30.09.2025, 10:37 ✶
– Będę musiał się temu przyjrzeć, racja – odrzekł, myśląc już o tym, co będzie mógł ugotować Monie ze skromną pomocą kapłanki Fantazji. W końcu teraz siedział w jej mieszkaniu i chociaż dokładał się do czynszu, musiał też pomagać w inny sposób. Nie wypadało przecież, żeby, niczym jakiś obibok, siedział tylko w domu, podczas gdy zarówno Mo, jak i Matilda chodziły do pracy.
A propos pracy... była jedna rzecz, o którą zamierzał Basila poprosić. Ale to później.
Kiedy znaleźli się w sklepie, Icarus niemal cofnął się o krok do tyłu w reakcji na wszechobecny chaos. Rozwrzeszczany facet i jego rodzina kompletnie niewiedząca, co z tym fantem począć... To nie mogło służyć interesom. A sprawę należało załatwić szybko, bo w razie dłuższej afery, plotka mogłaby roznieść się po całym magicznym Londynie.
Jednak to słowa, które wykrzykiwał ów jegomość były najważniejsze. Każdy historyk zajmujący się starożytnym Rzymem rozpoznawał je od tak, od razu. Icarus nie był wyjątkiem. Uśmiechnął się do Basiliusa niespodziewanie, bo pomieszczenie przepełnione było raczej trwogą niż radością. Szczególnie dziwne musiało się to wydawać rodzinie zaklętego mężczyzny.
– Commentarii rerum gestarum belli Gallici – powiedział, ściągając na siebie zdziwione spojrzenia nieprzeklętej części rodziny O'Harów. – No przecież... Basilu, on nie nauczył się nagle łaciny. On cytuje. Akcent ma dość kiepski, raczej w duchu mugolskiej łaciny kościelnej niż restytuty. A nie miałoby to sensu, bo to co krzyczy, to treść najsłynniejszego dzieła Cezara. De bello Gallico, po naszemu O wojnie galijskiej. Nie wiem, czy w ogóle ma sens rozmawianie z nim. Tylko co z tymi wieńcami?
Icarus spojrzał na zrobione przez O'Harę imitacje starożytnych odznaczeń. Nie tylko były zrobione po amatorsku (zresztą kto by potrafił robić takie rzeczy z pasków od spodni?), to jednocześnie widać było w nich podobieństwo do niespecjalnie zgodnego z prawdą historyczną obrazu wieńców laurowych. Wyglądały jak wyjęte z okładki taniego wydania książki o starożytnym Rzymie.
A propos pracy... była jedna rzecz, o którą zamierzał Basila poprosić. Ale to później.
Kiedy znaleźli się w sklepie, Icarus niemal cofnął się o krok do tyłu w reakcji na wszechobecny chaos. Rozwrzeszczany facet i jego rodzina kompletnie niewiedząca, co z tym fantem począć... To nie mogło służyć interesom. A sprawę należało załatwić szybko, bo w razie dłuższej afery, plotka mogłaby roznieść się po całym magicznym Londynie.
Jednak to słowa, które wykrzykiwał ów jegomość były najważniejsze. Każdy historyk zajmujący się starożytnym Rzymem rozpoznawał je od tak, od razu. Icarus nie był wyjątkiem. Uśmiechnął się do Basiliusa niespodziewanie, bo pomieszczenie przepełnione było raczej trwogą niż radością. Szczególnie dziwne musiało się to wydawać rodzinie zaklętego mężczyzny.
– Commentarii rerum gestarum belli Gallici – powiedział, ściągając na siebie zdziwione spojrzenia nieprzeklętej części rodziny O'Harów. – No przecież... Basilu, on nie nauczył się nagle łaciny. On cytuje. Akcent ma dość kiepski, raczej w duchu mugolskiej łaciny kościelnej niż restytuty. A nie miałoby to sensu, bo to co krzyczy, to treść najsłynniejszego dzieła Cezara. De bello Gallico, po naszemu O wojnie galijskiej. Nie wiem, czy w ogóle ma sens rozmawianie z nim. Tylko co z tymi wieńcami?
Icarus spojrzał na zrobione przez O'Harę imitacje starożytnych odznaczeń. Nie tylko były zrobione po amatorsku (zresztą kto by potrafił robić takie rzeczy z pasków od spodni?), to jednocześnie widać było w nich podobieństwo do niespecjalnie zgodnego z prawdą historyczną obrazu wieńców laurowych. Wyglądały jak wyjęte z okładki taniego wydania książki o starożytnym Rzymie.