23.09.2025, 08:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2025, 08:33 przez Anthony Shafiq.)
Jak to się stało? Anthony nagle stał się bardzo milczący. Jego umysł w pewnym sensie działał bardzo sprawnie, w pewnym sensie, nie działał wcale.
Somnia, gdzie jesteś...
Gdy pierwszy raz usłyszał o koncepcie połączenia dusz, był nim rozbawiony w niedorzeczności tego pomysłu. Im więcej piasku przesypywało się jednak od czasu złożenia niewielkiej przysięgi na moście Cóż Ci wtedy powiedziałem, do czego przyznałem się w sekrecie, który tak prędko przestał być sekretem?. Anam cara. Jedyna nadzieja na posiadanie przez Anthony'ego jakiejkolwiek umiejętności podglądania przyszłości polegała na tym wątłym połączeniu, możliwym do zerwania jedynie śmiercią.
Morpheus jednak pragął śmierci.
Czuł to nie tylko przez mityczną, niepotwierdzoną naukowo nić.
Zalał wrzątkiem ususzone zbiory ziemi. Dziękuję Ci Matko za Twoje dary.... Nie tego boga winno się wzywać do wieszczeń, Somnia by wiedział. Gdyby tu był razem z nimi, wziąłby swoje palce i zamoczył je w winie, a potem wyznaczyłby kurs losu, naznaczył nieszczęśnika plamą niemożliwą do zmycia na zmarszczonym gniewnie czole.
Ile razy Morpheus jeszcze to zrobi nim spopieli się zgodnie ze słowami Matki?
Nie było to nowością, ale uczucie samotności zwinęło jego duszę do wewnątrz gdzieś w okolice wydziobywanej przez orła wątroby. Dojmujący smutek zasznurował mu usta. Subteksty, podszepty nieświadomości... a przecież żaden z nich, nie wiedział, żaden z nich nie był panem czasu.
- Απόλλωνα, θεέ μακρινέ, που με τα βέλη σου σκότωσες το άγριο παιδί της Γης,
κρατώντας τον προφητικό τρίποδα, που δέχτηκες και κατάλαβες τις αθάνατες σκέψεις του Δία,
που με μια όμορφη λύρα έρχεται ανάμεσα σε ποιητές συνοδευόμενος από λευκοχέρηδες θεές,
Τον οποίο επικαλούμαστε ως Θεραπευτή όλων μας που ζήσαμε αιώνες,
Γιε του Λάτονα, δώσε μου υγεία και ανέγγιχτες νοητικές δυνάμεις. - słowa modlitwy spłynęły tak nieadekwatnie kulturowo, na liście imperialnej herbaty, a Anthony wzywając dawno pogrzebane bóstwo liczył, że to swoją białą szatą okryje umysł zupełnie kogo innego wciąż, kawałek jego samego.
Odetchnął głęboko i ze stoickim, zewnętrznie przynajmniej, spokojem pozbył się napitku wypijając go pieczołowicie. NAstępnie obrócił filiżankę kilkukrotnie, wyuczonym ruchem wielu, wielu spotkań ze swoim nieobecnym przyjacielem.
A potem z hukiem wywalił ją na podstawek, nieco za mocno, ale po takiej ilości alkoholu myślało się bardzo trzewo, chyba że akurat bardzo nietrzeźwo dochodziło do głosu.
Na miłość - pomyślał jeszcze bez przekonania. Nie on w ich duecie był ostatecznie wróżbitą, a to co spróbuje dojrzeć spomiędzy wilgotnych fusów nie miało prawa się spełnić, prawda?
...prawda?
Symbol był oczywisty. Dosadny. Każdy kto podążyłby za chrześcijańską drogą asocjacji, dotarłby do męczeństwa, które nie było zbyt odległe od tego co Anthony doświadczał już teraz, podejmując kilka decyzji którymi - jak się przekonywał - nie kierował się strachem, a troską. Wróżba miała jednak dotyczyć przyszłych wydarzeń. Zdarzało mu się mieć już krzyż, znał jego znaczenie. Problemy. Choroba. Jak to mogło się mieć do miłości ponad to, że ta sama w sobie była rodzajem choroby, szaleństwem przeszkadzajacym w normalnym funkcjonowaniu, namiętnością przeżerającą tkanki i pompującą w człowieka irracjonalność.
- Widze bardzo niewygodne łóżko. Choć to wysoce nieprawdopodobne - powiedział, najpierw po grecku, potem poprawił się już w ojczystej mowie całej czwórki. A potem podniósł się nagle, może trochę zbyt nagle. - Pójdę już. - był to problem, bo ostatnia szklanka złocistego trunku była wypita stanowczo zbyt szybko, stanowczo zbyt dosadnie i w połączeniu ze wszystkimi pozostałymi... To nie był dobry pomysł. To stanowczo nie był dobry pomysł. To był jedyny pomysł, który przyszedł mu do głowy.
Somnia, gdzie jesteś...
Gdy pierwszy raz usłyszał o koncepcie połączenia dusz, był nim rozbawiony w niedorzeczności tego pomysłu. Im więcej piasku przesypywało się jednak od czasu złożenia niewielkiej przysięgi na moście Cóż Ci wtedy powiedziałem, do czego przyznałem się w sekrecie, który tak prędko przestał być sekretem?. Anam cara. Jedyna nadzieja na posiadanie przez Anthony'ego jakiejkolwiek umiejętności podglądania przyszłości polegała na tym wątłym połączeniu, możliwym do zerwania jedynie śmiercią.
Morpheus jednak pragął śmierci.
Czuł to nie tylko przez mityczną, niepotwierdzoną naukowo nić.
Zalał wrzątkiem ususzone zbiory ziemi. Dziękuję Ci Matko za Twoje dary.... Nie tego boga winno się wzywać do wieszczeń, Somnia by wiedział. Gdyby tu był razem z nimi, wziąłby swoje palce i zamoczył je w winie, a potem wyznaczyłby kurs losu, naznaczył nieszczęśnika plamą niemożliwą do zmycia na zmarszczonym gniewnie czole.
Ile razy Morpheus jeszcze to zrobi nim spopieli się zgodnie ze słowami Matki?
Nie było to nowością, ale uczucie samotności zwinęło jego duszę do wewnątrz gdzieś w okolice wydziobywanej przez orła wątroby. Dojmujący smutek zasznurował mu usta. Subteksty, podszepty nieświadomości... a przecież żaden z nich, nie wiedział, żaden z nich nie był panem czasu.
- Απόλλωνα, θεέ μακρινέ, που με τα βέλη σου σκότωσες το άγριο παιδί της Γης,
κρατώντας τον προφητικό τρίποδα, που δέχτηκες και κατάλαβες τις αθάνατες σκέψεις του Δία,
που με μια όμορφη λύρα έρχεται ανάμεσα σε ποιητές συνοδευόμενος από λευκοχέρηδες θεές,
Τον οποίο επικαλούμαστε ως Θεραπευτή όλων μας που ζήσαμε αιώνες,
Γιε του Λάτονα, δώσε μου υγεία και ανέγγιχτες νοητικές δυνάμεις. - słowa modlitwy spłynęły tak nieadekwatnie kulturowo, na liście imperialnej herbaty, a Anthony wzywając dawno pogrzebane bóstwo liczył, że to swoją białą szatą okryje umysł zupełnie kogo innego wciąż, kawałek jego samego.
Odetchnął głęboko i ze stoickim, zewnętrznie przynajmniej, spokojem pozbył się napitku wypijając go pieczołowicie. NAstępnie obrócił filiżankę kilkukrotnie, wyuczonym ruchem wielu, wielu spotkań ze swoim nieobecnym przyjacielem.
A potem z hukiem wywalił ją na podstawek, nieco za mocno, ale po takiej ilości alkoholu myślało się bardzo trzewo, chyba że akurat bardzo nietrzeźwo dochodziło do głosu.
Na miłość - pomyślał jeszcze bez przekonania. Nie on w ich duecie był ostatecznie wróżbitą, a to co spróbuje dojrzeć spomiędzy wilgotnych fusów nie miało prawa się spełnić, prawda?
Rzut Symbol 1d258 - 107
Krzyż (kłopot/choroba)
Krzyż (kłopot/choroba)
...prawda?
Symbol był oczywisty. Dosadny. Każdy kto podążyłby za chrześcijańską drogą asocjacji, dotarłby do męczeństwa, które nie było zbyt odległe od tego co Anthony doświadczał już teraz, podejmując kilka decyzji którymi - jak się przekonywał - nie kierował się strachem, a troską. Wróżba miała jednak dotyczyć przyszłych wydarzeń. Zdarzało mu się mieć już krzyż, znał jego znaczenie. Problemy. Choroba. Jak to mogło się mieć do miłości ponad to, że ta sama w sobie była rodzajem choroby, szaleństwem przeszkadzajacym w normalnym funkcjonowaniu, namiętnością przeżerającą tkanki i pompującą w człowieka irracjonalność.
- Widze bardzo niewygodne łóżko. Choć to wysoce nieprawdopodobne - powiedział, najpierw po grecku, potem poprawił się już w ojczystej mowie całej czwórki. A potem podniósł się nagle, może trochę zbyt nagle. - Pójdę już. - był to problem, bo ostatnia szklanka złocistego trunku była wypita stanowczo zbyt szybko, stanowczo zbyt dosadnie i w połączeniu ze wszystkimi pozostałymi... To nie był dobry pomysł. To stanowczo nie był dobry pomysł. To był jedyny pomysł, który przyszedł mu do głowy.