29.09.2025, 23:00 ✶
Ambroise słuchał w milczeniu, stojąc z rękami opuszczonymi luźno wzdłuż ciała i wpatrując się w rozmówcę, jakby słowa Anthony'ego nie miały na niego większego wpływu. Nie osądzał go otwarcie. Nie miał do tego chęci. Zachowywał swoje spostrzeżenia dla siebie. Rejestrował fakty, ton, sposób, w jaki Shafiq wypowiadał słowa i zatrzymywał w pamięci to, co mogło być mu przydatne w przyszłości.
Z początku rzeczywiście tak było. Jego twarz pozostawała niewzruszona, a spojrzenie chłodne, jednakże względnie neutralne. Przez pierwsze kilka zdań, myśli Greengrassa były bardziej skupione na analizie tonu i doboru słów rozmówcy niż na samych treściach, które słyszał nie raz od różnych ludzi, choć być może nie aż tak wysoko postawionych.
Zdążył już poznać różne odmiany kurtuazji i zwodniczych frazesów, szczególnie ze strony tych, którzy wchodzili do Doliny z własnym planem ingerencji w tutejszej życie. Anthony wydawał mu się jednym z nich. Zbyt chętnym, by być przydatnym w sprawach bezpośrednio go niedotyczących. Zbyt swobodnym w posługiwaniu się kartą rodziny, by mówić w pełni szczerze. Jednak w pewnym momencie te wszystkie słowa zaczęły nabierać ciężaru, którego Roise nie przewidział.
Brat Jacqueline.
Ta nagła myśl zderzyła się z jego świadomością, jakby ktoś cisnął kamień prosto na powierzchnię dotychczas całkiem spokojnego jeziora. Jackie nigdy nie wspominała o Anthonym tak, aby Ambroise zrozumiał, że mówiła o tym człowieku. Owszem, pojawiały się u niej różne określenia, często wtrącane półżartem lub półironicznie. Wspominała dawnych przyjaciół, znajomych, krewnych dalszych i bliższych, czasem przeinaczała imiona czy nazwiska, łączyła je w egzotyczne zestawienia, jakby bawiła się w lingwistyczne szarady. Było w tym coś lekkiego i swobodnego, nie sądził raczej, że być może celowo zaciemniającego obraz. Nie.
Po prawdzie mówiąc, odkąd zorientował się w jej tendencjach, nigdy nie przywiązywał do tego nadmiernej uwagi. Już nawet nie prychał na imiona, jakimi się do niego zwracała. Po prostu akceptował to, że w jednej chwili był tym, w innej tamtym. Była to zaiste duża tolerancja z jego strony, zwłaszcza przy charakterze Greengrassa, jednakże dla rodziny zawsze stosował taryfę ulgową.
To, że Jackie miała krewnych poza tymi, których Greengrass przyjmował do wiadomości, nie było żadnym odkryciem. Każdy miał przeróżnych krewniaków, nawet jeśli nie o wszystkich się mówiło. Ale Ambroise zrozumiał nagle, że nigdy nie usłyszał od niej imienia Anthony. Nigdy nie przedstawiła mu obrazu jej żyjącego brata w tak jednoznacznej formie. Zamiast tego używała rozmaitych ksywek, przydomków, cudzych imion...
Przez ułamek chwili miał wrażenie, że grunt pod nogami osuwa mu się, choćby nawet symbolicznie, bo przecież stał stabilnie i sztywno. Jego spojrzenie utkwiło mocniej w rozmówcy, gdy odruchowo uniósł brew, jakby chciał upewnić się, że dobrze usłyszał. Jacqueline zostawiła go w niewiedzy. W tym momencie nie miał już pewności, czy z premedytacją, czy po prostu z obojętności. Faktem było, że Anthony mówił właśnie słowami, które kazały Greengrassowi przyjrzeć się mu uważniej. I nagle zamiast po prostu znanego z twarzy polityka o dostrzegalnych wysokich ambicjach, tu na ulicy w Dolinie stał przed nim człowiek, z którym dzielił rodzinne zobowiązania.
Ambroise nie należał do ludzi, których w podobnych sytuacjach łatwo było zbić z tropu. Zazwyczaj trzymał się swojego wyważonego tonu, chłodnego dystansu, a jeśli nawet czuł w środku ferment, potrafił ukryć go za cienką warstwą uprzejmej obojętności. Przynajmniej, dopóki ktoś nie sprowokował go fizycznie albo nie zaatakował otwarcie jego albo jego najbliższych. Wtedy zwykł miewać naprawdę krótki lont.
Teraz jednak coś w jego wnętrzu nieprzyjemnie się zmarszczyło, nawet jeśli twarz Roisa pozostała gładka. Coś niespodziewanego, zdecydowanie niechcianego. Jackie nigdy nie mówiła o bracie wprost, nigdy nie wymieniała go z imienia. Była w tym pewna konsekwencja, jakby to konkretne imię miało moc, której celowo unikała. Dotąd nigdy nie padło w jego obecności w tak jednoznacznym kontekście.
W jego świadomości Anthony Shafiq i bliźniaki nie istnieli w jednym porządku, a tymczasem okazało się, że obaj mieli pełnić tradycyjną rolę w wychowaniu tych dzieci. Dla niego, mityczny brat Jacqueline istniał zawsze w otoczeniu przydomków, półsłów, przezwisk, imion przerabianych i skracanych, a nawet wręcz celowo mylonych w taki sposób, że traciło to swój pierwotny kształt. Tak, teraz to wszystko brzmiało niemal nazbyt oczywiście, nieprzyjemnie realnie.
Przez moment nie wiedział, jak i co odpowiedzieć. Umiał odgrywać kurtuazję, potrafił lawirować w rozmowach pseudodyplomatycznych, lecz tutaj znalazł się w sytuacji, w której wszystkie znane mu formuły wydawały się nieadekwatne. Zmieszał się, choć nie pozwolił, by objawiło się to wyraźniej niż w tej pierwszej sekundzie. Zaskoczenie niemal nigdy nie przybierało u niego gwałtownych form, nie unosiło brwi ani nie otwierało ust w bezradnym zdumieniu. U niego ujawniało się raczej w tej krótkiej chwili, gdy jego spojrzenie stawało się puste, jak gdyby próbował w ułamku sekundy przewertować całe archiwum własnych myśli, by znaleźć punkt zaczepienia. Wewnętrznie czuł lekkie, irytujące zakłopotanie. Nieczęste u niego, więc tym bardziej trudne do zignorowania.
Anthony mówił o rodzinnym chłodzie, o wychowaniu pełnym emocjonalnych zaniedbań, Ambroise wiedział, że prawdopodobnie każdy ród, każda linia krwi miała w sobie te same pęknięcia. Rodzice rzadko bywali tymi, których wspominało się z czułością. Najczęściej byli źródłem ran, które ciągnęły się przez całe dorosłe życie, maskowane obowiązkiem, tytułem, pracą. Nic w tym nie było dlań nowe. Nie było też nic odkrywczego w tym, że brat i siostra, którzy powinni trzymać się razem, posługiwali się wobec siebie pasywno-agresywnymi uwagami. Tak wyglądała codzienność tam, gdzie krew i nazwisko stanowiły walutę.
Był przyzwyczajony do zawiłości rodzinnych powiązań, wiedział, że obowiązki i wynikające z nich trudności bywają dzielone, przesuwane, nakładane z dziwaczną logiką. Nie było mu obce to napięcie, gdy wspomnienia przeszłości nachodziły człowieka nieco zbyt natarczywie. Znał ten cień, wiedział, jak smakuje gorycz dziedzictwa (czasem nie inaczej niż ciepła, metaliczna krew w ustach) zdziwiło go tylko to, że sam znajdował się nagle w równoległej sytuacji do kogoś, z kim nie wydawało mu się, by mógł być zbyt głęboko powiązany. A jednak...
- Jacqueline rzeczywiście ma talent do rozpraszania uwagi - stwierdził powoli, niemal pod nosem. - Nigdy nie używa jednego imienia dłużej niż to konieczne. Zdarza się, że w tej samej rozmowie nazwie mnie trzema różnymi przezwiskami - mimo braku rozbawienia w głosie, na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. Nie złośliwy, raczej ironiczny, skierowany do samego siebie. - Powinienem się domyślić, że za którymś z używanych przez nią imion kryje się ktoś więcej niż anegdota z odległej przeszłości - uśmiechu nie było, żadnej ironii również, Ambroise brzmiał tak, jakby przyjmował do wiadomości fakt, którego się nie spodziewał, a którego nie mógł odrzucić.
Zmieszanie nie przebijało się otwarcie, ale zdradzał je sposób, w jaki na chwilę opuścił wzrok, jakby potrzebował krótkiego dystansu od patrzenia na Shafiqa, by znów odzyskać kontrolę. Nie należał do ludzi łatwo dających się wytrącić z równowagi, a jednak tutaj, na tej ulicy nagle poczuł się jak gracz, któremu ktoś dołożył nieoczekiwaną kartę.
- Ciekawa koincydencja - dodał powoli, wciąż próbując zmierzyć się z myślą, że mówił coś więcej niż planował. - Skoro tak, najwyraźniej łączy nas więcej, niż sądziłem - powiedział oszczędnie. - Wygląda na to, że Jackie postanowiła, byśmy obaj dzielili tę samą odpowiedzialność wobec jej dzieci - zamilkł na chwilę, nie spiesząc się z dalszym wyjaśnieniem, tym bardziej, że nasuwało się ono praktycznie samo z siebie.
Choć, gdyby głębiej się nad tym zastanowił, mógłby w tej chwili założyć się, że jego pełne personalia zapewne również nie padały zbyt często w rozmowach pomiędzy tą dwójką. A raczej na pewno nie w kontekście bycia chrzestnym małej Greengrassówny. Jacqueline prawie na pewno nie była tak łaskawa, by podzielić się tym z Anthonym, skoro nie zrobiła tego w drugą stronę, nie informując Ambroisa o tym, kim jest jej jedyny żyjący brat.
Zawsze brał to za element jej uroku, czasem ekscentryczności. Teraz jednak ta maniera okazała się dla niego kłopotliwa. Odruchowo poprawił mankiet, choć wiedział, że to był wyłącznie drobny, lekko irytujący automatyczny gest maskujący jego konsternację, nad którym nie mógł zapanować. Nie wynikało to z faktycznej potrzeby. Jego ubranie prezentowało się właściwie. Po prostu nie lubił niespodzianek, a już na pewno nie takich, które uderzały w samo sedno jego prywatnego życia.
Właśnie wtedy, gdy padło określenie o mechanizmach rządzących światem cywilizowanym, w kąciku ust Ambroisa drgnął cień uśmiechu. Coś w jego wnętrzu zareagowało szybciej niż zdążył się nad tym zastanowić.
Świat cywilizowany... ...ach, jak często ten zwrot pojawiał się w ustach ludzi zapatrzonych w hierarchie, kodeksy, ustalenia i sztuczne granice. A przecież z perspektywy Ambroisa, ten ich świat... ...świat dyplomacji, salonowych gierek i kurtuazyjnych ukłonów... ...miał w sobie mniej porządku niż Knieja po burzy. Natura przynajmniej znała swoje prawa. Były twarde, surowe, ale zawsze uczciwe. Nie owijały w bawełnę. Przetrwanie zależało od siły, sprytu albo od umiejętności pogodzenia się z porażką. Człowiek zaś stworzył teatr iluzji, w którym każdy udawał kogoś innego, a na końcu i tak ginął równie nagi i bezbronny jak dzikie zwierzę.
Zdecydowanie łatwiej przychodziło mu zrozumieć rytm przyrody, nawet w najbardziej zdziczałej i nieokiełznanej odsłonie, niż w pełni akceptować ułudę, którą obecnie próbowali narzucać sobie nawzajem ludzie. Zarówno magowie, jak i mugole, tu rzeczywiście nie było wielkich różnic. Cywilizacja, która w istocie składała się z wojny, spisków i trupów, nie była niczym więcej jak tylko zbiorowym złudzeniem porządku, farbą na spróchniałym pniu.
- Świat cywilizowany, mówi pan - odezwał się wreszcie, lekko, nieco z przekąsem. - Nie jestem pewien, czy ktokolwiek jeszcze pamięta, co właściwie znaczy świat cywilizowany. Natura wydaje się pod tym względem bardziej konsekwentna. W naturze - kontynuował cicho - wszystko jest proste. Jest czas wzrostu i czas śmierci. Jest równowaga. Kiedy wilk rozszarpuje jagnię, nie mówi o wyższym celu. A jednak w waszy... ...naszym, jeśli już mam używać właściwych zaimków... ...świecie, wszystko, co brutalne usiłujemy nazwać polityką, tradycją albo obowiązkiem. Istotnie więc, łączenia obu tych podejść warto się uczyć - wzruszył ramionami, jakby nie przywiązywał większej wagi do słów, choć w jego oczach błyszczał chłodny ogień.
Było to spojrzenie człowieka, który już nie raz w życiu odarł się ze złudzeń, co do porządku i prawilności tego rzekomo bardziej cywilizowanego świata i nie zamierzał ich odzyskiwać. Samemu poniekąd przecież także przez ten cały czas biorąc udział w zbiorowej grze i dopuszczając się czynów, które nie były zgodne z naturalnym porządkiem świata, lecz wynikały z tego współczesnego podejścia.
Nie był lepszy od tych, którzy pluli innym w twarz, zarzekając się, że to deszcz. Ale przynajmniej nie miał się za takiego. Nie czuł się z tego dumny i bardziej rozwinięty kulturowo od prostych ludzi ze wsi, bo żył w postępowym świecie, w którym ludzie zabijali się z nienawiści, nie z potrzeby zyskania pożywienia. Po prostu potrafił sobie w nim poradzić.
Poszanowanie dla porządku panującego w przyrodzie wciąż było dla niego istotniejsze niż dla większości ludzi, zwłaszcza dla zadeklarowanych miastowych, którzy zwykli gardzić tą mniej sielską częścią wiejskiego życia. Nie zawsze jednak był w stanie szanować naturalne prawa. Być może nie zamierzał mówić tego na głos, jednak fakt, że wspomniany Rowan nosił w sobie dziedzictwo ojca był dlań zaletą, choć rzeczywiście...
...dla ludzi nieobeznanych z tymże podejściem, mogło być osobliwe, dziwaczne, trudne, a może nawet momentami nie do zrozumienia. Więc może i dobrze, że Anthony dopuszczał do siebie opcję nauczenia się czegoś od latorośli siostry. Obustronnej, nie jednostronnej nauki. Tego też jednak nie powiedział, zadowalając się chwilowym milczeniem, zanim nie wrócił do rzeczywistości, przerywając bieg rozmyślań.
- Dwa tygodnie - powtórzył, powstrzymując się przed stwierdzeniem, czy to było niewiele, czy może jednak wyjątkowo długo. Dla niego samego ostatnio czas pędził wręcz aż nazbyt szalenie. - Z pewnością przebiegnie pomyślnie. Spotkanie. To dobry chłopiec. Inteligentny - dopowiedział trochę lżej, wciąż zbierając myśli.
Może nie odezwał się luźno, ale z pewnością swobodniej niż chwilę wcześniej. Mimo wszystko, najwyraźniej mieli wynieść coś z tego spotkania, czyż nie? Nie uważał go już za całkowicie zbędne. Gdy tego chciał, potrafił weryfikować swoje wcześniejsze założenia i zmieniać podejście, nawet jeśli zazwyczaj przychodziło mu to raczej opornie.
No cóż. Tak jak stwierdził: uczyli się całe życie...
Z początku rzeczywiście tak było. Jego twarz pozostawała niewzruszona, a spojrzenie chłodne, jednakże względnie neutralne. Przez pierwsze kilka zdań, myśli Greengrassa były bardziej skupione na analizie tonu i doboru słów rozmówcy niż na samych treściach, które słyszał nie raz od różnych ludzi, choć być może nie aż tak wysoko postawionych.
Zdążył już poznać różne odmiany kurtuazji i zwodniczych frazesów, szczególnie ze strony tych, którzy wchodzili do Doliny z własnym planem ingerencji w tutejszej życie. Anthony wydawał mu się jednym z nich. Zbyt chętnym, by być przydatnym w sprawach bezpośrednio go niedotyczących. Zbyt swobodnym w posługiwaniu się kartą rodziny, by mówić w pełni szczerze. Jednak w pewnym momencie te wszystkie słowa zaczęły nabierać ciężaru, którego Roise nie przewidział.
Brat Jacqueline.
Ta nagła myśl zderzyła się z jego świadomością, jakby ktoś cisnął kamień prosto na powierzchnię dotychczas całkiem spokojnego jeziora. Jackie nigdy nie wspominała o Anthonym tak, aby Ambroise zrozumiał, że mówiła o tym człowieku. Owszem, pojawiały się u niej różne określenia, często wtrącane półżartem lub półironicznie. Wspominała dawnych przyjaciół, znajomych, krewnych dalszych i bliższych, czasem przeinaczała imiona czy nazwiska, łączyła je w egzotyczne zestawienia, jakby bawiła się w lingwistyczne szarady. Było w tym coś lekkiego i swobodnego, nie sądził raczej, że być może celowo zaciemniającego obraz. Nie.
Po prawdzie mówiąc, odkąd zorientował się w jej tendencjach, nigdy nie przywiązywał do tego nadmiernej uwagi. Już nawet nie prychał na imiona, jakimi się do niego zwracała. Po prostu akceptował to, że w jednej chwili był tym, w innej tamtym. Była to zaiste duża tolerancja z jego strony, zwłaszcza przy charakterze Greengrassa, jednakże dla rodziny zawsze stosował taryfę ulgową.
To, że Jackie miała krewnych poza tymi, których Greengrass przyjmował do wiadomości, nie było żadnym odkryciem. Każdy miał przeróżnych krewniaków, nawet jeśli nie o wszystkich się mówiło. Ale Ambroise zrozumiał nagle, że nigdy nie usłyszał od niej imienia Anthony. Nigdy nie przedstawiła mu obrazu jej żyjącego brata w tak jednoznacznej formie. Zamiast tego używała rozmaitych ksywek, przydomków, cudzych imion...
Przez ułamek chwili miał wrażenie, że grunt pod nogami osuwa mu się, choćby nawet symbolicznie, bo przecież stał stabilnie i sztywno. Jego spojrzenie utkwiło mocniej w rozmówcy, gdy odruchowo uniósł brew, jakby chciał upewnić się, że dobrze usłyszał. Jacqueline zostawiła go w niewiedzy. W tym momencie nie miał już pewności, czy z premedytacją, czy po prostu z obojętności. Faktem było, że Anthony mówił właśnie słowami, które kazały Greengrassowi przyjrzeć się mu uważniej. I nagle zamiast po prostu znanego z twarzy polityka o dostrzegalnych wysokich ambicjach, tu na ulicy w Dolinie stał przed nim człowiek, z którym dzielił rodzinne zobowiązania.
Ambroise nie należał do ludzi, których w podobnych sytuacjach łatwo było zbić z tropu. Zazwyczaj trzymał się swojego wyważonego tonu, chłodnego dystansu, a jeśli nawet czuł w środku ferment, potrafił ukryć go za cienką warstwą uprzejmej obojętności. Przynajmniej, dopóki ktoś nie sprowokował go fizycznie albo nie zaatakował otwarcie jego albo jego najbliższych. Wtedy zwykł miewać naprawdę krótki lont.
Teraz jednak coś w jego wnętrzu nieprzyjemnie się zmarszczyło, nawet jeśli twarz Roisa pozostała gładka. Coś niespodziewanego, zdecydowanie niechcianego. Jackie nigdy nie mówiła o bracie wprost, nigdy nie wymieniała go z imienia. Była w tym pewna konsekwencja, jakby to konkretne imię miało moc, której celowo unikała. Dotąd nigdy nie padło w jego obecności w tak jednoznacznym kontekście.
W jego świadomości Anthony Shafiq i bliźniaki nie istnieli w jednym porządku, a tymczasem okazało się, że obaj mieli pełnić tradycyjną rolę w wychowaniu tych dzieci. Dla niego, mityczny brat Jacqueline istniał zawsze w otoczeniu przydomków, półsłów, przezwisk, imion przerabianych i skracanych, a nawet wręcz celowo mylonych w taki sposób, że traciło to swój pierwotny kształt. Tak, teraz to wszystko brzmiało niemal nazbyt oczywiście, nieprzyjemnie realnie.
Przez moment nie wiedział, jak i co odpowiedzieć. Umiał odgrywać kurtuazję, potrafił lawirować w rozmowach pseudodyplomatycznych, lecz tutaj znalazł się w sytuacji, w której wszystkie znane mu formuły wydawały się nieadekwatne. Zmieszał się, choć nie pozwolił, by objawiło się to wyraźniej niż w tej pierwszej sekundzie. Zaskoczenie niemal nigdy nie przybierało u niego gwałtownych form, nie unosiło brwi ani nie otwierało ust w bezradnym zdumieniu. U niego ujawniało się raczej w tej krótkiej chwili, gdy jego spojrzenie stawało się puste, jak gdyby próbował w ułamku sekundy przewertować całe archiwum własnych myśli, by znaleźć punkt zaczepienia. Wewnętrznie czuł lekkie, irytujące zakłopotanie. Nieczęste u niego, więc tym bardziej trudne do zignorowania.
Anthony mówił o rodzinnym chłodzie, o wychowaniu pełnym emocjonalnych zaniedbań, Ambroise wiedział, że prawdopodobnie każdy ród, każda linia krwi miała w sobie te same pęknięcia. Rodzice rzadko bywali tymi, których wspominało się z czułością. Najczęściej byli źródłem ran, które ciągnęły się przez całe dorosłe życie, maskowane obowiązkiem, tytułem, pracą. Nic w tym nie było dlań nowe. Nie było też nic odkrywczego w tym, że brat i siostra, którzy powinni trzymać się razem, posługiwali się wobec siebie pasywno-agresywnymi uwagami. Tak wyglądała codzienność tam, gdzie krew i nazwisko stanowiły walutę.
Był przyzwyczajony do zawiłości rodzinnych powiązań, wiedział, że obowiązki i wynikające z nich trudności bywają dzielone, przesuwane, nakładane z dziwaczną logiką. Nie było mu obce to napięcie, gdy wspomnienia przeszłości nachodziły człowieka nieco zbyt natarczywie. Znał ten cień, wiedział, jak smakuje gorycz dziedzictwa (czasem nie inaczej niż ciepła, metaliczna krew w ustach) zdziwiło go tylko to, że sam znajdował się nagle w równoległej sytuacji do kogoś, z kim nie wydawało mu się, by mógł być zbyt głęboko powiązany. A jednak...
- Jacqueline rzeczywiście ma talent do rozpraszania uwagi - stwierdził powoli, niemal pod nosem. - Nigdy nie używa jednego imienia dłużej niż to konieczne. Zdarza się, że w tej samej rozmowie nazwie mnie trzema różnymi przezwiskami - mimo braku rozbawienia w głosie, na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. Nie złośliwy, raczej ironiczny, skierowany do samego siebie. - Powinienem się domyślić, że za którymś z używanych przez nią imion kryje się ktoś więcej niż anegdota z odległej przeszłości - uśmiechu nie było, żadnej ironii również, Ambroise brzmiał tak, jakby przyjmował do wiadomości fakt, którego się nie spodziewał, a którego nie mógł odrzucić.
Zmieszanie nie przebijało się otwarcie, ale zdradzał je sposób, w jaki na chwilę opuścił wzrok, jakby potrzebował krótkiego dystansu od patrzenia na Shafiqa, by znów odzyskać kontrolę. Nie należał do ludzi łatwo dających się wytrącić z równowagi, a jednak tutaj, na tej ulicy nagle poczuł się jak gracz, któremu ktoś dołożył nieoczekiwaną kartę.
- Ciekawa koincydencja - dodał powoli, wciąż próbując zmierzyć się z myślą, że mówił coś więcej niż planował. - Skoro tak, najwyraźniej łączy nas więcej, niż sądziłem - powiedział oszczędnie. - Wygląda na to, że Jackie postanowiła, byśmy obaj dzielili tę samą odpowiedzialność wobec jej dzieci - zamilkł na chwilę, nie spiesząc się z dalszym wyjaśnieniem, tym bardziej, że nasuwało się ono praktycznie samo z siebie.
Choć, gdyby głębiej się nad tym zastanowił, mógłby w tej chwili założyć się, że jego pełne personalia zapewne również nie padały zbyt często w rozmowach pomiędzy tą dwójką. A raczej na pewno nie w kontekście bycia chrzestnym małej Greengrassówny. Jacqueline prawie na pewno nie była tak łaskawa, by podzielić się tym z Anthonym, skoro nie zrobiła tego w drugą stronę, nie informując Ambroisa o tym, kim jest jej jedyny żyjący brat.
Zawsze brał to za element jej uroku, czasem ekscentryczności. Teraz jednak ta maniera okazała się dla niego kłopotliwa. Odruchowo poprawił mankiet, choć wiedział, że to był wyłącznie drobny, lekko irytujący automatyczny gest maskujący jego konsternację, nad którym nie mógł zapanować. Nie wynikało to z faktycznej potrzeby. Jego ubranie prezentowało się właściwie. Po prostu nie lubił niespodzianek, a już na pewno nie takich, które uderzały w samo sedno jego prywatnego życia.
Właśnie wtedy, gdy padło określenie o mechanizmach rządzących światem cywilizowanym, w kąciku ust Ambroisa drgnął cień uśmiechu. Coś w jego wnętrzu zareagowało szybciej niż zdążył się nad tym zastanowić.
Świat cywilizowany... ...ach, jak często ten zwrot pojawiał się w ustach ludzi zapatrzonych w hierarchie, kodeksy, ustalenia i sztuczne granice. A przecież z perspektywy Ambroisa, ten ich świat... ...świat dyplomacji, salonowych gierek i kurtuazyjnych ukłonów... ...miał w sobie mniej porządku niż Knieja po burzy. Natura przynajmniej znała swoje prawa. Były twarde, surowe, ale zawsze uczciwe. Nie owijały w bawełnę. Przetrwanie zależało od siły, sprytu albo od umiejętności pogodzenia się z porażką. Człowiek zaś stworzył teatr iluzji, w którym każdy udawał kogoś innego, a na końcu i tak ginął równie nagi i bezbronny jak dzikie zwierzę.
Zdecydowanie łatwiej przychodziło mu zrozumieć rytm przyrody, nawet w najbardziej zdziczałej i nieokiełznanej odsłonie, niż w pełni akceptować ułudę, którą obecnie próbowali narzucać sobie nawzajem ludzie. Zarówno magowie, jak i mugole, tu rzeczywiście nie było wielkich różnic. Cywilizacja, która w istocie składała się z wojny, spisków i trupów, nie była niczym więcej jak tylko zbiorowym złudzeniem porządku, farbą na spróchniałym pniu.
- Świat cywilizowany, mówi pan - odezwał się wreszcie, lekko, nieco z przekąsem. - Nie jestem pewien, czy ktokolwiek jeszcze pamięta, co właściwie znaczy świat cywilizowany. Natura wydaje się pod tym względem bardziej konsekwentna. W naturze - kontynuował cicho - wszystko jest proste. Jest czas wzrostu i czas śmierci. Jest równowaga. Kiedy wilk rozszarpuje jagnię, nie mówi o wyższym celu. A jednak w waszy... ...naszym, jeśli już mam używać właściwych zaimków... ...świecie, wszystko, co brutalne usiłujemy nazwać polityką, tradycją albo obowiązkiem. Istotnie więc, łączenia obu tych podejść warto się uczyć - wzruszył ramionami, jakby nie przywiązywał większej wagi do słów, choć w jego oczach błyszczał chłodny ogień.
Było to spojrzenie człowieka, który już nie raz w życiu odarł się ze złudzeń, co do porządku i prawilności tego rzekomo bardziej cywilizowanego świata i nie zamierzał ich odzyskiwać. Samemu poniekąd przecież także przez ten cały czas biorąc udział w zbiorowej grze i dopuszczając się czynów, które nie były zgodne z naturalnym porządkiem świata, lecz wynikały z tego współczesnego podejścia.
Nie był lepszy od tych, którzy pluli innym w twarz, zarzekając się, że to deszcz. Ale przynajmniej nie miał się za takiego. Nie czuł się z tego dumny i bardziej rozwinięty kulturowo od prostych ludzi ze wsi, bo żył w postępowym świecie, w którym ludzie zabijali się z nienawiści, nie z potrzeby zyskania pożywienia. Po prostu potrafił sobie w nim poradzić.
Poszanowanie dla porządku panującego w przyrodzie wciąż było dla niego istotniejsze niż dla większości ludzi, zwłaszcza dla zadeklarowanych miastowych, którzy zwykli gardzić tą mniej sielską częścią wiejskiego życia. Nie zawsze jednak był w stanie szanować naturalne prawa. Być może nie zamierzał mówić tego na głos, jednak fakt, że wspomniany Rowan nosił w sobie dziedzictwo ojca był dlań zaletą, choć rzeczywiście...
...dla ludzi nieobeznanych z tymże podejściem, mogło być osobliwe, dziwaczne, trudne, a może nawet momentami nie do zrozumienia. Więc może i dobrze, że Anthony dopuszczał do siebie opcję nauczenia się czegoś od latorośli siostry. Obustronnej, nie jednostronnej nauki. Tego też jednak nie powiedział, zadowalając się chwilowym milczeniem, zanim nie wrócił do rzeczywistości, przerywając bieg rozmyślań.
- Dwa tygodnie - powtórzył, powstrzymując się przed stwierdzeniem, czy to było niewiele, czy może jednak wyjątkowo długo. Dla niego samego ostatnio czas pędził wręcz aż nazbyt szalenie. - Z pewnością przebiegnie pomyślnie. Spotkanie. To dobry chłopiec. Inteligentny - dopowiedział trochę lżej, wciąż zbierając myśli.
Może nie odezwał się luźno, ale z pewnością swobodniej niż chwilę wcześniej. Mimo wszystko, najwyraźniej mieli wynieść coś z tego spotkania, czyż nie? Nie uważał go już za całkowicie zbędne. Gdy tego chciał, potrafił weryfikować swoje wcześniejsze założenia i zmieniać podejście, nawet jeśli zazwyczaj przychodziło mu to raczej opornie.
No cóż. Tak jak stwierdził: uczyli się całe życie...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down