28.09.2025, 23:13 ✶
Helloise nie była w tak ekstremalnej moralnie sytuacji jak Louvain. Jej przepis na równowagę między dobrem a złem był zatem prosty, nie wymagał dbałości o zachowanie spójności czy konsekwencji, nie wymagał myślenia, które gubiło filozofów próbujących odnaleźć uniwersalną miarę do osądzenia każdego czynu. Jej moralność była instynktem. Widziała cierpiącą kobietę — zaatakowała jej oprawców. Ufała Leviathanowi — odpowiedziała na jego prośbę o pomoc. Nie czuła wyrzutów sumienia za pomaganie Śmierciożercom, nikt też nie ukarał jej za to — nie roztrząsała więc konsekwencji w dalszej perspektywie. Prosty kompas, dziecięco naiwny. Helloise nie interesowały systemy etyczne, tradycyjne czy progresywne hierarchie wartości. Chodziło o jedno: miała czuć się z decyzjami dobrze, a więc wierzyć w słuszność tego, co robi.
Louvain spijał tymczasem słowa z jej ust z entuzjazmem, którego nie oczekiwała. Dopiero wtedy, spojrzawszy wstecz, zauważyła, że od samego początku robił wszystko, żeby go dostrzegła. Czyżby Czarny Pan zapominał dopieszczać swoje piekielne ogary? Nie sięgał wzrokiem przez stalową maskę, do oczu sługi, którego pod nią zamknął, i nie szeptał mu słodko:
— Och, nie ignoruję twojej całości.
Było w Lestrange’u tyle dumy i przechwałki. I jakże przykro, że nie mógł ich zaspokoić, uwięziony pod skorupą czarnych szat i bezcharakternych masek. Był tylko cel, dla którego się poświęcał w zamian za okruchy pochwał mistrza równie chłodne, co zagnieżdżone głęboko w Louvainie licho z Limbo.
O nazewnictwo niesfornych smoków zaś najlepiej zapewne było pytać ojca bądź brata Helloise. Rozczarowanie, upokorzenie czy porażka, zwał jak zwał. Wrogowie rodu nie byli dla niej nigdy priorytetem. Po co walczyć o świat, w którym nic się nie zmieni prócz człowieka przy władzy? Cóż jej po tej ich władzy, gdy ona wciąż będzie musiała spełniać oczekiwania i życzenia? Samo to, że wykarmiono ją w maleńkości konserwatywną ideologią, nie rozbudziło w niej gorącego zapału do walki.
Wyczekiwała jedynie momentu, gdy Śmierciożerca pozbędzie się jej ręki, więc nawet nie drgnęła, gdy ją odbił. Różdżka wbita w podbródek zmusiła Helloise do nieplanowanego podniesienia głowy, lecz gdy spojrzała w twarz czarodzieja, ona również się uśmiechała. Nie kąśliwie, nie ironicznie. To nie była kpina, zawziętość czy wyzwanie. Była zadowolona — jakby Louvain poprawnie wykonał sztuczkę, na którą ona wydała komendę.
— Podejrzewam, że do tego samego. Potencjał pozostaje zwykle ten sam — stwierdziła, po czym uniosła otrąconą dłoń i ostentacyjnie powoli po raz ostatni zsunęła palec w dół różdżki Lestrange'a, lekko dociskając paznokieć do lakieru. Zamierzała mieć swoje ostatnie słowo.
Czarownica odłożyła ostrożnie oglądaną fiolkę, po czym w milczeniu usiadła na rozklekotanym krześle przy blacie. Piła w namyśle swoje wino, w przeciwieństwie do Louvaina nie bacząc na to, czy będzie lada chwila pijana i naćpana.
Przez wodniste tęczówki prawie dało się dojrzeć, jak w jej głowie brzęczą myśli. Bynajmniej nie o recepturze środka dla Śmierciożercy.
Szukając jej, Lestrange szukał kogoś, kto nie był nadmiernie ciekawy i nie zadawał wielu pytań. Cóż, Helloise właśnie stała się ciekawa, choć słusznie założył, że nie zamierzała wynosić tej ciekawości spomiędzy nich.
Jako pierwsze powróciło do niej echo słów Leviathana.
Trzeba by zburzyć cały Departament Tajemnic…
— Nie imają się zwykłe zaklęcia? Wchodzicie do Ministerstwa Magii?
… żeby ci oddał ukochaną Knieję.
Rzeczywiście, to marzenie należało do niej, nie do nich. Oni nie musieli wchodzić do Ministerstwa Magii ani nawet Departamentu Tajemnic siłą. Wiedziała teraz, że mają tam Alexandra. Po cóż byłaby im bomba, gdy on mógł wynieść dla Czarnego Pana dowolną tajemnicę. Takich Alexandrów mieli zapewne w całym Ministerstwie. Nie trzeba było tam niczego wysadzać.
Czarownica patrzyła znów badawczo na Louvaina, choć darowała sobie jego oczy i te ironiczne grymasy. Błądziła po labiryncie tatuaży na jego ciele, jakby miała tam zaleźć zapisaną wskazówkę. Nie cieszył się z tego Zimna.
Jeśli chcesz odpowiedzi, będziemy musieli sobie nawzajem pomóc. Jedyne, czego chcę, to oddać magii co magiczne.
Ona mówiła o twierdzy, on o miejscu. Miejscu, w którym nie wystarczą zwykłe zaklęcia. Zmarszczyła brwi, wydając z siebie cichy pomruk. To, co chodziło jej po głowie, było nie tylko zbyt głupie, lecz i zbyt obrazoburcze, aby potrafiła się do tego przekonać. Nie, to nie mogło mieć związku z Limbo. W rozmyślaniach zapadła się w bazgroły czarnego tuszu tak głęboko, że straciła je z oczu i teraz wędrowała czarnymi ścieżkami Kniei. Czy było tam coś, co mogliby chcieć wysadzić? Czy nie szkodziła aby własnej sprawie?
Otrząsnęła się, gdy napotkała dno szklanki. Odstawiła ją, po czym odchyliła się razem z krzesłem do tyłu. Jedną ręką przytrzymywała się blatu, drugą otworzyła kuchenną szafkę i wytrąciła z niej duży worek z obrazkiem wesołego kurczaczka. Wór przewrócił się, a na podłogę sypnęło z niego nieco białoszarego pyłu.
Helloise spojrzała na Louvaina, próbując na powrót się rozpogodzić, choć wyszło jej tym razem byle jak. Była na mężczyźnie coraz mniej skoncentrowana.
— Obsypujesz tym kurnik… żeby ptaki nie miały pasożytów. Można dodać też do obiadu. Robi im dobrze na trawienie. Mają zdrowe kości i piórka. — Poruszyła ramionami, jakby sama stroszyła śliczne, zdrowe pierze, choć po wydarzeniach tego dnia daleko było jej wizerunkowi do zdrowego i ślicznego. — W tym, w ziemi okrzemkowej, powinno udać się ustabilizować twojego buchorożca. W pewnym skrócie. — Machnęła ręką, dając znać, że pozostałe szczegóły są drugorzędne. — Co dalej? Jaki powinien być efekt na końcu? — Założyła nogę na nogę. — Możesz bezpiecznie podejść do tego… miejsca, odpalić to, zostawić i czekać? Czy chcesz, żeby… czy ja wiem… wybuchało przy zderzeniu z celem?
Louvain spijał tymczasem słowa z jej ust z entuzjazmem, którego nie oczekiwała. Dopiero wtedy, spojrzawszy wstecz, zauważyła, że od samego początku robił wszystko, żeby go dostrzegła. Czyżby Czarny Pan zapominał dopieszczać swoje piekielne ogary? Nie sięgał wzrokiem przez stalową maskę, do oczu sługi, którego pod nią zamknął, i nie szeptał mu słodko:
— Och, nie ignoruję twojej całości.
Było w Lestrange’u tyle dumy i przechwałki. I jakże przykro, że nie mógł ich zaspokoić, uwięziony pod skorupą czarnych szat i bezcharakternych masek. Był tylko cel, dla którego się poświęcał w zamian za okruchy pochwał mistrza równie chłodne, co zagnieżdżone głęboko w Louvainie licho z Limbo.
O nazewnictwo niesfornych smoków zaś najlepiej zapewne było pytać ojca bądź brata Helloise. Rozczarowanie, upokorzenie czy porażka, zwał jak zwał. Wrogowie rodu nie byli dla niej nigdy priorytetem. Po co walczyć o świat, w którym nic się nie zmieni prócz człowieka przy władzy? Cóż jej po tej ich władzy, gdy ona wciąż będzie musiała spełniać oczekiwania i życzenia? Samo to, że wykarmiono ją w maleńkości konserwatywną ideologią, nie rozbudziło w niej gorącego zapału do walki.
Wyczekiwała jedynie momentu, gdy Śmierciożerca pozbędzie się jej ręki, więc nawet nie drgnęła, gdy ją odbił. Różdżka wbita w podbródek zmusiła Helloise do nieplanowanego podniesienia głowy, lecz gdy spojrzała w twarz czarodzieja, ona również się uśmiechała. Nie kąśliwie, nie ironicznie. To nie była kpina, zawziętość czy wyzwanie. Była zadowolona — jakby Louvain poprawnie wykonał sztuczkę, na którą ona wydała komendę.
— Podejrzewam, że do tego samego. Potencjał pozostaje zwykle ten sam — stwierdziła, po czym uniosła otrąconą dłoń i ostentacyjnie powoli po raz ostatni zsunęła palec w dół różdżki Lestrange'a, lekko dociskając paznokieć do lakieru. Zamierzała mieć swoje ostatnie słowo.
Czarownica odłożyła ostrożnie oglądaną fiolkę, po czym w milczeniu usiadła na rozklekotanym krześle przy blacie. Piła w namyśle swoje wino, w przeciwieństwie do Louvaina nie bacząc na to, czy będzie lada chwila pijana i naćpana.
Przez wodniste tęczówki prawie dało się dojrzeć, jak w jej głowie brzęczą myśli. Bynajmniej nie o recepturze środka dla Śmierciożercy.
Szukając jej, Lestrange szukał kogoś, kto nie był nadmiernie ciekawy i nie zadawał wielu pytań. Cóż, Helloise właśnie stała się ciekawa, choć słusznie założył, że nie zamierzała wynosić tej ciekawości spomiędzy nich.
Jako pierwsze powróciło do niej echo słów Leviathana.
Trzeba by zburzyć cały Departament Tajemnic…
— Nie imają się zwykłe zaklęcia? Wchodzicie do Ministerstwa Magii?
… żeby ci oddał ukochaną Knieję.
Rzeczywiście, to marzenie należało do niej, nie do nich. Oni nie musieli wchodzić do Ministerstwa Magii ani nawet Departamentu Tajemnic siłą. Wiedziała teraz, że mają tam Alexandra. Po cóż byłaby im bomba, gdy on mógł wynieść dla Czarnego Pana dowolną tajemnicę. Takich Alexandrów mieli zapewne w całym Ministerstwie. Nie trzeba było tam niczego wysadzać.
Czarownica patrzyła znów badawczo na Louvaina, choć darowała sobie jego oczy i te ironiczne grymasy. Błądziła po labiryncie tatuaży na jego ciele, jakby miała tam zaleźć zapisaną wskazówkę. Nie cieszył się z tego Zimna.
Jeśli chcesz odpowiedzi, będziemy musieli sobie nawzajem pomóc. Jedyne, czego chcę, to oddać magii co magiczne.
Ona mówiła o twierdzy, on o miejscu. Miejscu, w którym nie wystarczą zwykłe zaklęcia. Zmarszczyła brwi, wydając z siebie cichy pomruk. To, co chodziło jej po głowie, było nie tylko zbyt głupie, lecz i zbyt obrazoburcze, aby potrafiła się do tego przekonać. Nie, to nie mogło mieć związku z Limbo. W rozmyślaniach zapadła się w bazgroły czarnego tuszu tak głęboko, że straciła je z oczu i teraz wędrowała czarnymi ścieżkami Kniei. Czy było tam coś, co mogliby chcieć wysadzić? Czy nie szkodziła aby własnej sprawie?
Otrząsnęła się, gdy napotkała dno szklanki. Odstawiła ją, po czym odchyliła się razem z krzesłem do tyłu. Jedną ręką przytrzymywała się blatu, drugą otworzyła kuchenną szafkę i wytrąciła z niej duży worek z obrazkiem wesołego kurczaczka. Wór przewrócił się, a na podłogę sypnęło z niego nieco białoszarego pyłu.
Helloise spojrzała na Louvaina, próbując na powrót się rozpogodzić, choć wyszło jej tym razem byle jak. Była na mężczyźnie coraz mniej skoncentrowana.
— Obsypujesz tym kurnik… żeby ptaki nie miały pasożytów. Można dodać też do obiadu. Robi im dobrze na trawienie. Mają zdrowe kości i piórka. — Poruszyła ramionami, jakby sama stroszyła śliczne, zdrowe pierze, choć po wydarzeniach tego dnia daleko było jej wizerunkowi do zdrowego i ślicznego. — W tym, w ziemi okrzemkowej, powinno udać się ustabilizować twojego buchorożca. W pewnym skrócie. — Machnęła ręką, dając znać, że pozostałe szczegóły są drugorzędne. — Co dalej? Jaki powinien być efekt na końcu? — Założyła nogę na nogę. — Możesz bezpiecznie podejść do tego… miejsca, odpalić to, zostawić i czekać? Czy chcesz, żeby… czy ja wiem… wybuchało przy zderzeniu z celem?
dotknij trawy