30.09.2025, 14:15 ✶
Przeczesała palcami splątane włosy czarodzieja, gdy oparł się tak nisko o jej łóżko; dokładnie w tej samej manierze co zazwyczaj głaskała swojego kota.
Była w tym wszystkim czułość, której Lorien nie okazywała nikomu na co dzień. Nawet zwykle dość ostry i charakterystyczny włoski akcent gdzieś się rozpłynął.
Mów dalej.
Więc mówiła. O swoich ulubionych miejscach - ogrodach posiadłości, gdzie spędzała jako dziecko tyle czasu w wakacje. O altanie, gdzie w lecie tak często przesiadywała Selina Mulciber. O spalonym skrzydle, do którego się nie wchodziło. Posiadłość była domem szepczących po nocach cieni, portretów przodków i członków rodziny. Przemilczała jednak to, że miejsce Roberta na ścianie jest puste, tak jak jego ojca.
Początkowo jedynym co dostał w odpowiedzi na swoje zatroskane pytanie było milczenie. Stare, tak dobrze znajome, gdy wycofywała się z rozmowy. Patrzyła mu w oczy przez kilka sekund, gotowa uciec, gdy nadarzy się ku temu pierwsza okazja. Ale nie uciekła.
- Myślałam, że spędzę w tamtych murach całe życie.- Powiedziała. Tak po prostu, z całą szczerością na jaką potrafiła się zdobyć w temacie, o którym nie rozmawiała praktycznie wcale.- Uważałam, że zasłużyłam, żeby zostać panią na Mulciber Manor. Ale Donald wziął za żonę pannę Burke, a ja trafiłam do Ministerstwa. Z perspektywy czasu nawet im się nie dziwię. Ani mojemu ojcu, ani wujowi. Nikt nie chce skazić swojego rodu klątwą krwi.- Ostatnie słowa powiedziała z wyraźnym żalem.- Nie bierzesz maledictusa za żonę, bo wierzysz, że urodzi ci syna i zapewni ciągłość rodziny. Nie ryzykujesz. Bierzesz ją za żonę z litości. Albo kiedy jest ci już wszystko jedno i po prostu chcesz mieć przy boku coś co cieszy oko. Wiesz, wysłać do osobnej sypialni, pokazywać się z nią publicznie udając uczucia, których nie ma…- Pozwoliła zapaść między nimi ciężkiej ciszy.- Mój mąż Robert taki był.
To był jeden z tych drobiazgów, o którym z reguły milczano, skupiając się na wszystkim innym. "Oj jaka biedna dziewczynka, nie dożyje swoich czterdziestych urodzin" wzdychało się gładząc chore panienki po główkach. Mówiło się o tym jakie są delikatne, wątłe, wyszkolone w kontroli emocji, bo emocje mogły je zabić szybciej niż zaklęcia. Ale nigdy o tym jak bardzo są wybrakowane.
Nie ruszała więcej tematu. Tyle musiało Anthony’emu wystarczyć z opowieści Lorien Crouch o posiadłości na wrzosowiskach.
Z ulgą przyjęła jego aprobatę.
Nawet jeśli lata przyjaźni nauczyły ją, że nie można mu w pełni ufać. Po prawdzie, nikomu nie można było ufać w ich małym politycznym świecie, więc nie było to w jej odczuciu aż tak personalne. Czy otrzymałaby jego poparcie? Czy pozwoliłby jej korzystać ze swoich szerokich kontaktów? A może sam użyłby, żeby uciszyć przeciwników?
Pewnie tak. Ale gdy było się Anthony’m Shafiqiem było się przyjacielem wszystkich. Czyli nikogo. Dziś opowie się po jej stronie, a jutro zobaczy go przy boku Roberta.
Starała się o tym nie myśleć, bo nie był to ani czas ani miejsce na udowadnianie wierności i lojalności. Dlatego po prostu westchnęła cicho.
- Porozmawiamy o tym innym razem.- Pogłaskała go po policzku po raz ostatni, po czym wreszcie cofnęła dłonie.- Myślę, że na razie świat potrzebuje wziąć głęboki oddech i odpocząć. Chociaż przez moment.
Była w tym wszystkim czułość, której Lorien nie okazywała nikomu na co dzień. Nawet zwykle dość ostry i charakterystyczny włoski akcent gdzieś się rozpłynął.
Mów dalej.
Więc mówiła. O swoich ulubionych miejscach - ogrodach posiadłości, gdzie spędzała jako dziecko tyle czasu w wakacje. O altanie, gdzie w lecie tak często przesiadywała Selina Mulciber. O spalonym skrzydle, do którego się nie wchodziło. Posiadłość była domem szepczących po nocach cieni, portretów przodków i członków rodziny. Przemilczała jednak to, że miejsce Roberta na ścianie jest puste, tak jak jego ojca.
Początkowo jedynym co dostał w odpowiedzi na swoje zatroskane pytanie było milczenie. Stare, tak dobrze znajome, gdy wycofywała się z rozmowy. Patrzyła mu w oczy przez kilka sekund, gotowa uciec, gdy nadarzy się ku temu pierwsza okazja. Ale nie uciekła.
- Myślałam, że spędzę w tamtych murach całe życie.- Powiedziała. Tak po prostu, z całą szczerością na jaką potrafiła się zdobyć w temacie, o którym nie rozmawiała praktycznie wcale.- Uważałam, że zasłużyłam, żeby zostać panią na Mulciber Manor. Ale Donald wziął za żonę pannę Burke, a ja trafiłam do Ministerstwa. Z perspektywy czasu nawet im się nie dziwię. Ani mojemu ojcu, ani wujowi. Nikt nie chce skazić swojego rodu klątwą krwi.- Ostatnie słowa powiedziała z wyraźnym żalem.- Nie bierzesz maledictusa za żonę, bo wierzysz, że urodzi ci syna i zapewni ciągłość rodziny. Nie ryzykujesz. Bierzesz ją za żonę z litości. Albo kiedy jest ci już wszystko jedno i po prostu chcesz mieć przy boku coś co cieszy oko. Wiesz, wysłać do osobnej sypialni, pokazywać się z nią publicznie udając uczucia, których nie ma…- Pozwoliła zapaść między nimi ciężkiej ciszy.- Mój mąż Robert taki był.
To był jeden z tych drobiazgów, o którym z reguły milczano, skupiając się na wszystkim innym. "Oj jaka biedna dziewczynka, nie dożyje swoich czterdziestych urodzin" wzdychało się gładząc chore panienki po główkach. Mówiło się o tym jakie są delikatne, wątłe, wyszkolone w kontroli emocji, bo emocje mogły je zabić szybciej niż zaklęcia. Ale nigdy o tym jak bardzo są wybrakowane.
Nie ruszała więcej tematu. Tyle musiało Anthony’emu wystarczyć z opowieści Lorien Crouch o posiadłości na wrzosowiskach.
Z ulgą przyjęła jego aprobatę.
Nawet jeśli lata przyjaźni nauczyły ją, że nie można mu w pełni ufać. Po prawdzie, nikomu nie można było ufać w ich małym politycznym świecie, więc nie było to w jej odczuciu aż tak personalne. Czy otrzymałaby jego poparcie? Czy pozwoliłby jej korzystać ze swoich szerokich kontaktów? A może sam użyłby, żeby uciszyć przeciwników?
Pewnie tak. Ale gdy było się Anthony’m Shafiqiem było się przyjacielem wszystkich. Czyli nikogo. Dziś opowie się po jej stronie, a jutro zobaczy go przy boku Roberta.
Starała się o tym nie myśleć, bo nie był to ani czas ani miejsce na udowadnianie wierności i lojalności. Dlatego po prostu westchnęła cicho.
- Porozmawiamy o tym innym razem.- Pogłaskała go po policzku po raz ostatni, po czym wreszcie cofnęła dłonie.- Myślę, że na razie świat potrzebuje wziąć głęboki oddech i odpocząć. Chociaż przez moment.