30.09.2025, 00:36 ✶
Wiedziałem, że mówiła szczerze. To się słyszało w jej głosie - ten lekki nacisk na sylaby, który świadczył o tym, że nie próbowała mnie ugłaskać, a raczej usprawiedliwić samą siebie. Opierałem się o zimną barierkę balkonu, przez cały czas czując, jak pulsowanie w nosie wybijało w mojej głowie własny rytm, całkowicie oderwany od reszty ciała. Każdy oddech przypominał ukłucie, jakby ktoś wbijał we mnie igłę od środka. Sam byłem sobie winien, przecież nikt mnie nie zmuszał do tego sparingu, a jednak drażniło mnie, że musiała to widzieć, i - jeszcze bardziej - że uznała to za coś wymagającego komentarza.
Kiedy rzuciła to swoje: „Nie przywykłam do takich widoków.”, uśmiechnąłem się krzywo. Nie z radości, raczej z rezygnacji, ponieważ nie chciałem jej tłumaczyć, że dla mnie to był chleb powszedni - krew, siniaki i złamany nos nie robiły na mnie wrażenia, bo od dawna wiedziałem, że właśnie tak wygląda mój świat, a jeśli ktoś zamierzał w nim zostać dłużej, musiał przyjąć to do wiadomości - była na to zbyt inteligentna, sama mi mówiła, że wie, na co się pisze, a było to zaledwie noc wcześniej.
- Uwiesz mi, to naplawdę nic. - Powiedziałem cicho, odwracając głowę w bok. Stałem obok niej na balkonie - na tyle, że w mgnieniu oka mogłem znaleźć się tuż przy niej, lecz nie zrobiłem tego, nie patrzyłem na Prudence tak, jakby to miało cokolwiek zmienić. Miałem świadomość, że wyglądam groteskowo - nos spuchnięty, krzywy, zaschnięte smugi krwi pod ustami - właśnie dlatego wolałem patrzeć przed siebie, w jasne niebo i ciemną część ogrodu, wszędzie, ale nie na nią. Jej słowa docierały do mnie mimo wszystko - miękkie, próbujące dopasować się do tego, co uważała za sensowne. Kiwnąłem głową raz, machinalnie, bardziej po to, żeby zaznaczyć, że słyszę, niż, żeby cokolwiek potwierdzić. Nie było we mnie chęci, by się tłumaczyć. Nie byłem przygotowany, ani chętny, żeby rozkładać na części pierwsze swoje mechanizmy, ani swoje wybory.
Zdawałem sobie sprawę z tego, że to, co mówiła, miało sens, widziałem to - o tak - i widziałem, jak usiłowała sprowadzić wszystko do porządku, punktu, gdzie dałoby się to spiąć logiką. Starała się, to było dla mnie nowe, ale nie do końca proste, bo wiedziałem też, że ta logika nie mogła naruszyć fundamentów, na których pozostałem po tym, jak zawaliła się ostatnia część znanego mi świata. Nie dlatego, że byłem z gruntu nieczuły, ani nie przez to, iż nie doceniałem gestów dobrej woli. Po prostu miałem swoją drogę i swoje warunki. Nie oczekiwałem, że ktoś będzie je rozumiał od razu, ani że będzie je akceptował bez mrugnięcia okiem.
W głębi duszy nie wiedziałem, czy mam jej uwierzyć. Nie dlatego, że była nieszczera, ale dlatego, iż ludzie w takich chwilach zawsze wierzyli, że potrafią się powstrzymać, a potem okazywało się, że ciekawość i lęk zwyciężają. Widziałem to tysiąc razy wcześniej - właśnie to sprawiało mi największą trudność, będąc cięższym, niż fizyczny ból, do którego samego w sobie byłem przyzwyczajony. Obróciłem buteleczkę eliksiru w palcach, wpatrując się w jej zawartość - powinienem wypić ją i mieć to z głowy, łatwo byłoby udowodnić, że sam doskonale sobie poradzę, więc dlaczego czułem się z tym źle? Tak, jakbym, robiąc to, zadowalał się marną prowokacją. Słowa Prue wcale nie brzmiały dobrze - miały posmak goryczy i wymuszonej uległości, z którą wcale nie było mi dobrze.
- Tak, to nie powinno szię powtószyś. - Głęboko zaczerpnąłem powietrze, okupując to skrzywieniem i bólem. Powinniśmy porozmawiać - było to jasne, a żeby do tego doszło, powinienem w jakikolwiek stopniu wrócić do formy, natomiast ku temu, aby to zrobić, istniały wyłącznie dwie drogi. Musiałem wybrać słuszną. - Jeśli to jeszcze aktualne, gdzie mam usiąść?
Kiedy rzuciła to swoje: „Nie przywykłam do takich widoków.”, uśmiechnąłem się krzywo. Nie z radości, raczej z rezygnacji, ponieważ nie chciałem jej tłumaczyć, że dla mnie to był chleb powszedni - krew, siniaki i złamany nos nie robiły na mnie wrażenia, bo od dawna wiedziałem, że właśnie tak wygląda mój świat, a jeśli ktoś zamierzał w nim zostać dłużej, musiał przyjąć to do wiadomości - była na to zbyt inteligentna, sama mi mówiła, że wie, na co się pisze, a było to zaledwie noc wcześniej.
- Uwiesz mi, to naplawdę nic. - Powiedziałem cicho, odwracając głowę w bok. Stałem obok niej na balkonie - na tyle, że w mgnieniu oka mogłem znaleźć się tuż przy niej, lecz nie zrobiłem tego, nie patrzyłem na Prudence tak, jakby to miało cokolwiek zmienić. Miałem świadomość, że wyglądam groteskowo - nos spuchnięty, krzywy, zaschnięte smugi krwi pod ustami - właśnie dlatego wolałem patrzeć przed siebie, w jasne niebo i ciemną część ogrodu, wszędzie, ale nie na nią. Jej słowa docierały do mnie mimo wszystko - miękkie, próbujące dopasować się do tego, co uważała za sensowne. Kiwnąłem głową raz, machinalnie, bardziej po to, żeby zaznaczyć, że słyszę, niż, żeby cokolwiek potwierdzić. Nie było we mnie chęci, by się tłumaczyć. Nie byłem przygotowany, ani chętny, żeby rozkładać na części pierwsze swoje mechanizmy, ani swoje wybory.
Zdawałem sobie sprawę z tego, że to, co mówiła, miało sens, widziałem to - o tak - i widziałem, jak usiłowała sprowadzić wszystko do porządku, punktu, gdzie dałoby się to spiąć logiką. Starała się, to było dla mnie nowe, ale nie do końca proste, bo wiedziałem też, że ta logika nie mogła naruszyć fundamentów, na których pozostałem po tym, jak zawaliła się ostatnia część znanego mi świata. Nie dlatego, że byłem z gruntu nieczuły, ani nie przez to, iż nie doceniałem gestów dobrej woli. Po prostu miałem swoją drogę i swoje warunki. Nie oczekiwałem, że ktoś będzie je rozumiał od razu, ani że będzie je akceptował bez mrugnięcia okiem.
W głębi duszy nie wiedziałem, czy mam jej uwierzyć. Nie dlatego, że była nieszczera, ale dlatego, iż ludzie w takich chwilach zawsze wierzyli, że potrafią się powstrzymać, a potem okazywało się, że ciekawość i lęk zwyciężają. Widziałem to tysiąc razy wcześniej - właśnie to sprawiało mi największą trudność, będąc cięższym, niż fizyczny ból, do którego samego w sobie byłem przyzwyczajony. Obróciłem buteleczkę eliksiru w palcach, wpatrując się w jej zawartość - powinienem wypić ją i mieć to z głowy, łatwo byłoby udowodnić, że sam doskonale sobie poradzę, więc dlaczego czułem się z tym źle? Tak, jakbym, robiąc to, zadowalał się marną prowokacją. Słowa Prue wcale nie brzmiały dobrze - miały posmak goryczy i wymuszonej uległości, z którą wcale nie było mi dobrze.
- Tak, to nie powinno szię powtószyś. - Głęboko zaczerpnąłem powietrze, okupując to skrzywieniem i bólem. Powinniśmy porozmawiać - było to jasne, a żeby do tego doszło, powinienem w jakikolwiek stopniu wrócić do formy, natomiast ku temu, aby to zrobić, istniały wyłącznie dwie drogi. Musiałem wybrać słuszną. - Jeśli to jeszcze aktualne, gdzie mam usiąść?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)