28.09.2025, 19:22 ✶
Nie reagowała tak na co dzień. Każdego innego dnia miałaby dla niego pełen wyższości i przekonania o własnej racji uduchowiony wykład o balansie wszechrzeczy, wszechświatów i energii. Coś niewiele bardziej racjonalnego w treści od wygłoszonego wcześniej monologu, lecz o wiele bardziej zrównoważonego w formie przekazu. W klimacie tej jej typowej mieszaniny sennej duchowości i głębokich zachwytów oraz melancholii wyłonionych z refleksji nad urojonym porządkiem świata.
Gdy tymczasem Leviathan pochylał się nad jej plamą obojętnie nieporuszony, Helloise odchodziła powoli od zmysłów — o ile wciąż można było powiedzieć, że się ich trzymała. Od czasu Spalonej Nocy nie potrafiła odnaleźć spokoju dla nieustannie szarpanych nerwów, płynęła z jednej obsesji w drugą, zacierał się jej przed oczami obiektywny obraz sytuacji. Każde słowo jego kpiny zaś bujało huśtawką jej nastroju tylko mocniej i mocniej.
— Przestań. — Wymijając pochylonego Leviathana, dłonią zaciśniętą w pięść walnęła go bezsilnie w łopatkę. Nieszczególnie mocno, tyle tylko żeby poczuł na własnej skórze jej frustrację. — Przestań — powtórzyła, dreptając po kuchni bez celu innego niż wyładowanie nadmiaru emocji. — Dotychczasowe leżenie… kiedy miałam to zrobić? Tyle dni chodziło mi po domu… po domu… coś. Coś chodziło mi po domu. Potem naprawiałam te przeklęte okna. Potem… — Westchnęła, poddając wyliczankę. Cokolwiek to było dzień wcześniej. Cokolwiek to było.
Usiadła przy stole kuchennym, gdzie czekała na nią czarka pełna ziołowego naparu. W założeniu na uspokojenie, ale — Bogini świadkiem — żadne ziółka dawno nie pomagały. Nie to ją trzymało.
— Nie możesz go… po prostu wyjąć? — zapytała zrezygnowana, po czym upiła nerwowo łyk wciąż zbyt gorącego napoju. — Oddzielić krew od drewna, kawałek po kawałku i zabrać go gdzieś? Nie wiem, Levi. — Odstawiła parzące w palce naczynie. — Nie wiem. Ty z nas dwojga skończyłeś szkołę i umiesz takie rzeczy. Zrób użytek z mądrej główki.
Gdy tymczasem Leviathan pochylał się nad jej plamą obojętnie nieporuszony, Helloise odchodziła powoli od zmysłów — o ile wciąż można było powiedzieć, że się ich trzymała. Od czasu Spalonej Nocy nie potrafiła odnaleźć spokoju dla nieustannie szarpanych nerwów, płynęła z jednej obsesji w drugą, zacierał się jej przed oczami obiektywny obraz sytuacji. Każde słowo jego kpiny zaś bujało huśtawką jej nastroju tylko mocniej i mocniej.
— Przestań. — Wymijając pochylonego Leviathana, dłonią zaciśniętą w pięść walnęła go bezsilnie w łopatkę. Nieszczególnie mocno, tyle tylko żeby poczuł na własnej skórze jej frustrację. — Przestań — powtórzyła, dreptając po kuchni bez celu innego niż wyładowanie nadmiaru emocji. — Dotychczasowe leżenie… kiedy miałam to zrobić? Tyle dni chodziło mi po domu… po domu… coś. Coś chodziło mi po domu. Potem naprawiałam te przeklęte okna. Potem… — Westchnęła, poddając wyliczankę. Cokolwiek to było dzień wcześniej. Cokolwiek to było.
Usiadła przy stole kuchennym, gdzie czekała na nią czarka pełna ziołowego naparu. W założeniu na uspokojenie, ale — Bogini świadkiem — żadne ziółka dawno nie pomagały. Nie to ją trzymało.
— Nie możesz go… po prostu wyjąć? — zapytała zrezygnowana, po czym upiła nerwowo łyk wciąż zbyt gorącego napoju. — Oddzielić krew od drewna, kawałek po kawałku i zabrać go gdzieś? Nie wiem, Levi. — Odstawiła parzące w palce naczynie. — Nie wiem. Ty z nas dwojga skończyłeś szkołę i umiesz takie rzeczy. Zrób użytek z mądrej główki.
dotknij trawy