Czy taką temperaturę mają palce kostuchy? Zastanowił się Morpheus, gdy Lyssa dotknęła jego ramienia. Tak bardzo chciał zobaczyć w dziewczęciu nową osobę, poznać ją i stworzyć w głowie portret odseparowany od tego należącego do jej ojca. Na razie jednak nie było to takie proste, gdy nosiła rysy jego twarzy, gdy zauważał w jej gestach jego gęsty. Gdyby zamknął oczy, mógłby nawet pomyśleć, że stoi z nim pod ramię, ale podarował sobie takie głupoty. Pociąg odjechał mu z peronu już jakiś czas temu, ale nie aż tak daleko.
Musiał pielęgnować w duszy, że umarł jego bóg i już nie ma dla niego dobrej miłości.
Zatrzepotał nagle rzęsami, jakby nagle ktoś zdmuchnął z niego pył sennych maków i rozbudził go.
— Chyba będziemy konkurować o pierwsze miejsce w wielkości donacji — błysnął zębami w stronę Jonathana i przez chwilę zarówno Lyssa jak i jego przyjaciel mogli usłyszeć echo czarującego Morpheusa sprzed ogni, który zdawał się nie mieć trosk, pomimo że mówiono mu, że urodził się, aby krwawić. Dziwny, nieszkodliwy Morpheus Longbottom, w którym szalał ogień czegoś innego niż destrukcji.
— Chyba że masz jakąś konkretną sumę na myśli, Lysso. Lyssa. Lyssa. — powtórzył trzykrotnie jej imię, jakby coś sprawdzał, zawsze wypowiadając je nieco inaczej, raz jak Lorien, gdy ich przedstawiała na Lammas, raz jak Jonathan. I ostatni, jakby po swojemu, ale w sposób znajomy dla jej ucha, znana melodia, ale powinno tam paść inne słowo, inne litery, ciepłe, okrągłe. — To twoje pełne imię czy skrót od czegoś?
Rzeczywiście nie wiedział.
Mówiąc to, przyglądał się darczyńcom, którzy składali deklaracje przed nimi, robiąc to samo, co Jonathan, próbując określić, co będzie uznane za hojny, szczodry dar.
Percepcja ◉◉◉◉◉: Chcę zobaczyć to samo, co Jonathan, czy potrafię określić ile wpłacić, żeby było uznane za dużo i robiło efekt.
Sukces!