28.09.2025, 17:10 ✶
— Cokolwiek zdecydujesz, to już wiem, że będzie dobrze. Ja się nigdzie nie wybieram, więc sama na pewno nie będziesz — skwitował i przyciągnął ją bliżej do siebie tak żeby jej głowa spoczęła na jego klatce.
Mężczyzna nie wyobrażał sobie życia bez tej kobiety. Była połową jego duszy, echem myśli i serca. Każdy drobny gest, uśmiech Jolene sprawiał, że świat stawał się jaśniejszy, a problemy mniejsze. Z tego pwoodu myśl o tym, że mógłby kiedykolwiek wstać z łóżka i nie zobaczyć jej twarzy, wywoływała w nim dosłowny ból.
„W sumie czemu nie…”, te słowa brzmiały dziwnie, nie na miejscu, kiedy dotarło do niego, że rozmawiali o drugim dziecku. Julian jednak nie mógł w sobie znaleźć cienia sprzeciwu. Przynajmniej jeśli chodziło o Jolene, ponieważ była jego punktem odniesienia, stałą, która nie wymagała pytań ani wątpliwości. Który mógłby go powstrzymać, więc w istocie… czemu nie?
Jedyna czerwona lampka, obawa, gryząca i wredna niepewność, wkradła mu się do głowy. Tego samego rodzaju, która towarzyszyła mu, kiedy opiekował się jego malutką Alice. Czy był w ogóle dobrym ojcem? Czy potrafił zapewnić dziecku bezpieczeństwo, miłość i spokój, których potrzebowała? Myśl o tym ściskała mu serce, mimo że wiedział, że jego miłość do Jolene oraz Alice była bezwarunkowa.
Rozważania zakończyły się naturalnie, kiedy życie samo wprowadziło decyzję w czyn — dziewięć miesięcy później na świat przyszła druga Bletchyówna.
Mężczyzna nie wyobrażał sobie życia bez tej kobiety. Była połową jego duszy, echem myśli i serca. Każdy drobny gest, uśmiech Jolene sprawiał, że świat stawał się jaśniejszy, a problemy mniejsze. Z tego pwoodu myśl o tym, że mógłby kiedykolwiek wstać z łóżka i nie zobaczyć jej twarzy, wywoływała w nim dosłowny ból.
„W sumie czemu nie…”, te słowa brzmiały dziwnie, nie na miejscu, kiedy dotarło do niego, że rozmawiali o drugim dziecku. Julian jednak nie mógł w sobie znaleźć cienia sprzeciwu. Przynajmniej jeśli chodziło o Jolene, ponieważ była jego punktem odniesienia, stałą, która nie wymagała pytań ani wątpliwości. Który mógłby go powstrzymać, więc w istocie… czemu nie?
Jedyna czerwona lampka, obawa, gryząca i wredna niepewność, wkradła mu się do głowy. Tego samego rodzaju, która towarzyszyła mu, kiedy opiekował się jego malutką Alice. Czy był w ogóle dobrym ojcem? Czy potrafił zapewnić dziecku bezpieczeństwo, miłość i spokój, których potrzebowała? Myśl o tym ściskała mu serce, mimo że wiedział, że jego miłość do Jolene oraz Alice była bezwarunkowa.
Rozważania zakończyły się naturalnie, kiedy życie samo wprowadziło decyzję w czyn — dziewięć miesięcy później na świat przyszła druga Bletchyówna.
Koniec sesji
you've taken your rightful place
at the table of kings
at the table of kings