23.09.2025, 16:09 ✶
- Tak, to moje. Dzięki, nie wiem, czy bym go dogonił, gdybyś się nie wtrącił - powiedział i odebrał od kumpla swoją własność. Świat się do nich uśmiechnął. Wprawdzie obolali, ale wciąż byli piękni i młodzi, mieli cały dzień przed sobą oraz nie utracili swoich pieniędzy przy kradzieży. Leo z ulgą poczuł między palcami skórę Mandragory rekompensujący wszystkie niepowodzenia tego dnia. Rozchylił portfel by upewnić się, że wszystko było na swoim miejscu. Pieniądze były, dokumenty były, wszystko by...
- Chwileczkę... A gdzie moja karta Llewellyna Groźnego? - spytał się, po czym jeszcze raz rozejrzał się po ziemi. Świat jednak się do niego nie uśmiechnął, wciąż miał go w głębokim poważaniu. Po karcie przedstawiającej najsłynniejszego w historii gracza Katapult nie było śladu. - To był unikat, z limitowanej edycji, podpisana przez Llewellyna... Warta co najmniej dwadzieścia galeonów... A to podły spryciarz! - warknął. Obrócił się w prawo, obrócił się w lewo, ale nie mogąc znaleźć niczego, na czym mógłby wyładować frustrację, wciągnął głęboko powietrze zmuszony do opanowania swojego gniewu.
- Typ nie żyje od dziesięcioleci, gdzie znajdę taką drugą podpisaną przez niego kartę? - westchnął, czując, że nie ma innego wyjścia, jak pogodzić się ze swoją stratą. Może nie był jakimś fanatykiem czarodziejskich kart z czekoladowych żab, ale interesował się tymi przedstawiającymi graczy Quidditcha, zaś karta z Lllewellynem służyła mu za talizman. Będzie musiał znaleźć jakąś inną do zajęcia wolnego miejsca w portfelu. - No ale mogło być gorzej. Ważne, że jesteśmy cali - spróbował pocieszyć samego siebie i przy okazji Selwyna. Na szczęście jego kompan zaproponował coś, co pocieszało dużo lepiej niż wszystkie słowa świata. Wprawdzie Barker nie miał całkowicie wolnego wieczoru, bo następnego dnia czego go kolejny trening, ale nie oznaczało to, że odpuści. Na kacu też da się latać na miotle.
- O szóstej kończę trening, a później jestem cały do twojej dyspozycji. Tylko się przygotuj, bo na jednej kolejce się nie skończy - ostrzegł Hannibala. Gdy Leo pił, to konkretnie.
- Chwileczkę... A gdzie moja karta Llewellyna Groźnego? - spytał się, po czym jeszcze raz rozejrzał się po ziemi. Świat jednak się do niego nie uśmiechnął, wciąż miał go w głębokim poważaniu. Po karcie przedstawiającej najsłynniejszego w historii gracza Katapult nie było śladu. - To był unikat, z limitowanej edycji, podpisana przez Llewellyna... Warta co najmniej dwadzieścia galeonów... A to podły spryciarz! - warknął. Obrócił się w prawo, obrócił się w lewo, ale nie mogąc znaleźć niczego, na czym mógłby wyładować frustrację, wciągnął głęboko powietrze zmuszony do opanowania swojego gniewu.
- Typ nie żyje od dziesięcioleci, gdzie znajdę taką drugą podpisaną przez niego kartę? - westchnął, czując, że nie ma innego wyjścia, jak pogodzić się ze swoją stratą. Może nie był jakimś fanatykiem czarodziejskich kart z czekoladowych żab, ale interesował się tymi przedstawiającymi graczy Quidditcha, zaś karta z Lllewellynem służyła mu za talizman. Będzie musiał znaleźć jakąś inną do zajęcia wolnego miejsca w portfelu. - No ale mogło być gorzej. Ważne, że jesteśmy cali - spróbował pocieszyć samego siebie i przy okazji Selwyna. Na szczęście jego kompan zaproponował coś, co pocieszało dużo lepiej niż wszystkie słowa świata. Wprawdzie Barker nie miał całkowicie wolnego wieczoru, bo następnego dnia czego go kolejny trening, ale nie oznaczało to, że odpuści. Na kacu też da się latać na miotle.
- O szóstej kończę trening, a później jestem cały do twojej dyspozycji. Tylko się przygotuj, bo na jednej kolejce się nie skończy - ostrzegł Hannibala. Gdy Leo pił, to konkretnie.