28.09.2025, 17:39 ✶
— Czy ty się w ogóle słyszysz? — Może i mogła spodziewać się po nim takiej ignorancji, lecz nie usunęło to rozczarowania, które dała mu w swoim głosie wyraźnie odczuć. — To kawałek czyjegoś życia.
W domku i wokół niego było cmentarnie cicho, między drzewami hulał samotny wiatr, który — całe szczęście — nie miał już wstępu do środka, od kiedy wszystkie okna Helloise wymieniła na nowe. Zebrała z podłogi szaleństwo i resztki po Spalonej Nocy. Było znów prawie przytulnie. Czarownica przywykła do tej plamy przy palenisku, która pociemniała tak, że wyglądała trochę jak czarny nalot z pleśni czy inny sympatyczny brud. Przywykła i miała to zostawić, dopóki poprzedniego wieczora nie wróciła do domu po nieco zbyt zuchwałym zbliżeniu się do Kniei — nagle zaskakująco wiele rzeczy zaczęło wydawać się jej obce i groźne.
— Człowiek cierpiał tu, wylał tyle… życia w to miejsce. Bogini wie, czy przeżył. — Obeszła plamę tak, żeby znaleźć się naprzeciwko Leviathana, plecami do ognia trzaskającego w palenisku, przy którym rzecz się wydarzyła. — Mówisz o zamienieniu czyjegoś bólu… życia… krwi… w magiczną bańkę mydlaną. — Wzięła głęboki wdech. Znajdowała się gdzieś na granicy histerii i oburzenia. — Nie chcę tu tego. Nie chcę tu tego człowieka. Bo jeśli on nie żyje…? I jego energia wróci do świata. A wróci. Nie chcę, żeby wracała tędy. Nie chcę, żeby cokolwiek tędy chodziło. — Przy ostatnich słowach aż uniosła głos. — Ani, co gorsza, zatrzymywało się, bo je znieważyłam.
Miała w niewyspanych, zmęczonych oczach ten rodzaj chorobliwego uporu, przez który trudno było się przebić, a już z pewnością nie dało się przez niego przebić racjonalnie. Nie mówiła racjonalnie, więc czemu miałaby coś racjonalnego zrozumieć?
W domku i wokół niego było cmentarnie cicho, między drzewami hulał samotny wiatr, który — całe szczęście — nie miał już wstępu do środka, od kiedy wszystkie okna Helloise wymieniła na nowe. Zebrała z podłogi szaleństwo i resztki po Spalonej Nocy. Było znów prawie przytulnie. Czarownica przywykła do tej plamy przy palenisku, która pociemniała tak, że wyglądała trochę jak czarny nalot z pleśni czy inny sympatyczny brud. Przywykła i miała to zostawić, dopóki poprzedniego wieczora nie wróciła do domu po nieco zbyt zuchwałym zbliżeniu się do Kniei — nagle zaskakująco wiele rzeczy zaczęło wydawać się jej obce i groźne.
— Człowiek cierpiał tu, wylał tyle… życia w to miejsce. Bogini wie, czy przeżył. — Obeszła plamę tak, żeby znaleźć się naprzeciwko Leviathana, plecami do ognia trzaskającego w palenisku, przy którym rzecz się wydarzyła. — Mówisz o zamienieniu czyjegoś bólu… życia… krwi… w magiczną bańkę mydlaną. — Wzięła głęboki wdech. Znajdowała się gdzieś na granicy histerii i oburzenia. — Nie chcę tu tego. Nie chcę tu tego człowieka. Bo jeśli on nie żyje…? I jego energia wróci do świata. A wróci. Nie chcę, żeby wracała tędy. Nie chcę, żeby cokolwiek tędy chodziło. — Przy ostatnich słowach aż uniosła głos. — Ani, co gorsza, zatrzymywało się, bo je znieważyłam.
Miała w niewyspanych, zmęczonych oczach ten rodzaj chorobliwego uporu, przez który trudno było się przebić, a już z pewnością nie dało się przez niego przebić racjonalnie. Nie mówiła racjonalnie, więc czemu miałaby coś racjonalnego zrozumieć?
dotknij trawy