27.09.2025, 16:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2025, 16:11 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.
Powód edycji: zapomniałam o rzucie xd
)
Z Geraldine: przekąski ⇢ zbiórka ⇢ kawałek dalej
Roise uśmiechnął się pod nosem, kiedy Rina bez najmniejszego zawahania przejęła talerzyk i od razu zaczęła nakładać sobie mięsne przekąski. Niemal niezauważalnie uniósł brew, przyglądając się dziewczynie z rozbawieniem, gdy ta z pełną powagą analizowała zawartość srebrnych półmisków.
- Mięsne jak się patrzy - mruknął pod nosem.
Nie zdążył dodać nic więcej, bo nad ich głowami pojawiły się zawieszone w powietrzu stoły. Ambroise zmrużył oczy, obserwując, jak efektownie lądują kawałek dalej. Był to zgrabny pokaz zaklęć, choć sam nie do końca widział w tym sens. Poza tym, słodkości nie przyciągały go tak bardzo, aby czuł pilną potrzebę udania się w tamtym kierunku. Mimo to, kiwnął głową w wyrazie uznania, zamierzając przyjrzeć się im później. Nie należał do ludzi szczególnie wrażliwych na sztukę teatralną, a już tym bardziej na cukierniczą, nie przepadając za słodkim, lecz dzisiejszy wieczór wymagał od niego odpowiedniej postawy.
- Oczywiście, chodźmy - kiwnął głową, aprobując sugestię Riny.
Ruszyli dalej. Z przyzwyczajenia przesunął palcami po mankiecie, upewniając się, że złote spinki leżą idealnie, po czym strzepnął kilka niewidocznych paproszków, znów zerkając na Geraldine. Jednocześnie odsunął się pół kroku, aby zrobić jej miejsce przy osobie zbierającej datki. Gdy przyszła kolej na niego, bez zawahania przekazał odpowiednią kwotę. Wystarczająco wysoką, by nikt nie posądził go o skąpstwo, lecz i nie tak zawrotną, żeby wyglądał, jakby próbował prześcignąć małżonkę.
Lubił rywalizację, ale nie taką. Prócz tego, wiedział, że nie chodziło wyłącznie o same pieniądze, lecz również o obraz, jaki pozostawią w pamięci innych. Różnica w kwotach między nimi była oczywista, lecz w jego wykonaniu miała wyglądać na zamierzoną.
Wiedział, co swego czasu gadano o specyfice ich relacji. Podejścia ich rodów do świata, szczególnie do kwestii natury różniły się diametralnie. Więc o co rzekomo mogło chodzić? Zwłaszcza dla obcych? O pieniądze. Yaxleyowie bez wątpienia mieli ich więcej. Tym samym w tej chwili podkreślał, że nikt tu na nikim się nie dorabiał.
Gdy odsunęli się od kwestarza i odeszli na bok, przechylił lekko głowę w stronę towarzyszki, przyglądając się, jak Geraldine lustruje otoczenie. W jej spojrzeniu widać było łowcę. Kogoś, kto czerpał przyjemność z obserwacji. On też zaczął wypatrywać dalszych punktów zaczepienia, małych przebłysków prawdy w tej grze pozorów.
- Mam tylko nadzieję, że nie znajdziesz tu jeszcze stołu z pieczonym dzikiem, bo będziemy musieli zostać do rana - mruknął, a jego lekko wymowny uśmieszek na moment rozproszył elegancką maskę.
Czuł jak w jego szarmanckim uśmiechu pojawia się cień autentycznej rozrywki. W końcu, choć teatr nie był jego domeną, bankiet po przedstawieniu potrafił być całkiem zajmującą sceną. Zwłaszcza z upływem czasu, gdy alkohol rozluźniał obyczaje.
Zatrzymał wzrok na kilku mężczyznach, których kojarzył z posiedzeń dotyczących Kniei. Mieli te same zmęczone oczy, trochę poszarzałe policzki, a jednak wciąż próbowali wyglądać na odprężonych i spokojnych. Przez moment poczuł w tym dziwną ironię: sztuka, hojność, bankiety, a z tyłu głowy wciąż obraz ciągłego zastoju i niedoboru motywacji do działania.
Moment później spojrzał na dziewczynę. Mogli iść dalej. Nie zamierzał celowo zatrzymywać uwagi na tych konkretnych ludziach, ale...?
Percepcja ◉◉○○○ - na plotki
Roise uśmiechnął się pod nosem, kiedy Rina bez najmniejszego zawahania przejęła talerzyk i od razu zaczęła nakładać sobie mięsne przekąski. Niemal niezauważalnie uniósł brew, przyglądając się dziewczynie z rozbawieniem, gdy ta z pełną powagą analizowała zawartość srebrnych półmisków.
- Mięsne jak się patrzy - mruknął pod nosem.
Nie zdążył dodać nic więcej, bo nad ich głowami pojawiły się zawieszone w powietrzu stoły. Ambroise zmrużył oczy, obserwując, jak efektownie lądują kawałek dalej. Był to zgrabny pokaz zaklęć, choć sam nie do końca widział w tym sens. Poza tym, słodkości nie przyciągały go tak bardzo, aby czuł pilną potrzebę udania się w tamtym kierunku. Mimo to, kiwnął głową w wyrazie uznania, zamierzając przyjrzeć się im później. Nie należał do ludzi szczególnie wrażliwych na sztukę teatralną, a już tym bardziej na cukierniczą, nie przepadając za słodkim, lecz dzisiejszy wieczór wymagał od niego odpowiedniej postawy.
- Oczywiście, chodźmy - kiwnął głową, aprobując sugestię Riny.
Ruszyli dalej. Z przyzwyczajenia przesunął palcami po mankiecie, upewniając się, że złote spinki leżą idealnie, po czym strzepnął kilka niewidocznych paproszków, znów zerkając na Geraldine. Jednocześnie odsunął się pół kroku, aby zrobić jej miejsce przy osobie zbierającej datki. Gdy przyszła kolej na niego, bez zawahania przekazał odpowiednią kwotę. Wystarczająco wysoką, by nikt nie posądził go o skąpstwo, lecz i nie tak zawrotną, żeby wyglądał, jakby próbował prześcignąć małżonkę.
Lubił rywalizację, ale nie taką. Prócz tego, wiedział, że nie chodziło wyłącznie o same pieniądze, lecz również o obraz, jaki pozostawią w pamięci innych. Różnica w kwotach między nimi była oczywista, lecz w jego wykonaniu miała wyglądać na zamierzoną.
Wiedział, co swego czasu gadano o specyfice ich relacji. Podejścia ich rodów do świata, szczególnie do kwestii natury różniły się diametralnie. Więc o co rzekomo mogło chodzić? Zwłaszcza dla obcych? O pieniądze. Yaxleyowie bez wątpienia mieli ich więcej. Tym samym w tej chwili podkreślał, że nikt tu na nikim się nie dorabiał.
Gdy odsunęli się od kwestarza i odeszli na bok, przechylił lekko głowę w stronę towarzyszki, przyglądając się, jak Geraldine lustruje otoczenie. W jej spojrzeniu widać było łowcę. Kogoś, kto czerpał przyjemność z obserwacji. On też zaczął wypatrywać dalszych punktów zaczepienia, małych przebłysków prawdy w tej grze pozorów.
- Mam tylko nadzieję, że nie znajdziesz tu jeszcze stołu z pieczonym dzikiem, bo będziemy musieli zostać do rana - mruknął, a jego lekko wymowny uśmieszek na moment rozproszył elegancką maskę.
Czuł jak w jego szarmanckim uśmiechu pojawia się cień autentycznej rozrywki. W końcu, choć teatr nie był jego domeną, bankiet po przedstawieniu potrafił być całkiem zajmującą sceną. Zwłaszcza z upływem czasu, gdy alkohol rozluźniał obyczaje.
Zatrzymał wzrok na kilku mężczyznach, których kojarzył z posiedzeń dotyczących Kniei. Mieli te same zmęczone oczy, trochę poszarzałe policzki, a jednak wciąż próbowali wyglądać na odprężonych i spokojnych. Przez moment poczuł w tym dziwną ironię: sztuka, hojność, bankiety, a z tyłu głowy wciąż obraz ciągłego zastoju i niedoboru motywacji do działania.
Moment później spojrzał na dziewczynę. Mogli iść dalej. Nie zamierzał celowo zatrzymywać uwagi na tych konkretnych ludziach, ale...?
Percepcja ◉◉○○○ - na plotki
Rzut N 1d100 - 51
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down