26.09.2025, 13:35 ✶
Oczywiście, że gdyby nie było to tak nielogicznym, a może wręcz nawet absurdalnym posunięciem, chciałby zamieszkać stosunkowo blisko Doliny Godryka. Może nie w samym miasteczku, nie ciągnęło go bezpośrednio do centrum tego miejsca, lecz z pewnością stosunkowo niedaleko Kniei i wrzosowisk tuż pod lasem. To w tych okolicach został przecież wychowany i to z nimi od wieków była powiązana jego rodzina. Nie był jednak całkowicie zafiksowany na wizji wychowania dzieci w tym samym miejscu, w którym on spędził własną młodość. Nie, gdy to już nie była ta sama Dolina. Nie, gdy to już nie była ta sama Knieja.
Mógł chcieć w dalszym ciągu angażować się w sprawy, w których Ministerstwo zdecydowanie ponosiło sromotną klęskę (choć raczej po prostu nie próbowało nic robić; takie było jego zdanie), ale nigdy nie poświęciłby życia i dobra najbliższych dla idei. Własne też zresztą musiał obecnie w szerszym stopniu brać pod uwagę. W końcu wszystko sprowadzało się do tego, że byli teraz razem, we dwoje, wkrótce we troje. Całe szczęście, nie czworo, jak Geraldine usiłowała go wkręcać. Nie mógł powiedzieć, że w żadnym stopniu mu nie ulżyło.
Jasne, poradziliby sobie i z tym. To nie było znowu nic wyjątkowo szczególnego, a jednak zdecydowanie łatwiej było mu przyzwyczaić się do tej świadomości, że za kilka miesięcy pojawi się jeden ktoś, kto będzie od nich obojga zależny. To było wystarczające. Ta świadomość konieczności zmiany nawyków, aby zająć się kimś całkowicie bezbronnym, kto zdecydowanie nie prosił się na ten świat. To, że coś w ich życiu zmieni się tak bardzo, że nawet jego najtwardsze przyzwyczajenia mogą nie przetrwać. I nie powinny. Przynajmniej niektóre.
Dopiero uczył się przyjmować to za oczywistość. Każda wzmianka o ich nowej sytuacji niosła ze sobą nową falę niedowierzania podszytego ciepłem, lecz także wieloma różnorodnymi myślami. Wiedział, że dadzą sobie radę, ale...
...cholera, mieli sam środek magicznej wojny. I byli w niej bardziej umoczeni niż chcieli być. Nie mogli dłużej pozostawać całkowicie neutralni. To natomiast oznaczało naprawdę liczne zagrożenia, jakie czekały już nie tylko na ich dwoje.
Jeszcze przez chwilę w ciszy przyglądał się dziewczynie, pozwalając, by jej słowa swobodnie zawładnęły przestrzenią, zanim z jej ust padła ta konkretna odpowiedź. Uniósł brwi, przekrzywiając głowę, kiedy stwierdziła z pełnym przekonaniem, że pąkel okaże się dziewczynką. Miał wrażenie, że powietrze między nimi zadrgało od tego jednego, prostego zdania. Od tej pewności, którą wypowiedziała jakby mimochodem, nieświadomie. Córka. Nazwała dziecko nią.
Zawiesił na niej spojrzenie, trochę dłużej niż zwykle. Uśmiechnął się pod nosem, prawie niezauważalnie, mrużąc oczy i wodząc wzrokiem po jej profilu, jakby tym jednym ruchem chciał wyłapać, czy była to intuicja, czy prowokacja do pytań z jego strony albo upomnienie go, że w dalszym ciągu na tyle dużo pracował, że ominął jakąś wizytę u uzdrowiciela (chociaż raczej był przekonany, że tego nie zrobił, bo zdecydowanie by o tym pamiętał!), czy może jeszcze coś innego. Próbował zrozumieć, czy rzeczywiście usłyszał coś, czego powinien dowiedzieć się dopiero później. Wtedy, gdy byliby razem u właściwego, wykwalifikowanego medyka lub raczej to on przybyłby do nich na prywatną wizytę.
Przesunął spojrzenie z twarzy Geraldine na jej dłonie, a potem znów wrócił do oczu dziewczyny, szukając tam czegoś więcej niż słów, które wypowiedziała na głos. Jakiegoś niewerbalnego przekazu. Płeć dziecka pozostawała dla niego tajemnicą, czymś odległym i mglistym, a tymczasem Rina mówiła o niej tak, jakby już widziała ją biegającą po ogrodzie. Nie miał pewności, czy to instynkt, przeczucie, czy kolejna z rzeczy, w których jego narzeczona zawsze była o krok przed nim.
- Hm? - Zmrużył lekko oczy, udając, że ocenia ton Riny, nie zaś to, co właśnie mu wyznała. - Więc już masz pewność? - Spytał przekornie, choć w jego głosie nie brzmiała ani kpina, ani zwątpienie, a raczej rodzaj ciekawości, pod którą kryła się zgoda na to, że Geraldine faktycznie mogła wiedzieć wcześniej niż on.
Nie był przecież w stanie tego zanegować, ona często wiedziała wcześniej. Tylko skąd?
- Ona, tak? - Mruknął, pozwalając, by w tym jednym słowie zabrzmiała nuta przekory. - Jeśli mam zgadywać, dostanie po tobie więcej uporu niż świat zdoła unieść, więc faktycznie. Urodzi się w najbardziej odpowiednim momencie... ...dla niej, nie dla nas - podkreślił.
Nie brzmiał na zaskoczonego. Raczej na kogoś, kto dopiero przyglądał się nowej perspektywie, układając ją w sobie kawałek po kawałku.
Nie miałby nic przeciwko. Właściwie to wcale nie byłby rozczarowany, gdyby ich pierwsze dziecko okazało się dziewczynką. Nie chodziło przecież o płeć pąkla. Chodziło o to, że w ogóle mieli na kogo czekać. Był świadomy, że jeszcze kilka miesięcy dzieliło ich od tego momentu, ale jego myśli powoli zaczynały wypełniać się wizjami przyszłości. Ślub, dom, dziecko. Rzeczy, które brzmiały tak stabilnie, że aż absurdalnie normalnie, a jednocześnie były dla niego zupełnie nowe. Paradoksalnie, dla Ambroisa nie było w tym nic oczywistego, żadnej rutyny, do której zdążyłby się przyzwyczaić. Wszystko działo się samo, chaotycznie i nagle. Kilka mrugnięć oka i spodziewali się potomstwa, organizując ślub i kupując chatę.
Syn byłby dziedzicem, ale córka... ...córka była kimś, kto w jego oczach wydawał się bardziej naturalnym pragnieniem Geraldine, przynajmniej na ten moment. Cichym i głęboko skrywanym. A może właśnie nie? Może wyjątkowo pasującym do kogoś, ponad kogo Jennifer zawsze wybierała braci? Może nawet mimowolnym, samoistnym sprzeciwem wobec oczekiwań, jakie przez całe życie kładła na niej matka. Najważniejsza, upragniona córka. Dziedziczka. Oczko w głowie. Tak czy siak, jego narzeczona wyglądała na zadowoloną z tej myśli. Kimże byłby, aby nagle zaczynać rozwodzić się nad zaletami pierworodnego, nie pierworodnej. I tak nie mieli na to żadnego wpływu. Najważniejsze, że mieli być szczęśliwi.
Gdy Geraldine wspomniała o Fabianie i szczeniaku, przekorny uśmiech zatańczył w kącikach jego ust, chociaż Roise jeszcze przez moment zachował powagę. Oczywiście, że najpierw pomyślała o dziecku Corneliusa, a dopiero później o tym, kto będzie musiał sprzątać po zwierzęciu. Ten dość szalony i zupełnie w jej stylu pomysł sprawił, że Ambroise przez moment niemal bardzo jaskrawo zobaczył całą scenę...
...roziskrzone oczy chrześniaka, a potem drugi pies z różową kokardą i nieszczęśnik Benjy, postawiony przed faktem dokonanym. Westchnął, przejeżdżając dłonią po karku. Wiedział, że Rina naprawdę to zrobi. Widział już w jej oczach tę iskrę. Nie było wątpliwości, że uważała to za najlepsze rozwiązanie. Miała plan. Zawsze miała plan. Tym razem też: postawić wszystkich przed faktem dokonanym. Podrzucić im psy i zniknąć zanim zdążą się sprzeciwić.
- On nigdy ci tego nie daruje - zauważył półgłosem.
Niby, żeby sprowadzić ją na ziemię, jednak w jego tonie pobrzmiewała nuta rozbawienia, a w oczach Greengrassa pojawił się charakterystyczny błysk.
- Ale Fabian na pewno będzie w euforii - przyznał po chwili z lekkością, zgadzając się z wizją dziewczyny.
Znał ją zbyt dobrze, by wierzyć, że ktokolwiek mógłby odwieść ją od takiego planu. Oczywiście, że Corio wyśle im rachunki za swoje podłogi. Oczywiście, że Benjy nie będzie miał wyjścia. Już to widział, niemal tak wyraźnie, jakby cała scena właśnie rozgrywała się tuż przed nim. Nie musiał być jasnowidzem.
- Wiem. Kokarda natomiast, jaka by nie była, to chyba najmniej subtelny sposób, żeby ukryć swoje sprawstwo - rzucił bez próby zniechęcania. - Jeśli chcesz, żeby się nie domyślił, to raczej słaby kamuflaż - przeniósł ciężar ciała, opierając się wygodniej, rozluźniając ramiona, aby zasugerować, że mimo tego wszystkiego, sam również uważał to to za problem dopiero na później, nie na teraz.
Mógł chcieć w dalszym ciągu angażować się w sprawy, w których Ministerstwo zdecydowanie ponosiło sromotną klęskę (choć raczej po prostu nie próbowało nic robić; takie było jego zdanie), ale nigdy nie poświęciłby życia i dobra najbliższych dla idei. Własne też zresztą musiał obecnie w szerszym stopniu brać pod uwagę. W końcu wszystko sprowadzało się do tego, że byli teraz razem, we dwoje, wkrótce we troje. Całe szczęście, nie czworo, jak Geraldine usiłowała go wkręcać. Nie mógł powiedzieć, że w żadnym stopniu mu nie ulżyło.
Jasne, poradziliby sobie i z tym. To nie było znowu nic wyjątkowo szczególnego, a jednak zdecydowanie łatwiej było mu przyzwyczaić się do tej świadomości, że za kilka miesięcy pojawi się jeden ktoś, kto będzie od nich obojga zależny. To było wystarczające. Ta świadomość konieczności zmiany nawyków, aby zająć się kimś całkowicie bezbronnym, kto zdecydowanie nie prosił się na ten świat. To, że coś w ich życiu zmieni się tak bardzo, że nawet jego najtwardsze przyzwyczajenia mogą nie przetrwać. I nie powinny. Przynajmniej niektóre.
Dopiero uczył się przyjmować to za oczywistość. Każda wzmianka o ich nowej sytuacji niosła ze sobą nową falę niedowierzania podszytego ciepłem, lecz także wieloma różnorodnymi myślami. Wiedział, że dadzą sobie radę, ale...
...cholera, mieli sam środek magicznej wojny. I byli w niej bardziej umoczeni niż chcieli być. Nie mogli dłużej pozostawać całkowicie neutralni. To natomiast oznaczało naprawdę liczne zagrożenia, jakie czekały już nie tylko na ich dwoje.
Jeszcze przez chwilę w ciszy przyglądał się dziewczynie, pozwalając, by jej słowa swobodnie zawładnęły przestrzenią, zanim z jej ust padła ta konkretna odpowiedź. Uniósł brwi, przekrzywiając głowę, kiedy stwierdziła z pełnym przekonaniem, że pąkel okaże się dziewczynką. Miał wrażenie, że powietrze między nimi zadrgało od tego jednego, prostego zdania. Od tej pewności, którą wypowiedziała jakby mimochodem, nieświadomie. Córka. Nazwała dziecko nią.
Zawiesił na niej spojrzenie, trochę dłużej niż zwykle. Uśmiechnął się pod nosem, prawie niezauważalnie, mrużąc oczy i wodząc wzrokiem po jej profilu, jakby tym jednym ruchem chciał wyłapać, czy była to intuicja, czy prowokacja do pytań z jego strony albo upomnienie go, że w dalszym ciągu na tyle dużo pracował, że ominął jakąś wizytę u uzdrowiciela (chociaż raczej był przekonany, że tego nie zrobił, bo zdecydowanie by o tym pamiętał!), czy może jeszcze coś innego. Próbował zrozumieć, czy rzeczywiście usłyszał coś, czego powinien dowiedzieć się dopiero później. Wtedy, gdy byliby razem u właściwego, wykwalifikowanego medyka lub raczej to on przybyłby do nich na prywatną wizytę.
Przesunął spojrzenie z twarzy Geraldine na jej dłonie, a potem znów wrócił do oczu dziewczyny, szukając tam czegoś więcej niż słów, które wypowiedziała na głos. Jakiegoś niewerbalnego przekazu. Płeć dziecka pozostawała dla niego tajemnicą, czymś odległym i mglistym, a tymczasem Rina mówiła o niej tak, jakby już widziała ją biegającą po ogrodzie. Nie miał pewności, czy to instynkt, przeczucie, czy kolejna z rzeczy, w których jego narzeczona zawsze była o krok przed nim.
- Hm? - Zmrużył lekko oczy, udając, że ocenia ton Riny, nie zaś to, co właśnie mu wyznała. - Więc już masz pewność? - Spytał przekornie, choć w jego głosie nie brzmiała ani kpina, ani zwątpienie, a raczej rodzaj ciekawości, pod którą kryła się zgoda na to, że Geraldine faktycznie mogła wiedzieć wcześniej niż on.
Nie był przecież w stanie tego zanegować, ona często wiedziała wcześniej. Tylko skąd?
- Ona, tak? - Mruknął, pozwalając, by w tym jednym słowie zabrzmiała nuta przekory. - Jeśli mam zgadywać, dostanie po tobie więcej uporu niż świat zdoła unieść, więc faktycznie. Urodzi się w najbardziej odpowiednim momencie... ...dla niej, nie dla nas - podkreślił.
Nie brzmiał na zaskoczonego. Raczej na kogoś, kto dopiero przyglądał się nowej perspektywie, układając ją w sobie kawałek po kawałku.
Nie miałby nic przeciwko. Właściwie to wcale nie byłby rozczarowany, gdyby ich pierwsze dziecko okazało się dziewczynką. Nie chodziło przecież o płeć pąkla. Chodziło o to, że w ogóle mieli na kogo czekać. Był świadomy, że jeszcze kilka miesięcy dzieliło ich od tego momentu, ale jego myśli powoli zaczynały wypełniać się wizjami przyszłości. Ślub, dom, dziecko. Rzeczy, które brzmiały tak stabilnie, że aż absurdalnie normalnie, a jednocześnie były dla niego zupełnie nowe. Paradoksalnie, dla Ambroisa nie było w tym nic oczywistego, żadnej rutyny, do której zdążyłby się przyzwyczaić. Wszystko działo się samo, chaotycznie i nagle. Kilka mrugnięć oka i spodziewali się potomstwa, organizując ślub i kupując chatę.
Syn byłby dziedzicem, ale córka... ...córka była kimś, kto w jego oczach wydawał się bardziej naturalnym pragnieniem Geraldine, przynajmniej na ten moment. Cichym i głęboko skrywanym. A może właśnie nie? Może wyjątkowo pasującym do kogoś, ponad kogo Jennifer zawsze wybierała braci? Może nawet mimowolnym, samoistnym sprzeciwem wobec oczekiwań, jakie przez całe życie kładła na niej matka. Najważniejsza, upragniona córka. Dziedziczka. Oczko w głowie. Tak czy siak, jego narzeczona wyglądała na zadowoloną z tej myśli. Kimże byłby, aby nagle zaczynać rozwodzić się nad zaletami pierworodnego, nie pierworodnej. I tak nie mieli na to żadnego wpływu. Najważniejsze, że mieli być szczęśliwi.
Gdy Geraldine wspomniała o Fabianie i szczeniaku, przekorny uśmiech zatańczył w kącikach jego ust, chociaż Roise jeszcze przez moment zachował powagę. Oczywiście, że najpierw pomyślała o dziecku Corneliusa, a dopiero później o tym, kto będzie musiał sprzątać po zwierzęciu. Ten dość szalony i zupełnie w jej stylu pomysł sprawił, że Ambroise przez moment niemal bardzo jaskrawo zobaczył całą scenę...
...roziskrzone oczy chrześniaka, a potem drugi pies z różową kokardą i nieszczęśnik Benjy, postawiony przed faktem dokonanym. Westchnął, przejeżdżając dłonią po karku. Wiedział, że Rina naprawdę to zrobi. Widział już w jej oczach tę iskrę. Nie było wątpliwości, że uważała to za najlepsze rozwiązanie. Miała plan. Zawsze miała plan. Tym razem też: postawić wszystkich przed faktem dokonanym. Podrzucić im psy i zniknąć zanim zdążą się sprzeciwić.
- On nigdy ci tego nie daruje - zauważył półgłosem.
Niby, żeby sprowadzić ją na ziemię, jednak w jego tonie pobrzmiewała nuta rozbawienia, a w oczach Greengrassa pojawił się charakterystyczny błysk.
- Ale Fabian na pewno będzie w euforii - przyznał po chwili z lekkością, zgadzając się z wizją dziewczyny.
Znał ją zbyt dobrze, by wierzyć, że ktokolwiek mógłby odwieść ją od takiego planu. Oczywiście, że Corio wyśle im rachunki za swoje podłogi. Oczywiście, że Benjy nie będzie miał wyjścia. Już to widział, niemal tak wyraźnie, jakby cała scena właśnie rozgrywała się tuż przed nim. Nie musiał być jasnowidzem.
- Wiem. Kokarda natomiast, jaka by nie była, to chyba najmniej subtelny sposób, żeby ukryć swoje sprawstwo - rzucił bez próby zniechęcania. - Jeśli chcesz, żeby się nie domyślił, to raczej słaby kamuflaż - przeniósł ciężar ciała, opierając się wygodniej, rozluźniając ramiona, aby zasugerować, że mimo tego wszystkiego, sam również uważał to to za problem dopiero na później, nie na teraz.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down