30.09.2025, 12:44 ✶
Był taki czas w ich wspólnym życiu, gdy Ambroise rzeczywiście myślał o tym, by założyć rodzinę, uprzednio formalnie się ustatkowując i podążając za tymi wszystkimi tradycyjnymi etapami związku. Co prawda, nie dało się ukryć, że trochę im to zajęło. Byli razem przez wiele lat, zanim w ogóle zaczęło docierać do niego, że myśl o pąklach przestała być dlań aż tak abstrakcyjna. Stała się czymś całkiem naturalnym, zupełnie normalnym. Tak jak to, co wiedział praktycznie od samego początku: że nie widzi dla siebie nikogo innego, nikogo innego też nie chce. Wóz albo przewóz, nieprawdaż?
Po tamtym niechlubnym momencie i po tym wszystkim, co do doprowadziło do ich rozstania, całkowicie świadomie nie próbował układać sobie przyszłości. Nie szukał miłości, nawet jeśli jednocześnie wcale nie prowadził się jak mnich. Zamiast tego, wszystkie swoje wybryki sprowadzał do najprostszych mechanizmów. Do czystej fizyczności i niczego więcej. Nie, nie myślał o tym, aby nie zakochać się ponownie. Nie musiał tego robić. W głębi duszy doskonale wiedział, że mu to nie grozi.
Tak, wybrał samotność. Wydawało mu się nawet, że jego własna rodzina również zaczęła to akceptować. Jasne, Evelyn nadal umawiała go do towarzystwa podczas wydarzeń socjety, wciąż zdarzyło mu się pojawić u boku jakiejś panny, ale jednocześnie jego najbliżsi chyba zaczęli powoli przywykać do myśli, że nic z tego nie będzie. Kto wie, może poniekąd dlatego zrobili sobie własne nowe dziecko? W końcu, nie dało się ukryć, Thomas Greengrass był pod tym względem całkiem zachowawczy.
Mając do dyspozycji córkę, która postanowiła zaręczyć się z kawalerem, jaki przypadkowo jej się oświadczył... ...i tak, Ambroise w dalszym ciągu nie dowierzał w to, aby ten układ miał zostać wyjątkowo szybko zerwany; wydawało mu się wręcz, że Roselyn ostatecznie miała zawrzeć związek małżeński z Anthonym... ...oraz syna, który niechybnie coraz bardziej się starzał, nie mając dzieci, za to rezygnując z wieloletniej relacji, która powinna skończyć się ślubem, a jednak niespodziewanie uległa rozpadowi.
Cóż. Gdy Roise tak o tym myślał, zrobienie sobie nowego, lepiej przystosowanego dziedzica przez jego ojca i macochę miało swój pokrętny sens. W teorii miało być gwarantem zachowania władzy i wpływu, pozostawienia linii rodowej na właściwym torze, przełykając zawód spowodowany zachowaniem najstarszego syna i jego rychłej bezdzietności.
A teraz? Nie tylko brali ślub z Geraldine, lecz także spodziewali się dziecka, które miało pojawić się za około pół roku. Nawet jemu samemu trudno było nadążyć za wszelkimi zmianami, jakie nastąpiły w ich życiu. Jeszcze kilka tygodni wcześniej dopuszczał do siebie myśl, że być może któregoś dnia wyjdzie z domu, stawiając się na miejscu spotkania, po czym już nigdy nie wróci. Tymczasem nagle siedział na ganku na angielskiej wsi, wpatrując się prosto w niebieskie oczy narzeczonej i bezwiednie kiwając głową, gdy mówiła mu o ich córce.
- Na pewno nie masz żadnych prekognitywnych predyspozycji? - Uniósł kącik ust, uśmiechając się wymownie. - Ilekroć mówisz coś z tak dużą pewnością, zazwyczaj się spełnia - nie miał żadnych oporów przed tym, aby to zauważyć i wyciągnąć, nawet jeśli już wcześniej rozmawiali o rzekomej normalności jego narzeczonej i braku tych zdolności.
Tak, lubił w takich momentach zaznaczać to, w jaki sposób mówiła, że ma rację. Poniekąd nie mógł odpuścić sobie tego lekkiego zaczepienia jej, delikatnego kuksańca, luźno rzuconej sugestii, że może jednak była specjalna, skoro nie istniała szansa na to, by się myliła.
Wierzył w przeczucia Geraldine. Wierzył w nie, gdy tak to ujmowała. A co do pewności, że ich pąkiel będzie wyjątkowo uparty? Tak, tu nie istniała żadna inna opcja.
- Staruszkowie będą mieć ubaw - mruknął, nie tłumiąc parsknięcia.
Oczywiście, że wszyscy, którzy mówili mu, że jeszcze sam kiedyś zobaczy i ci, którzy wręcz wewnętrznie życzyli mu takiego dzieciaka, jakim był on sam, mieli mieć wyjątkowo dużo satysfakcji. Tym bardziej, że oboje mieli na bieżąco poznawać tajniki rodzicielstwa. Nie do końca byli na nie przygotowani, nieprawdaż?
Nie znał się na dzieciach. To nigdy nie było coś, czym jakoś szczególnie mógłby się interesować. Wręcz przeciwnie, przez parę lat... ...mniej więcej od momentu, gdy urodziła się jego młodsza siostra do chwili, kiedy ukończył Hogwart... ...poniekąd czuł się odstawiony na boczny tor. To niezbyt korzystnie wpływało na naukę obsługi niemowląt i ich wychowania.
Kiedy wracał do domu rodzinnego w Dolinie, wszystko skupiało się wokół jego małej siostry i jej potrzeb. Jasne, w pewnym momencie przyszło mu to zaakceptować i samemu angażować się w opiekę oraz wsparcie. Od tamtej pory robił to raczej bez większego zawahania.
Jednakże nie dało się ukryć, że nie był szczególnie zainteresowany początkami ciąży macochy. Nie czuł wtedy ekscytacji na myśl o małym dziecku w domu. Nie traktował tego jak okazji do zdobycia wiedzy. Szczególnie, że przecież przez wiele lat nie chciał mieć własnego potomstwa. Nie wydawało mu się to w żaden sposób potrzebne. Był to raczej obowiązek, którego nie chciał się podjąć.
Tak. Mógł być uzdrowicielem. Mógł znać się na medycynie. Mógł odbyć staż i tak dalej. Mógł również mieć wiele okazji do tego, aby leczyć dzieci i kobiety w ciąży. Tyle tylko, że niemal zawsze, gdy ktoś taki trafiał na jego oddział, przekazywał go innemu magomedykowi o bardziej naturalnych predyspozycjach do opieki nad takimi przypadkami. Prywatnie również nie zwykł świadczyć podobnych usług. Jego zaangażowanie w sprawę było ostatecznością. Miało miejsce tylko wtedy, gdy nikt inny nie był dostępny. Czyli nieczęsto.
Tak. Miał braki. Nawet jako chrzestny kilkorga dzieci. Nawet jako przyjaciel ludzi posiadających pąkle. Nawet jako starszy brat. Był tego świadomy, nawet jeśli sam z siebie o tym nie mówił i nie mógł zapeszać, bo to po prostu miało być wyzwanie.
Czekało ich całkiem dużo wyzwań, tak po prawdzie.
- Nic nie musisz - prychnął odruchowo, kręcąc głową. - Po prostu sobie poradzisz. Mógłbym powiedzieć poradzimy, ale to ty mu go wpychasz, tak? - Nie zamierzał sam z siebie wychylać się do żadnego z tych zadań, nawet jeśli ciężarny pies teoretycznie był ich wspólnym domownikiem.
Tak, Rina miała siłę przebicia. Gdy tak sobie o tym myślał, całkiem zgrabnie zamaskowała informację o trzecim psie. Psia ciąża także niezbyt mocno go przejęła. Nie po tym, czego się spodziewał i co myślał w pierwszej chwili. Uświadamiając to sobie, choć całkiem powoli, pokręcił głową, nabierając powietrza w płuca. No cóż, zawsze mogło być gorzej.
Co zaś tyczyło się drugiego szczeniaka...
- On nie ma własnego domu. Wiesz o tym, prawda? Raczej nie sądzę, by chciał na stałe tu zostać - niby nie sugerował, że Benjy miał nie zabrać ze sobą psa, ale...
...no właśnie. Właśnie tak. Z jakiegoś powodu żadnego nie miał. Ani domu, ani psiego towarzysza.
Po tamtym niechlubnym momencie i po tym wszystkim, co do doprowadziło do ich rozstania, całkowicie świadomie nie próbował układać sobie przyszłości. Nie szukał miłości, nawet jeśli jednocześnie wcale nie prowadził się jak mnich. Zamiast tego, wszystkie swoje wybryki sprowadzał do najprostszych mechanizmów. Do czystej fizyczności i niczego więcej. Nie, nie myślał o tym, aby nie zakochać się ponownie. Nie musiał tego robić. W głębi duszy doskonale wiedział, że mu to nie grozi.
Tak, wybrał samotność. Wydawało mu się nawet, że jego własna rodzina również zaczęła to akceptować. Jasne, Evelyn nadal umawiała go do towarzystwa podczas wydarzeń socjety, wciąż zdarzyło mu się pojawić u boku jakiejś panny, ale jednocześnie jego najbliżsi chyba zaczęli powoli przywykać do myśli, że nic z tego nie będzie. Kto wie, może poniekąd dlatego zrobili sobie własne nowe dziecko? W końcu, nie dało się ukryć, Thomas Greengrass był pod tym względem całkiem zachowawczy.
Mając do dyspozycji córkę, która postanowiła zaręczyć się z kawalerem, jaki przypadkowo jej się oświadczył... ...i tak, Ambroise w dalszym ciągu nie dowierzał w to, aby ten układ miał zostać wyjątkowo szybko zerwany; wydawało mu się wręcz, że Roselyn ostatecznie miała zawrzeć związek małżeński z Anthonym... ...oraz syna, który niechybnie coraz bardziej się starzał, nie mając dzieci, za to rezygnując z wieloletniej relacji, która powinna skończyć się ślubem, a jednak niespodziewanie uległa rozpadowi.
Cóż. Gdy Roise tak o tym myślał, zrobienie sobie nowego, lepiej przystosowanego dziedzica przez jego ojca i macochę miało swój pokrętny sens. W teorii miało być gwarantem zachowania władzy i wpływu, pozostawienia linii rodowej na właściwym torze, przełykając zawód spowodowany zachowaniem najstarszego syna i jego rychłej bezdzietności.
A teraz? Nie tylko brali ślub z Geraldine, lecz także spodziewali się dziecka, które miało pojawić się za około pół roku. Nawet jemu samemu trudno było nadążyć za wszelkimi zmianami, jakie nastąpiły w ich życiu. Jeszcze kilka tygodni wcześniej dopuszczał do siebie myśl, że być może któregoś dnia wyjdzie z domu, stawiając się na miejscu spotkania, po czym już nigdy nie wróci. Tymczasem nagle siedział na ganku na angielskiej wsi, wpatrując się prosto w niebieskie oczy narzeczonej i bezwiednie kiwając głową, gdy mówiła mu o ich córce.
- Na pewno nie masz żadnych prekognitywnych predyspozycji? - Uniósł kącik ust, uśmiechając się wymownie. - Ilekroć mówisz coś z tak dużą pewnością, zazwyczaj się spełnia - nie miał żadnych oporów przed tym, aby to zauważyć i wyciągnąć, nawet jeśli już wcześniej rozmawiali o rzekomej normalności jego narzeczonej i braku tych zdolności.
Tak, lubił w takich momentach zaznaczać to, w jaki sposób mówiła, że ma rację. Poniekąd nie mógł odpuścić sobie tego lekkiego zaczepienia jej, delikatnego kuksańca, luźno rzuconej sugestii, że może jednak była specjalna, skoro nie istniała szansa na to, by się myliła.
Wierzył w przeczucia Geraldine. Wierzył w nie, gdy tak to ujmowała. A co do pewności, że ich pąkiel będzie wyjątkowo uparty? Tak, tu nie istniała żadna inna opcja.
- Staruszkowie będą mieć ubaw - mruknął, nie tłumiąc parsknięcia.
Oczywiście, że wszyscy, którzy mówili mu, że jeszcze sam kiedyś zobaczy i ci, którzy wręcz wewnętrznie życzyli mu takiego dzieciaka, jakim był on sam, mieli mieć wyjątkowo dużo satysfakcji. Tym bardziej, że oboje mieli na bieżąco poznawać tajniki rodzicielstwa. Nie do końca byli na nie przygotowani, nieprawdaż?
Nie znał się na dzieciach. To nigdy nie było coś, czym jakoś szczególnie mógłby się interesować. Wręcz przeciwnie, przez parę lat... ...mniej więcej od momentu, gdy urodziła się jego młodsza siostra do chwili, kiedy ukończył Hogwart... ...poniekąd czuł się odstawiony na boczny tor. To niezbyt korzystnie wpływało na naukę obsługi niemowląt i ich wychowania.
Kiedy wracał do domu rodzinnego w Dolinie, wszystko skupiało się wokół jego małej siostry i jej potrzeb. Jasne, w pewnym momencie przyszło mu to zaakceptować i samemu angażować się w opiekę oraz wsparcie. Od tamtej pory robił to raczej bez większego zawahania.
Jednakże nie dało się ukryć, że nie był szczególnie zainteresowany początkami ciąży macochy. Nie czuł wtedy ekscytacji na myśl o małym dziecku w domu. Nie traktował tego jak okazji do zdobycia wiedzy. Szczególnie, że przecież przez wiele lat nie chciał mieć własnego potomstwa. Nie wydawało mu się to w żaden sposób potrzebne. Był to raczej obowiązek, którego nie chciał się podjąć.
Tak. Mógł być uzdrowicielem. Mógł znać się na medycynie. Mógł odbyć staż i tak dalej. Mógł również mieć wiele okazji do tego, aby leczyć dzieci i kobiety w ciąży. Tyle tylko, że niemal zawsze, gdy ktoś taki trafiał na jego oddział, przekazywał go innemu magomedykowi o bardziej naturalnych predyspozycjach do opieki nad takimi przypadkami. Prywatnie również nie zwykł świadczyć podobnych usług. Jego zaangażowanie w sprawę było ostatecznością. Miało miejsce tylko wtedy, gdy nikt inny nie był dostępny. Czyli nieczęsto.
Tak. Miał braki. Nawet jako chrzestny kilkorga dzieci. Nawet jako przyjaciel ludzi posiadających pąkle. Nawet jako starszy brat. Był tego świadomy, nawet jeśli sam z siebie o tym nie mówił i nie mógł zapeszać, bo to po prostu miało być wyzwanie.
Czekało ich całkiem dużo wyzwań, tak po prawdzie.
- Nic nie musisz - prychnął odruchowo, kręcąc głową. - Po prostu sobie poradzisz. Mógłbym powiedzieć poradzimy, ale to ty mu go wpychasz, tak? - Nie zamierzał sam z siebie wychylać się do żadnego z tych zadań, nawet jeśli ciężarny pies teoretycznie był ich wspólnym domownikiem.
Tak, Rina miała siłę przebicia. Gdy tak sobie o tym myślał, całkiem zgrabnie zamaskowała informację o trzecim psie. Psia ciąża także niezbyt mocno go przejęła. Nie po tym, czego się spodziewał i co myślał w pierwszej chwili. Uświadamiając to sobie, choć całkiem powoli, pokręcił głową, nabierając powietrza w płuca. No cóż, zawsze mogło być gorzej.
Co zaś tyczyło się drugiego szczeniaka...
- On nie ma własnego domu. Wiesz o tym, prawda? Raczej nie sądzę, by chciał na stałe tu zostać - niby nie sugerował, że Benjy miał nie zabrać ze sobą psa, ale...
...no właśnie. Właśnie tak. Z jakiegoś powodu żadnego nie miał. Ani domu, ani psiego towarzysza.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down