29.09.2025, 10:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2025, 10:20 przez Lorien Mulciber.)
Z Lazarusem
Pokręciła lekko głową jakby chciała powiedzieć “oj Lazarusie nie przyzwyczajaj się.” Ale nie powiedziała, bo po co nieszczęśnika straszyć. Skoro przetrwał dwa tygodnie, to przetrwa i następne lata.
- Słyszałam o śmierci Melisandre. Wielka strata, była szalenie uzdolniona. Wskoczenie w buty po czystokrwistej pannie z takim doświadczeniem z pewnością jest… nie lada wyzwaniem.- Powiedziała miękko, niemal z rozrzewnieniem wspominając Lisę. Tyle lat na stanowisku pozbawionym jakiejkolwiek szansy rozwoju, żeby skończyć jako jedno z tysięcy nazwisk na listach ofiar. Zapomniana jak oni wszyscy i zastąpiona przy pierwszej lepszej okazji. Smutne, ale cóż - świat musiał się otrząsnąć, a ci co przeżyli, żyć dalej.- Każdy z nas był kiedyś stażystą panie Lovegood. Nie możemy być wobec nich aż tak surowi w ocenie. Gdzie indziej się nauczą jak nie przy nas?
Uśmiechnęła się uśmiechem osoby, która wcale nie uchodzi w swoim własnym środowisku za bezduszną biurwę z wyjątkowym zacięciem do znęcania się nad niemagicznie urodzonymi praktykantami.
- Cieszę się, że Anthony’emu udało się Pana wyłuskać z Biura Celnego... A może było wręcz na odwrót?- Zawiesiła głos na pytaniu, dając Lazarusowi przestrzeń na tą małą ministerialną spowiedź. Jak to było panie Lovegood? Wyczaił pan okazję po śmierci panny Velaris i jak hiena rzucił się do pracy przy boku znanego polityka? A może to Shafiq zstąpił do zapyziałej dziury niczym książę, by wyciągnąć urzędnika z opresji martwego stołka? Ciężko powiedzieć jaka odpowiedź usatysfakcjonowałaby sędzię bardziej.
Słuchała zalet pracy w OMSHM z lekkim przymrużeniem oka, bo Lazarus brzmiał trochę jakby próbował ich oboje przekonać do swojej własnej decyzji.
Zainteresowała się natomiast materiałami rozłożonymi na stoisku. Pledy, chusteczki, wyszywanki. Włóczki, szydełka, czego tylko dusza zapragnie dla wszystkich tych młodych panien i starych babć, które zajmowały czas haftem krzyżykowym. Sama Lorien wyszywać nie potrafiła (spróbowała tego w życiu raz, skończyło się to stworzeniem okropnej poduszki i porzuceniem przez czarownicę hobby na rzecz innych, o wiele bardziej interesujących ją rzeczy jak na przykład ogrywanie mugoli w pokera), ale od razu pomyślała o kobiecie, która była jej drugą matką. Czy spodobałby się Selinie taki prezent?
- Poproszę to.- Pokazała palcem na tamborek, na który dla wygody naciągnięto już lniany, całkiem solidny materiał z ostrożnie poprowadzonym wzorem czegoś co przypominało przeróżne konstelacje. Alexander pewnie by wiedział jakie i jak bardzo są źle naniesione w stosunku do danej pory roku i wszelkich innych azymutów, ułożenia planet i aktualnego widzimisię bogów. Na szczęście Lorien na astrologii się nie znała, co czyniło ją o wiele mniej wybredną klientką.- I złotą nić. Tyle ile potrzebne.
Dziewczę za ladą ochoczo zabrało się do pakowania zakupów, nie wchodząc przesadnie w prowadzoną przez klientów rozmowę. Zaraz w rękach Lorien pojawiła się papierowa torba.
- Wie Pan, panie Lovegood, całkiem niedawno ktoś mi powiedział, że nie możemy sobie teraz pozwolić na bierność. Że to nasz największy grzech. Nie mogę się z tym nie zgodzić. Takie tragedie jak ta, która miała miejsce na początku września mają jednak to do siebie, że uczą nas kto jest lojalny.- Ruszyli dalej, przystając przy kolejnych straganach. Lorien nawet na moment nie straciła z twarzy tego zdawkowego uśmiechu.- Nie ma nic złego w poszukiwaniu pracy, gdzie wypisują czeki na wyższe kwoty. Nie ma nic złego w ambicji. Ba, to całkiem pożądana cecha. Ale wierzę, że ją pan dobrze ukierunkuje i podejdzie do swojego nowego stanowiska z należną… powagą.
Przystanęła na moment, żeby przyjrzeć się jakimś wyrobom z Doliny. Był to jeden z ostatnich straganów na które natrafili. Wina, nalewki, jakieś maści i kadzidełka. Zrobiła mentalną notatkę, żeby zaopatrzyć się w eliksir na bezsenność. Chyba jej się powoli kończył.
- Ministerstwo potrzebuje Anthony’ego Shafiqa bardziej niż kiedykolwiek. Więc moją prośbą jest - ton w jaki uderzyła wcale nie brzmiał jak prośba. Ale czy Mulciber kiedykolwiek o cokolwiek tak naprawdę prosiła? - żeby jego nowy asystent spróbował trzymać go w pracy jak najdłużej i przekonał, że czas prywatnych wycieczek już się skończył. Wierzę, że przyniosłoby nam to wszystkim niewątpliwe korzyści.
Przechyliła głowę. Stary, ptasi odruch, gdy uważnie przyglądała się swojemu rozmówcy. Komunikat był absurdalnie prosty. Trzymaj Anthony'ego blisko Ministerstwa, to nie będziemy mieć żadnych problemów.
W końcu dotarli do ostatniego stoiska. Kolejnego, nie wyróżniającego się niczym szczególnym. Przystanęła, wbijając czubek buta w rozwaloną kostkę brukową. Kolejna do wymiany. Jak wszystko tutaj.
- Cóż, nie będę Pana dłużej zatrzymywać, panie Lovegood. Proszę nie przesadzać z tutejszymi owocami do obiadu, słyszałam, że człowiek się robi po nich szalenie śpiący. A potrzebujemy pana w pełni sił i gotowości. W wojnie niestety nie ma przerw na świąteczne kolacje.
Skłoniła mu grzecznie głową na pożegnanie. Wciąż tak samo uśmiechnięta, tak samo pogodna. Ile z tego było polityczną grą? Absolutnie wszystko.