28.09.2025, 18:08 ✶
Na balkonie z Aaronem -> potem przechodzą do Philomeny przy stole z datkami. Wpłaca.
Gdyby cofnęła się wspomnieniami do ich niedawnej rozmowy powtórzyłaby na głos to, czego mu wówczas oszczędziła. “Może powinien Pan zacząć zadawać odpowiednie pytania?”
Nie miało żadnego znaczenia gdzie kończyło się człowieczeństwo. Istotne było tylko - gdzie się ono zaczynało.
A zaczynało się tutaj - na balkonie, tak boleśnie odseparowanym od świata.
Lorien milczała, gdy zręcznie podniósł ją z kamiennej balustrady. Ale gdy jedną dłonią wciąż przytrzymywała rękawiczki i torebkę, drugą… na moment ułożyła na jego szczupłym policzku. Przesunęła palcami po chłodnej skórze Aarona, pozwalając przytrzymać się w powietrzu odrobinę dłużej. Nie za długo - ot wystarczająco na jedno czy dwa uderzenia serca. Ludzkiego czy jednak ptasiego? Nad tym się nie zastanawiała.
Mogłaby zatrzymać marynarkę. Mogłaby uparcie zacisnąć palce na ciężkim materiale, zastanawiać się czy przejdzie zapachem jaśminowych perfum, czy to raczej jej własna skóra zacznie pachnieć jak tania woda kolońska.
Mogłaby, ale nie dzisiaj. Nie tutaj.
Nie było scenariusza, w którym Mulciber wypuściłaby aurora na pożarcie w niekompletnym mundurze. Zsunęła więc z ramion marynarkę z równą pieczołowitością z jaką traktowała własną sędziowską szatę. Nie śpieszyła się. Oddała mu ją, nie prosząc o zwrot swojej spinki.
Po prostu czekała,
Słuchała przemowy dyrektora Selwyna ze swojego miejsca na progu balkonu. Nie wzniosła kieliszka do toastu, bo zostawiła go na balustradzie.
Jej wzrok powędrował w stronę Samanthy, ale nie zamierzała konkurować z kuzynem w zawodach na podlizywanie się Crouchowej. To byłoby poniżej wszelkiej godności. Przyjęcia były wbrew pozorom jednym z gorszych momentów do załatwiania służbowych spraw.
Ale fakt faktem ucha nasza sędzia nadstawiła licząc, że uda jej się coś na temat Roberta podsłuchać.
Rzut na percepcję (plotki)
Powiodła znudzonym spojrzeniem po reszcie zebranego towarzystwa. Przez moment wydawała się nawet zainteresowana suto zastawionymi stołami i przepięknym tortem. Może nawet by zjadła kawałek? Albo chociaż wygrzebałaby ze środka wiśnie. W drogich tortach z reguły były wiśnie. Przechyliła głowę w ptasim ruchu.
Ciekawe czy resztki ze stołu też spadną na talerzyki pracowników jak psom do misek.
Ujęła Aarona pod ramię i był to jedyny akt buntu na jaki się zdobyła. Za to i tak zostaną rozliczeni, więc równie dobrze mogła sobie pozwolić na odciążenie nogi. Trzeba było zostawić siłę na ostatni taniec.
Omijając wszelkie kółeczka wzajemnej politycznej i prywatnej adoracji, witając się jednak grzecznie jeśli ktoś uznał za odpowiednie ją zaczepić - wreszcie dotarła do stołu z datkami. I stojącej tam Philomeny.
Ostatecznie wpłaciła na tyle, żeby za sprawą magicznych cegiełek pojawiły się charakterystyczne krużganki budynku. Czy było to więcej niż dwie wieże Elliotta?
Może tak, może nie. Nie zamierzała jednak zadręczać pytaniami pracownika teatru. I tak wyglądał na wykończonego.
- Nie wzbraniaj się dobrze czynić potrzebującemu, gdy stać cię na to, aby dobrze czynić.- Wyrecytowała, stając już całkiem samodzielnie przy babce Mulciber. Zdążyła się wyplątać spod ramienia aurora, podczas wypisywania czeku. - Zwyczajem jest wybijać nazwiska darczyńców na murach wzniesionych przezeń katedr. Mam nadzieję, że The Globe nie zapomni o szczodrości Mulciberów.
Lepsze to niż kolejna afera z fundacją. - chciała dodać. Ugryzła się w język. To nie był czas i miejsce na wypominanie nieobecnym ich błędów.
Gdyby cofnęła się wspomnieniami do ich niedawnej rozmowy powtórzyłaby na głos to, czego mu wówczas oszczędziła. “Może powinien Pan zacząć zadawać odpowiednie pytania?”
Nie miało żadnego znaczenia gdzie kończyło się człowieczeństwo. Istotne było tylko - gdzie się ono zaczynało.
A zaczynało się tutaj - na balkonie, tak boleśnie odseparowanym od świata.
Lorien milczała, gdy zręcznie podniósł ją z kamiennej balustrady. Ale gdy jedną dłonią wciąż przytrzymywała rękawiczki i torebkę, drugą… na moment ułożyła na jego szczupłym policzku. Przesunęła palcami po chłodnej skórze Aarona, pozwalając przytrzymać się w powietrzu odrobinę dłużej. Nie za długo - ot wystarczająco na jedno czy dwa uderzenia serca. Ludzkiego czy jednak ptasiego? Nad tym się nie zastanawiała.
Mogłaby zatrzymać marynarkę. Mogłaby uparcie zacisnąć palce na ciężkim materiale, zastanawiać się czy przejdzie zapachem jaśminowych perfum, czy to raczej jej własna skóra zacznie pachnieć jak tania woda kolońska.
Mogłaby, ale nie dzisiaj. Nie tutaj.
Nie było scenariusza, w którym Mulciber wypuściłaby aurora na pożarcie w niekompletnym mundurze. Zsunęła więc z ramion marynarkę z równą pieczołowitością z jaką traktowała własną sędziowską szatę. Nie śpieszyła się. Oddała mu ją, nie prosząc o zwrot swojej spinki.
Po prostu czekała,
Słuchała przemowy dyrektora Selwyna ze swojego miejsca na progu balkonu. Nie wzniosła kieliszka do toastu, bo zostawiła go na balustradzie.
Jej wzrok powędrował w stronę Samanthy, ale nie zamierzała konkurować z kuzynem w zawodach na podlizywanie się Crouchowej. To byłoby poniżej wszelkiej godności. Przyjęcia były wbrew pozorom jednym z gorszych momentów do załatwiania służbowych spraw.
Ale fakt faktem ucha nasza sędzia nadstawiła licząc, że uda jej się coś na temat Roberta podsłuchać.
Rzut na percepcję (plotki)
Rzut Z 1d100 - 53
Sukces!
Sukces!
Powiodła znudzonym spojrzeniem po reszcie zebranego towarzystwa. Przez moment wydawała się nawet zainteresowana suto zastawionymi stołami i przepięknym tortem. Może nawet by zjadła kawałek? Albo chociaż wygrzebałaby ze środka wiśnie. W drogich tortach z reguły były wiśnie. Przechyliła głowę w ptasim ruchu.
Ciekawe czy resztki ze stołu też spadną na talerzyki pracowników jak psom do misek.
Ujęła Aarona pod ramię i był to jedyny akt buntu na jaki się zdobyła. Za to i tak zostaną rozliczeni, więc równie dobrze mogła sobie pozwolić na odciążenie nogi. Trzeba było zostawić siłę na ostatni taniec.
Omijając wszelkie kółeczka wzajemnej politycznej i prywatnej adoracji, witając się jednak grzecznie jeśli ktoś uznał za odpowiednie ją zaczepić - wreszcie dotarła do stołu z datkami. I stojącej tam Philomeny.
Ostatecznie wpłaciła na tyle, żeby za sprawą magicznych cegiełek pojawiły się charakterystyczne krużganki budynku. Czy było to więcej niż dwie wieże Elliotta?
Może tak, może nie. Nie zamierzała jednak zadręczać pytaniami pracownika teatru. I tak wyglądał na wykończonego.
- Nie wzbraniaj się dobrze czynić potrzebującemu, gdy stać cię na to, aby dobrze czynić.- Wyrecytowała, stając już całkiem samodzielnie przy babce Mulciber. Zdążyła się wyplątać spod ramienia aurora, podczas wypisywania czeku. - Zwyczajem jest wybijać nazwiska darczyńców na murach wzniesionych przezeń katedr. Mam nadzieję, że The Globe nie zapomni o szczodrości Mulciberów.
Lepsze to niż kolejna afera z fundacją. - chciała dodać. Ugryzła się w język. To nie był czas i miejsce na wypominanie nieobecnym ich błędów.