22.09.2025, 15:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2025, 15:30 przez Anthony Shafiq.)
Mógł się z nią droczyć, mógł przekonywać i namawiać. Mógł też zatopić się w miękkości dłoni, pachnącej jaśminem i aktami Wizengamotu. Ukrył drobne białe skrzydełko pod własnymi palcami, przychylił głowę i przymknął oczy słuchając opowieści o domostwie w którym nigdy nie czuł się mile widzianym gościem. Teraz to mogło się zmienić, a atmosfera owych duchów, jasnowidzów i starych wspomnień zdawała się tak adekwatna do tej części duszy przypasowującej się starym gotyckim opowieściom. Była też inna część lękająca się Alexandra, bo choć Morpheus wypowiadał się o swoim podopiecznym raczej z dystansem i właściwą sobie niefrasobliwością punktował jego słabe strony, tak jednak każdy obdarzony trzecim okiem, mógł próbować włamać się do jego głowy, co było dla Anthony'ego lękiem prymarnym i nienaruszalnym. Znając jednak datę wizyty, mógł się przygotować, kompulsywnie zaplanować każdą minutę, chroniąc siebie i swoją prywatność, przed - zwróćmy na to uwagę - potencjalnym wścibstwem kogoś, kogo Lorien nazywała bratem. Wyzbył się już zazdrości, którą tak ekspansywnie wybuchł w jej stronę w Zorzy. Nie potrafił sobie wybrazić, aby ta emocja kiedykolwiek byłaby dla niego dobrym doradcą. Dlatego też teraz nawet nie otworzył oczu słuchając słów o ojcu swojej przyjaciółki i Mulciberze z którym łączyły go przyjacielskie więzy.
– Mów proszę dalej, chętnie posłucham – poprosił, opierając się łokciami o zrąb łóżka. Chwila przerwy, chwila ukojenia, w jaśminowym ogrodzie pod drzewem z ptasią melodią otaczającą duszę.
Nie zasłużył.
Jego opieszałość i konformizm doprowadziły do tej tragedii. Poczucie winy, wyrzuty sumienia, to wciąż kotłowało się w nim pod bladą, cienką jak papier skórą.
Ale nie teraz. Teraz chwila wytchnienia obok. chwila prywatności i intymności niemożliwa do sięgnięcia gdy wdowa po Robercie Mulciberze powróci na swoje włości przynależne jej prawem i obyczajem. Nie mógł być jej klatką, złocistą i egoistyczną w swej konstrukcji. Nie była Edith, była po prostu sobą.
– Cóż myślałaś, moja droga? – zapytał, gdy choć cień zmartwienia padł na jej łagodność, którą go otoczyła w drżącym szepcie, który wzruszył listowiem przestrzeni biegunowo odlełej od monochromatycznych korytarzy i sal Kliniki świętego Munga. Tym razem jednak otworzył oczy zmartwiony, spotykając się z jej pięknym kobaltem, czując się nieco winnym, jakby sam stanowił zachmurzenie dla perfekcyjnych tonów jej oczu. Kolejne słowa spotkały się z jego aprobatą, wyrażaną nader subtelnie mikroekspresją twarzy, czy niewielkimi przytaknięciami.
– Doświadczenie warte jest zdecydowanie więcej. Zahartowana stal uderzać może samym instynktem, odruchem, niż drąg, który nie przeszedł jeszcze przez kowalskie ręce – Psy Ministerstwa. Uśmiechnął się tylko, mając czasem poczucie, że nie musieliby mówić wcale, dzieląc tak wiele myśli, jakby mówili jednym i tym samym głosem. Zaraz jednak zganił się za to, mając w pamięci fakt, że już jedna przyjaźń przepadła, kiedy dał się porwać podobnym przekonaniom o stałości uczuć, o tym, że nie trzeba o nie wciąż i wciąż dbać... – Dla wszystkich to był czas próby, który bynajmniej nie kończy się dzisiaj. Świat potrzebuje Lorien, aby sprawiedliwości stało się zadość. Świat potrzebuje Roberta, by być może to zagonione w róg zwierzę, nie próbowało atakować nas snów. Ukierunkowanie energii tłumu... a wiesz przecież, że tłum ma to do siebie, że jego inteligencja, to wartość liczbowa najgłupszej jednostki podzielona na dwa?– sprawa była poważna, ale przedstawił ją bardziej w formie żartu niż utyskiwania. Ludzkość toczyła się, tworzyła wspaniałości, budowała cywilizacje... A jednak nikt o zdrowych myślach nie nazwałby zbiorowości inteligentną. Z rozsądną już byłby problem.
– Mów proszę dalej, chętnie posłucham – poprosił, opierając się łokciami o zrąb łóżka. Chwila przerwy, chwila ukojenia, w jaśminowym ogrodzie pod drzewem z ptasią melodią otaczającą duszę.
Nie zasłużył.
Jego opieszałość i konformizm doprowadziły do tej tragedii. Poczucie winy, wyrzuty sumienia, to wciąż kotłowało się w nim pod bladą, cienką jak papier skórą.
Ale nie teraz. Teraz chwila wytchnienia obok. chwila prywatności i intymności niemożliwa do sięgnięcia gdy wdowa po Robercie Mulciberze powróci na swoje włości przynależne jej prawem i obyczajem. Nie mógł być jej klatką, złocistą i egoistyczną w swej konstrukcji. Nie była Edith, była po prostu sobą.
– Cóż myślałaś, moja droga? – zapytał, gdy choć cień zmartwienia padł na jej łagodność, którą go otoczyła w drżącym szepcie, który wzruszył listowiem przestrzeni biegunowo odlełej od monochromatycznych korytarzy i sal Kliniki świętego Munga. Tym razem jednak otworzył oczy zmartwiony, spotykając się z jej pięknym kobaltem, czując się nieco winnym, jakby sam stanowił zachmurzenie dla perfekcyjnych tonów jej oczu. Kolejne słowa spotkały się z jego aprobatą, wyrażaną nader subtelnie mikroekspresją twarzy, czy niewielkimi przytaknięciami.
– Doświadczenie warte jest zdecydowanie więcej. Zahartowana stal uderzać może samym instynktem, odruchem, niż drąg, który nie przeszedł jeszcze przez kowalskie ręce – Psy Ministerstwa. Uśmiechnął się tylko, mając czasem poczucie, że nie musieliby mówić wcale, dzieląc tak wiele myśli, jakby mówili jednym i tym samym głosem. Zaraz jednak zganił się za to, mając w pamięci fakt, że już jedna przyjaźń przepadła, kiedy dał się porwać podobnym przekonaniom o stałości uczuć, o tym, że nie trzeba o nie wciąż i wciąż dbać... – Dla wszystkich to był czas próby, który bynajmniej nie kończy się dzisiaj. Świat potrzebuje Lorien, aby sprawiedliwości stało się zadość. Świat potrzebuje Roberta, by być może to zagonione w róg zwierzę, nie próbowało atakować nas snów. Ukierunkowanie energii tłumu... a wiesz przecież, że tłum ma to do siebie, że jego inteligencja, to wartość liczbowa najgłupszej jednostki podzielona na dwa?– sprawa była poważna, ale przedstawił ją bardziej w formie żartu niż utyskiwania. Ludzkość toczyła się, tworzyła wspaniałości, budowała cywilizacje... A jednak nikt o zdrowych myślach nie nazwałby zbiorowości inteligentną. Z rozsądną już byłby problem.