem.
– Bardzo przydatny prezent. Praktyczny i... Tak. Prezent – odpowiedział poważnie Aaron, przywoławszy na twarz bardzo poważną minę. Jak gdyby mówili o bardzo poważnych sprawach... A nie o koszuli, na którą najpierw trochę ponarzekał, że "a po co", "nowej na pewno nie założę, bo nierozchodzona, jeszcze będzie uwierała w ramionach", "a tak w ogóle, to wszystko niepotrzebnie, bo ja koszule przecież mam". Ale Lorien tak jakoś żałośnie na niego spojrzała, że odechciało mu się z nią sprzeczać. Bo to był miły prezent, i było mu miło, że o nim pomyślała, i... Zwyczajnie nie chciał robić jej przykrości, zachowując się jak buc. Wciąż zresztą jeszcze czuł się zażenowany swoim zachowaniem i głupim wypadkiem z kołnierzykiem. Zakończył dyskusję nie przyzwalając na dwuznaczność, jak zawsze, gdy nie czuł się zbyt pewnym.
Pewnym był jednak, że Lorien Mulciber wcale nie chciała słuchać o tym, że Mehmed III urodził się już po śmierci matki Sulejmana Wspaniałego, więc wcale nie musiała martwić się o to, czy przeżyje uknuty przez nią zamach... Bo zamach zwyczajnie nie miał przecież racji bytu.
"To na cele charytatywne. Nie mogę dać mniej niż Elliott Malfoy."
Nagle złota spinka w jego dłoni, wcześniej tak leciutka, wydawała się ciężką. Nagle ważyła więcej niż cały świat. Nie wiedziałem, że zwykliście prześcigiwać się w swej hojności, chciał odpowiedzieć jej ostro. Z pewnością jest to z waszej strony bardzo... Chwalebnym.
A jednak nie odezwał się. Zamiast tego, pozwolił po prostu, aby na powrót zapadła między nimi cisza.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.