29.09.2025, 21:01 ✶
Sama sugestia, że kniejowe bestie mogły zalęgnąć się w jej domu, przyprawiła Helloise o dreszcze. Przypomniała sobie znów lęk, który opętał ją dzień wcześniej pod ciężarem spojrzenia widm. Snuł się za nią do tej pory, czaił z tyłu głowy, nie dawał spokoju. Samych widm jednakże w chacie nie było. Pozostało wyłącznie traumatyczne wrażenie.
— Nie. Nie rozmawialibyśmy teraz, gdyby widma tu za nami przyszły — wymamrotała niczym oczywistość, nie podnosząc intensywnego wzroku znad kubka. — Chyba pozwoliły nam odejść. Dlaczego nazwali je widmami? Są… fizczne. Nie jak duchy. Biegają. Ryczą. Są jak… sama nie wiem.
Choć próbowała spać, widma obłaziły jej sny jak szarańcza. Nie potrafiła skupić się na tyle, aby zostawić za sobą ciało na pastwę losu i pójść daleko, daleko za Dolinę, dopóki nie uzna, że stosownie wypoczęła. Wszystko było wciąż zbyt świeże i surrealistyczne, a Knieja zbyt bliska, więc czarownica miotła się w czterech ścianach pomiędzy własnymi zbyt głośnymi myślami, wciąż za bardzo pokrzywionymi, aby złożyły się w spójną wewnętrzną narrację.
Potrzebowała odbić się od cudzej myśli. Leviathan pojawił się pośrodku jej koszmarnego majaku jak z innego świata: z prawdziwego świata, z chłodną trzeźwą głową.
— Stopy zniknęły, gdy wstawiłam okna. — Wzruszyła ramionami, w końcu odrywając oczy od pary unoszącej się znad ziółek. Patrzyła w ciszy na czarodzieja, szukając na jego twarzy potwierdzenia własnej tezy. Był Śmierciożercą. Nie wiedział, co siali i jak działało? Próbowała przy tym w myślach porozdzielać wydarzenia ostatniego tygodnia i przypomnieć sobie, kiedy naprawiała dom. Niedawno. Dwa dni temu? Trzy? Nie miała czasu cieszyć się zniknięciem stóp czy utwierdzić się w tym, że rzeczywiście nie wracają. — Mam nadzieję.
— Nie. Nie rozmawialibyśmy teraz, gdyby widma tu za nami przyszły — wymamrotała niczym oczywistość, nie podnosząc intensywnego wzroku znad kubka. — Chyba pozwoliły nam odejść. Dlaczego nazwali je widmami? Są… fizczne. Nie jak duchy. Biegają. Ryczą. Są jak… sama nie wiem.
Choć próbowała spać, widma obłaziły jej sny jak szarańcza. Nie potrafiła skupić się na tyle, aby zostawić za sobą ciało na pastwę losu i pójść daleko, daleko za Dolinę, dopóki nie uzna, że stosownie wypoczęła. Wszystko było wciąż zbyt świeże i surrealistyczne, a Knieja zbyt bliska, więc czarownica miotła się w czterech ścianach pomiędzy własnymi zbyt głośnymi myślami, wciąż za bardzo pokrzywionymi, aby złożyły się w spójną wewnętrzną narrację.
Potrzebowała odbić się od cudzej myśli. Leviathan pojawił się pośrodku jej koszmarnego majaku jak z innego świata: z prawdziwego świata, z chłodną trzeźwą głową.
— Stopy zniknęły, gdy wstawiłam okna. — Wzruszyła ramionami, w końcu odrywając oczy od pary unoszącej się znad ziółek. Patrzyła w ciszy na czarodzieja, szukając na jego twarzy potwierdzenia własnej tezy. Był Śmierciożercą. Nie wiedział, co siali i jak działało? Próbowała przy tym w myślach porozdzielać wydarzenia ostatniego tygodnia i przypomnieć sobie, kiedy naprawiała dom. Niedawno. Dwa dni temu? Trzy? Nie miała czasu cieszyć się zniknięciem stóp czy utwierdzić się w tym, że rzeczywiście nie wracają. — Mam nadzieję.
dotknij trawy