Ward wiedział, jak bardzo źle jego ukochana znosiła teleportację. Gdyby mógł mówić jak kiedyś, zapewne sprzeczałby się z nią, aby tego nie robiła. Aby oszczędzała siebie i swoją resztkę energii. Wiedział, że była uparta. Ale też w dobrej wierze. Nie miał jak jej od tego odwieźć, pozwalając jej jednak działać. I choć sama nie potrzebowała pilnej pomocy uzdrowiciela, to nalegałby, ale i ją przebadali dla pewności. Dla jego spokoju. Choć to on, bardziej tej pomocy potrzebował.
Wszystko go bolało. Spożywanie zalecanego eliksiru, Szkielewzro, miało pomóc mu odbudować zmiażdżone i uszkodzone kości. Momentami Tristan miał wrażenie, że mu bardziej szkodzi niż pomaga. Z pomocą eliksirów uśmierzających ból, mógł zasnąć. Ale nie chciał. Jakby bał się, że znów coś się wydarzy i Olivii nie zobaczy. Z drugiej strony nie chciał też, aby się przemęczała czuwając przy nim i żeby też odpoczęła. Ale czy go spełniła jego prośby? Tego nie wiedział.
Najważniejsze, że mogli opuścić szpital, kiedy większość ran i kości miał wyleczone. Jedynie noga wymagała odrobinę dłuższego leczenia. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, aby mogli zwolnić miejsce, dla innych poszkodowanych.
Tylko właśnie. Gdzie mieli się udać?
Znalezienie miejsca na odpoczynek, dach nad głową zajęło trochę czasu, widząc na około skalę zniszczeń. A kiedy znaleźli ów miejsce, Olivia chciała ich chyba pocieszyć dwoma słowami. Czy naprawdę będzie dobrze? Czy mógł, czy chciał w to wierzyć, po tym, czego doświadczyli?
Siedząc na kanapie, Tristan obserwował jej ruchy. Jak macha różdżką, aby pozbyć się warstw kurzu. Jak pojawiają się świece a ich knot zajął się ogniem. Ogniem, który widzieli w tym mieście na każdym kroku. Ogniem, który pozbawił życia wiele ludzkich istnień, a także majątku. Im dłużej patrzył w zapaloną świecę, tym bardziej serce mu waliło. Starach? Lęk? Zerknął w stronę okna, choć zasłonięte, miał obawy, że ktoś ich znajdzie. Że ktoś po nich idzie. Jak poparzony, zerwał się z kanapy, upuszczając kule do chodzenia, które upadły na podłogę wydając charakterystyczny dźwięk uderzenia. Kuśtykając podszedł do najbliższej świecy stojącej na stole, czy komodzie. Jedną ręką machnął aby ją przewrócić. Drugą dotknął płomienia, aby ją zgasić, co sprawiło, że skrzywił się z bólu, jaki poczuł na wewnętrznej stronie lewej dłoni. Poparzył się woskiem, jaki zdążył się pojawić. Choć świecę zgasił, pozostał ból na dłoniach. Jakby był zahipnotyzowany, dotarł do kolejnej i uczynił to samo. Przy trzeciej nie dał już rady i upadł kolanami na posadzkę, siadając na własnych nogach. Kontuzja nogi uniemożliwiała mu sprawne poruszanie się i mógł nawet potknąć się o wystającą deskę czy zwinięty dywan. Nie patrzył pod nogi. Siedząc, w oczach miał strach, dłoni nie zamknął czując pieczenie, lecz wpatrywał się w nie. Być może tym zachowaniem wystraszył ukochaną, na co nie zwrócił w tej chwili uwagi.
Tristan, nie mógł w tej chwili patrzeć na jakikolwiek ogień. Nie mógł też nic "powiedzieć", ani w języku migowym, pokazać. Czuł się jakby jakaś siła uniemożliwiała mu wykonanie prostych czynności. Czy lęk, strach może mieć taką moc? W takim momencie zapomniał o swojej różdżce, jaką pozostawił na kanapie. Może to i dobrze?