Uśmiechnęła się pod nosem na odpowiedź wampira, nie zamierzając dalej ciągnąć tematu jego uderzającego podobieństwa do Anthonego – raz, że byłoby to niegrzeczne, a dwa, że męczące najpewniej dla obu stron. Jej własna cierpliwość w obliczu ostatnich dni też zresztą pozostawiała wiele do życzenia, nerwy miała napięte, niewiele spała, zmartwienie, które niczym gałązka cierniowa wciskało się pod skórę i raniło, oplatając się wokół niej zapierając dech w piersiach, w końcu zbierało swoje żniwo. Victoria marzyła o tym, żeby w końcu się wyspać i odpocząć, lecz był to luksus, na który nie było jej w tej chwili stać. Jej rodzina straciła właściwie wszystko. Co z tego, że posiadłość rodowa stała, skoro wszystkie prywatne rzeczy jakie mieli zostały doszczętnie i bezpowrotnie zniszczone? Ubrania, najpotrzebniejsze rzeczy – jej siostry nie miały w zasadzie nic oprócz tego, w czym były tego nieszczęsnego dnia, to samo zresztą z jej rodzicami. I chociaż wszyscy mieli teraz dach nad głową, a stosy galeonów w skrytkach Gringotta nie odczuwały wielkiego uszczuplenia, to uzbieranie wszystkiego od nowa zajmie czas. A rzemieślnicy byli zajęci i nie mieli go zbyt wiele…
– Anglia ostatnimi czasy nie może narzekać na nudę – odparła lekko, gdy tak szli obok siebie, a jej wzrok również ślizgał się po roślinach widocznych w półmroku oświetlanym latarenkami. Większość kwiatów już spala, zamknąwszy swoje kielichy, ale nie wszystkie. W tym wszystkim czerń róż wyglądających tak, jakby były hodowane na jakąś wystawę, na konkurs, w którym miały zająć pierwsze miejsce, była jak latarnia… tylko odwrotna. Przykuwały uwagę swoim mrokiem i tajemnicą. Zaprzątały głowę Victorii, która martwiła się niezwykłą zbieżnością czasu; pojawienie się czarnych róż, nieodłącznych towarzyszy rodziny Lestrange, później Spalona Noc… nawet elfy mieszkające w Maida Vale nienpokazywały się tak chętnie, pewnie równie przerażone syruacją co większość ludzi. Fakt, że trop za różami prowadził też na nieszczęsną Polanę Ognisk również nie napawał jej optymizmem. – Wypalił? Mam nadzieję że to tylko dobór słów – dodała, gotowa puścić oko do hrabiego, gdyby tylko na nią spojrzał. Był to niewątpliwie sytuacyjny dobór słów, który na swój sposób ją rozbawił. Nie zamierzała go jednak ciągnąć za język. Obserwowała gonzo ciekawością, zainteresowaniem. Miała do czynienia z wampirami, ale głównie… młodymi. Joseph Rookwood z pewnością był wiekowy, ale ich interakcja nie była przesadnie długa, na pewien jednak sposób przypominał on jej Gabriela. Czy raczej Gabriel przywiewał wspomnienie Josepha. No i były też jeszcze jej własne wspomnienia wryte w pamięć i zmiksowane z doświadczeniami babci. Być może dlatego w odpowiedzi kiwnęła w zamyśleniu głową, widząc logikę wypowiedzi Montbela. – Jeśli mogę, nie wydaje się to dziwne. Perspektywa dziesiątek a nawet setek lat życia z pewnością wpływa na postrzeganie i przyzwyczajenia – odpowiedziała mu lekko, zatrzymując się na chwilę, a jej uwaga przeniosła się teraz na mężczyznę, nie ma róże. – W takim razie chyba powinnam pogratulować nowego etapu w życiu? – brzmiało jakby to było dla tego wampira ważne, ta zmiana, skoro mówił o tym nawet jej, w zasadzie całkowicie obcej mu osobie.
– Nie dla każdego jest to takie oczywiste. Dla niektórych nadal pokutują uprzedzenia i historie które są tylko jedną monetą prawdy – sama miała podejście bardzo podobne do Gabriela: że ludzie potrafili być takimi samymi, jak nie większymi, potworami. Zawsze powtarzała to zresztą Saurielowi, nie chcąc słyszeć o tym, że sam nazywa się potworem. Nigdy go zresztą nie potępiła za to, że żył w nocy i żywł się krwią. Jasne, na początku było to dla niej dziwne, ale odmawiała bania się tego, a ostatecznie przywykła i brała to za coś absolutnie normalnego. Za część życia wampirów. Nie musieli przecież zabijać, żeby się napić krwi. Ludzie z kolei wręcz przeciwnie, jeśli jeśli mięso… – Co jest absurdalne. Nie jesteśmy przecież barbarzyńcami niezdolnymi do wyciągania wniosków i nauki o tym, co nieznane – zauważyła braku zębów: kolejna różnica, bo Sauriela bardzo chętnie swoje kły pokazywał, ich relacja była jednak znacznie inna. Lestrange uśmiechnęła się lekko do Gabriela.
– Nie, nie amerykański. Czarne róże to trochę zagadka, jeśli mam być szczera. Pojawiły się nagle, z dnia na dzień, ledwo ponad tydzień temu, jakby rosły tu od zawsze. Prawda jest jednak taka, że nie jest to pierwszy raz w historii, musieliśmy trochę poszukać i najwyraźniej są ściśle związane z naszą rodziną… i może mi pan wierzyć lub nie, ale najpewniej pochodzą z Francji – mówiąc to patrzyła na róże przy których się zatrzymali, by na końcu przenieść ciemne spojrzenie na Gabriela. – Rodzina Lestrange też pochodzi z Francji – dodała, pozwalając na minimalny uśmieszek na ustach.