29.09.2025, 01:06 ✶
Tym przyjemniej było poczuć blisko człowieka, gdy wciąż żywą pozostawała w jej pamięci mroźna mgła wiejąca znad Kniei. Mruknęła z zadowoleniem — Leviathan miał ciepłe ręce, właściwe. Nie był Zimnym ani leśną pokraką czającą się nieopodal między drzewami.
— Myślisz, że w ten sposób odpuszczę tę sprawę? — zapytała ostro dla kontrastu, gdy Rowle zmienił temat i zmienił nastawienie, choć przed chwilą jeszcze wyraźnie nie poruszały go jej problemy.
Ona zostawiła już za sobą domową klątwę Voldemorta, uznając temat za zamknięty, a on zainteresował się tym wspominkiem bardziej niż całkiem bieżącym kłopotem wsiąkniętym w podłogę.
— Kształt — powtórzyła za nim niechętnie. Okrążyła palcami krawędź czarki, zanim z rozmysłem zanurzyła na moment czubki palców w gorącej herbacie, w miniaturowym rytuale o sobie tylko znanym znaczeniu. — Oczywiście, miało kształt. — Patrzyła tępo, jak kropelki zbierają się na zawieszonych nad naczyniem paznokciach, aby jedna za drugą wpadać z powrotem do naparu. — Stopy. Weszły tamtej nocy zaraz za nim. I chodziły. Chodziły. Chodziły. Gdy próbowałam spać, one chodziły. — I choć spędziła przy rozmyślaniach nad owymi śladami wiele czasu, snuła teraz opowieść monotonnie i obojętnie, niemal znudzona. — Były wszędzie. Łaziły tu, kręciły się wokół mojego łóżka, po łazience. Wszędzie. Brzmi znajomo?
Zawalczyła z pokusą odchylenia głowy do tyłu, aby spojrzeć mu w twarz i oglądać, jak zaczyna rozumieć. Nie zrobiła tego.
— Były wszędzie, ale nie miały znaczenia, jak się dowiedziałam — podsumowała. — Co ma znaczenie, to widma. — Spojrzała wymownie na pozasłaniane okna, które zwykle otwierały widok na okolicę. — One są głodne krwi. Nie potrzebuję trzymać u siebie dodatkowej przynęty z kawałków cudzego życia.
— Myślisz, że w ten sposób odpuszczę tę sprawę? — zapytała ostro dla kontrastu, gdy Rowle zmienił temat i zmienił nastawienie, choć przed chwilą jeszcze wyraźnie nie poruszały go jej problemy.
Ona zostawiła już za sobą domową klątwę Voldemorta, uznając temat za zamknięty, a on zainteresował się tym wspominkiem bardziej niż całkiem bieżącym kłopotem wsiąkniętym w podłogę.
— Kształt — powtórzyła za nim niechętnie. Okrążyła palcami krawędź czarki, zanim z rozmysłem zanurzyła na moment czubki palców w gorącej herbacie, w miniaturowym rytuale o sobie tylko znanym znaczeniu. — Oczywiście, miało kształt. — Patrzyła tępo, jak kropelki zbierają się na zawieszonych nad naczyniem paznokciach, aby jedna za drugą wpadać z powrotem do naparu. — Stopy. Weszły tamtej nocy zaraz za nim. I chodziły. Chodziły. Chodziły. Gdy próbowałam spać, one chodziły. — I choć spędziła przy rozmyślaniach nad owymi śladami wiele czasu, snuła teraz opowieść monotonnie i obojętnie, niemal znudzona. — Były wszędzie. Łaziły tu, kręciły się wokół mojego łóżka, po łazience. Wszędzie. Brzmi znajomo?
Zawalczyła z pokusą odchylenia głowy do tyłu, aby spojrzeć mu w twarz i oglądać, jak zaczyna rozumieć. Nie zrobiła tego.
— Były wszędzie, ale nie miały znaczenia, jak się dowiedziałam — podsumowała. — Co ma znaczenie, to widma. — Spojrzała wymownie na pozasłaniane okna, które zwykle otwierały widok na okolicę. — One są głodne krwi. Nie potrzebuję trzymać u siebie dodatkowej przynęty z kawałków cudzego życia.
dotknij trawy