22.09.2025, 20:49 ✶
Balkon z Aaronem
Lorien pomilczała chwilę, pomilczała, a potem... odwróciła wzrok, po raz pierwszy rzeczywiście na Aarona przestając patrzeć.
Wszyscy zauważyliby, gdyby wyszli. I choć chciałaby butnie zapytać “i co z tego” - jej przygaszone spojrzenie było jasnym sygnałem, że Lorien wie.
Rozumiała, gdzie leżą granice, których przekroczyć dzisiaj nie mogli. Dzisiaj. Dobre sobie. Nigdy było bezpieczniejszą do założenia perspektywą czasową.
Przesunęła palcami po jasnych płatkach jaśminowych kwiatów. Hodował identyczne na swoim balkonie.
- Cieszę się, że się Panu podobał, panie Moody.- Odpowiedziała, ubierając słowa w ton znany mu z Ministerstwa. Żadnej dwuznaczności. Żadnej dyskusji. Nie mogła wydawać się bardziej obojętna na prezent, który przecież wręczyła mu ze swoim najszczerszym uśmiechem. Tylko przymierz. Jak będzie źle leżeć to oddam.
Oczywiście, że koszula pasowała jakby była na aurora szyta. Rosierowie nie zawodzili.
Ale tu nie chodziło o koszulę. Nie chodziło nawet o to czy jakiś tam nieżyjący sułtan mógł knuć przeciwko innemu. Nie chodziło o telewizor, o sąsiadów Aarona do których podchodziła z chłodną, wyuczoną grzecznością.
Chodziło o zasady. Nie powinna była ich zapomnieć.
Pani Mulciber nigdy nie była osobą, która serdeczną przyjaźń magiczno-mugolską traktowała jak coś więcej niż godne potępienia łamanie zasad Kodeksu Tajności Czarodziejów. Nie uznawała istnienia większości ich dziwnej technologii, środków transportu czy osiągnięć ichniejszej “medycyny” jak lubili nazwać to swoje rozcinanie chorych. Była głosem sprzeciwu wobec pełnej edukacji czarodziejów z niemagicznych rodzin, dopuszczania ich do wyższych stanowisk. Nie znali ich praw; nie znali tradycji. Nie nadawali się do pełnienia istotnej roli w ich społeczeństwie.
Ale urodziła się w Niemagicznych Dzielnicach i choć jej dom był zaklęty przed wzrokiem mugoli, nie mogła nie doceniać drobiazgów - dobrego espresso w kawiarni nieopodal, niektórych piosenek lecących w radio, pomiędzy wiadomościami, które ojciec słuchał co wieczór, no i najwyraźniej tureckiego serialu.
Wyprostowała się.
Jak porcelanowa laleczka posadzona na kominku w czyjejś rodowej posiadłości. Wyciągnęła z torebki rękawiczki. Powinni wrócić do sali. W końcu nie chcieli, żeby ktoś zauważył ich zniknięcie, prawda? Nawet jeśli Poza tym musiała jeszcze wypisać czek. Bo chociaż pomaganie samo w sobie nigdy nie było bezinteresownym gestem (każdy Prewett wiedział, że pomoc jest warta swojej ceny tak długo jak można ją odpisać), to jednak pomagała.
Nie przerywała ciszy, która między nimi zapadła. Tylko odrobinę mocniej zacisnęła usta.
Lorien pomilczała chwilę, pomilczała, a potem... odwróciła wzrok, po raz pierwszy rzeczywiście na Aarona przestając patrzeć.
Wszyscy zauważyliby, gdyby wyszli. I choć chciałaby butnie zapytać “i co z tego” - jej przygaszone spojrzenie było jasnym sygnałem, że Lorien wie.
Rozumiała, gdzie leżą granice, których przekroczyć dzisiaj nie mogli. Dzisiaj. Dobre sobie. Nigdy było bezpieczniejszą do założenia perspektywą czasową.
Przesunęła palcami po jasnych płatkach jaśminowych kwiatów. Hodował identyczne na swoim balkonie.
- Cieszę się, że się Panu podobał, panie Moody.- Odpowiedziała, ubierając słowa w ton znany mu z Ministerstwa. Żadnej dwuznaczności. Żadnej dyskusji. Nie mogła wydawać się bardziej obojętna na prezent, który przecież wręczyła mu ze swoim najszczerszym uśmiechem. Tylko przymierz. Jak będzie źle leżeć to oddam.
Oczywiście, że koszula pasowała jakby była na aurora szyta. Rosierowie nie zawodzili.
Ale tu nie chodziło o koszulę. Nie chodziło nawet o to czy jakiś tam nieżyjący sułtan mógł knuć przeciwko innemu. Nie chodziło o telewizor, o sąsiadów Aarona do których podchodziła z chłodną, wyuczoną grzecznością.
Chodziło o zasady. Nie powinna była ich zapomnieć.
Pani Mulciber nigdy nie była osobą, która serdeczną przyjaźń magiczno-mugolską traktowała jak coś więcej niż godne potępienia łamanie zasad Kodeksu Tajności Czarodziejów. Nie uznawała istnienia większości ich dziwnej technologii, środków transportu czy osiągnięć ichniejszej “medycyny” jak lubili nazwać to swoje rozcinanie chorych. Była głosem sprzeciwu wobec pełnej edukacji czarodziejów z niemagicznych rodzin, dopuszczania ich do wyższych stanowisk. Nie znali ich praw; nie znali tradycji. Nie nadawali się do pełnienia istotnej roli w ich społeczeństwie.
Ale urodziła się w Niemagicznych Dzielnicach i choć jej dom był zaklęty przed wzrokiem mugoli, nie mogła nie doceniać drobiazgów - dobrego espresso w kawiarni nieopodal, niektórych piosenek lecących w radio, pomiędzy wiadomościami, które ojciec słuchał co wieczór, no i najwyraźniej tureckiego serialu.
Wyprostowała się.
Jak porcelanowa laleczka posadzona na kominku w czyjejś rodowej posiadłości. Wyciągnęła z torebki rękawiczki. Powinni wrócić do sali. W końcu nie chcieli, żeby ktoś zauważył ich zniknięcie, prawda? Nawet jeśli Poza tym musiała jeszcze wypisać czek. Bo chociaż pomaganie samo w sobie nigdy nie było bezinteresownym gestem (każdy Prewett wiedział, że pomoc jest warta swojej ceny tak długo jak można ją odpisać), to jednak pomagała.
Nie przerywała ciszy, która między nimi zapadła. Tylko odrobinę mocniej zacisnęła usta.