28.09.2025, 00:21 ✶
Razem z Lorien Mulciber opuszczamy balkon i podchodzimy do samotnej Philomeny Mulciber przy stole, przy którym dokonuje się darowizn.
Nie wiedzieć czemu, wróciło do niego nagle wspomnienie rozmowy, jaką odbyli niedawno w ministerialnych murach. "Gdzie kończy się człowieczeństwo, panie Moody?", spytała go wtedy. Wszystkie te wielkopańskie przyjęcia przypominały mu o opisach uczty Trymalchiona przytaczanych przez Petroniusza na łamach Satyryk. Demoralizacja godna rzymskich elit za panowania Nerona. W tym świecie nikt nie chciał być człowiekiem. Nikt nie był człowiekiem. W świecie wyższych sfer było to niemodnym.
Modnymi były natomiast rękawiczki Lorien, które bez słowa wyciągnęła z trzymanej na podołku torebki.
Zdążył ją poznać na tyle dobrze, żeby w zaciśniętych ustach dostrzec wyraz determinacji. Bardziej niż kiedykolwiek przypominała mu teraz ptaka. Wiedział przecież o jej klątwie, jak wszyscy. Pneumatyczne kości, z przestrzeniami wypełnionymi powietrzem, ażurowa, ptasia konstytucja... Wyczerpującym był eliksirowy reżim, którego trzymała się od czasu ostatniej przemiany, aby utrzymać pozory człowieczeństwa. Czymże była wobec tego ta jedna noc? Ta jedna noc, kiedy zdawałoby się, że każdy, na kogo by nie spojrzał Aaron, udaje kogoś, kim nie jest? Zachowanie pozorów było tak łatwe, jak włożenie rękawiczek. Czemu więc Lorien Mulciber zdawała się... Rozżaloną? Przecież sama mówiła, że musi przyjść tutaj choćby po to, aby sprawiać pozory niewzruszonej atakiem.
Czemu tak bardzo martwiła się o to, czy wciąż jest człowiekiem?
Wiedział, ile kosztuje ją udawanie, że jest w pełni sprawna. Zastanawiał się, czy inni tego nie widzą, czy zwyczajnie nie chcą widzieć. A potem przypominał sobie, że Aaron Moody był w tym po prostu dobry. W wyczuwaniu słabości innych. W przewidywaniu do czego są zdolni. Miał instynkt do ludzi. Wiedział, że jego instynkt nie mylił się i w tym przypadku.
Przesunął rękę na wysokość talii Lorien, przytrzymując kobietę delikatnie, gdy pomagał jej zsunąć się z poręczy kamiennej balustrady. Prostym skinięciem głowy nakazał jej przedtem oprzeć się o jego ramiona, a może opleść dłońmi wokół szyi... Wyszło jednak w sumie tak, że zwyczajnie ją podniósł i postawił z powrotem na ziemię, przerywając w połowie ceremoniał nakładania rękawiczek. Bez zbędnych ceregieli, nie tak jak w domu, gdy pozwolił jej w nieskończoność stroszyć piórka przed lustrem. Bo Lorien może i była wilgowronem, ale gdy szykowała się na przyjęcie, bliżej jej było do sójki wybierającej się za morze. Przyjemnie było przypatrywać się wszystkim tym rozkosznie kobiecym rytuałom, których znaczenia nie pojmował. Na cóż były aurorom medale za odwagę? Nagłówki, chwalące detektywów za pomyślnie rozwiązaną sprawę? Wystarczył mu cierpki uśmiech Lorien, gdy z nieprzeniknioną miną podawał jej zawieruszoną rękawiczkę, w poszukiwaniu której przetrząsała mieszkanie, jak gdyby zguba nie leżała w zasięgu wzroku. Teraz jednak oboje musieli wejść na powrót w tryb służbowy. Tak zdecydował Aaron, zabierając dłoń z jej talii. Zatrzymał się przed wyjściem z balkonu, niby przepuszczając Lorien w drzwiach, a tak naprawdę pozwalając jej zdecydować, czy potrzebuje oprzeć się o jego ramię. Przesunął wymownie spojrzeniem po swojej marynarce, wciąż jeszcze zwieszającej się z jej wątłych ramion. A jednak nie powiedział nic.
Człowieczeństwo, pani Mulciber, kończy się za drzwiami tego balkonu.
Za drzwiami był tort, o którym Aaron pomyślał tylko, że byłoby smutno, gdyby został zatruty, bo Nora na pewno się nad nim wiele napracowała.
Nie wiedzieć czemu, wróciło do niego nagle wspomnienie rozmowy, jaką odbyli niedawno w ministerialnych murach. "Gdzie kończy się człowieczeństwo, panie Moody?", spytała go wtedy. Wszystkie te wielkopańskie przyjęcia przypominały mu o opisach uczty Trymalchiona przytaczanych przez Petroniusza na łamach Satyryk. Demoralizacja godna rzymskich elit za panowania Nerona. W tym świecie nikt nie chciał być człowiekiem. Nikt nie był człowiekiem. W świecie wyższych sfer było to niemodnym.
Modnymi były natomiast rękawiczki Lorien, które bez słowa wyciągnęła z trzymanej na podołku torebki.
Zdążył ją poznać na tyle dobrze, żeby w zaciśniętych ustach dostrzec wyraz determinacji. Bardziej niż kiedykolwiek przypominała mu teraz ptaka. Wiedział przecież o jej klątwie, jak wszyscy. Pneumatyczne kości, z przestrzeniami wypełnionymi powietrzem, ażurowa, ptasia konstytucja... Wyczerpującym był eliksirowy reżim, którego trzymała się od czasu ostatniej przemiany, aby utrzymać pozory człowieczeństwa. Czymże była wobec tego ta jedna noc? Ta jedna noc, kiedy zdawałoby się, że każdy, na kogo by nie spojrzał Aaron, udaje kogoś, kim nie jest? Zachowanie pozorów było tak łatwe, jak włożenie rękawiczek. Czemu więc Lorien Mulciber zdawała się... Rozżaloną? Przecież sama mówiła, że musi przyjść tutaj choćby po to, aby sprawiać pozory niewzruszonej atakiem.
Czemu tak bardzo martwiła się o to, czy wciąż jest człowiekiem?
Wiedział, ile kosztuje ją udawanie, że jest w pełni sprawna. Zastanawiał się, czy inni tego nie widzą, czy zwyczajnie nie chcą widzieć. A potem przypominał sobie, że Aaron Moody był w tym po prostu dobry. W wyczuwaniu słabości innych. W przewidywaniu do czego są zdolni. Miał instynkt do ludzi. Wiedział, że jego instynkt nie mylił się i w tym przypadku.
Przesunął rękę na wysokość talii Lorien, przytrzymując kobietę delikatnie, gdy pomagał jej zsunąć się z poręczy kamiennej balustrady. Prostym skinięciem głowy nakazał jej przedtem oprzeć się o jego ramiona, a może opleść dłońmi wokół szyi... Wyszło jednak w sumie tak, że zwyczajnie ją podniósł i postawił z powrotem na ziemię, przerywając w połowie ceremoniał nakładania rękawiczek. Bez zbędnych ceregieli, nie tak jak w domu, gdy pozwolił jej w nieskończoność stroszyć piórka przed lustrem. Bo Lorien może i była wilgowronem, ale gdy szykowała się na przyjęcie, bliżej jej było do sójki wybierającej się za morze. Przyjemnie było przypatrywać się wszystkim tym rozkosznie kobiecym rytuałom, których znaczenia nie pojmował. Na cóż były aurorom medale za odwagę? Nagłówki, chwalące detektywów za pomyślnie rozwiązaną sprawę? Wystarczył mu cierpki uśmiech Lorien, gdy z nieprzeniknioną miną podawał jej zawieruszoną rękawiczkę, w poszukiwaniu której przetrząsała mieszkanie, jak gdyby zguba nie leżała w zasięgu wzroku. Teraz jednak oboje musieli wejść na powrót w tryb służbowy. Tak zdecydował Aaron, zabierając dłoń z jej talii. Zatrzymał się przed wyjściem z balkonu, niby przepuszczając Lorien w drzwiach, a tak naprawdę pozwalając jej zdecydować, czy potrzebuje oprzeć się o jego ramię. Przesunął wymownie spojrzeniem po swojej marynarce, wciąż jeszcze zwieszającej się z jej wątłych ramion. A jednak nie powiedział nic.
Człowieczeństwo, pani Mulciber, kończy się za drzwiami tego balkonu.
Za drzwiami był tort, o którym Aaron pomyślał tylko, że byłoby smutno, gdyby został zatruty, bo Nora na pewno się nad nim wiele napracowała.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.