30.09.2025, 20:57 ✶
Pierwsze pytanie po prostu zbył. Powiedział przed chwilą o jaki wstęp chodziło i nie zamierzał strzępić języka li tylko z takiego powodu, że Thoedore nie potrafił się skupić, gdy było to prawdziwie potrzebne.
Kolejne wrzaski i sugestie tylko podnosiły mu ciśnienie, ale nic nie powiedział. Miał proste zadanie do wykonania. Tak wszyscy się umówili taki był plan, że spotkają się w Ministerstwie i nie zamierzał wyłamywać się z tego planu. Nikt nie powinien tego robić.
Przed teleportacją złapał go być może trochę za mocno.
W końcu jednak, gdy znaleźli się w Atrium, a Theo dalej się gorączkował, Anthony nie wytrzymał i złapał go za chachły po czym bezceremonialnie przycisnął do najbliższej ściany. Korzystał z elementu zaskoczenia, nie był w końcu wojownikiem, co nie zmieniało postaci rzeczy, że musieli sobie kilka spraw wyjaśnić, a miał wrażenie, że Theo choć dopytuje, to wcale go nie słucha.
- A wiesz czy ten przeklęty ogień lecący z nieba działa tak samo jak ogień w który możesz sobie wskakiwać i wyskakiwać do woli?! - wysyczał mu przez zaciśnięte zęby, wciąż przyciskając go do ściany, wysyczał prosto w gniewną twarz młokosa, który gotów był ryzykować własne życie w mmencie kiedy LEDWIE WCZORAJ metro prawie zawaliło mu się na głowę.
Kostki Anthony'ego bielały, a on nie zamierzał go wypuścić. Jeszcze nie.
- Twoja matka wyraźnie sobie zażyczyła zobaczyć się z Tobą tutaj. Taki był plan. Jeśli przekonasz ją do tego żeby biegać teraz po Londynie i bawić się w strażaka, nic mi do tego. Ale to z nią prowadź te negocjacje, a nie ze mną Thoedorze Nedzie Kelly! I wtedy będziesz mógł ze swoją dupą robić co tylko chcesz! - Odepchnął go w końcu, a może bardziej odepchnął siebie od niego. Odwrócił się i poprawił metodycznie mankiety koszuli, którą nosił pod szatą ministerialnego urzędnika wyższego szczebla, zaciskając szczękę tak mocno że ścięgno przy skroni bezceremonialnie ukazywały szarpiący nim gniew.
Trawiła gorączka. Trawił go niepochamowany strach. Trawiło go przekonanie, że w drzwiach atrium nie pojawi się ani Morpheus ani Jonathan. Na szczęście on nie musiał przekonywać Królowej Matki do swoich planów "zabawy w strażaka".
W Ministerstwie tymczasem pojawiało się coraz więcej ludzi. Margerity, Jaspera i Jonathana jeszcze nie było, podobnie jasna czupryna Charlie nie górowała nad zbierającymi się... mugolami? Może to mugolacy ściągający tu z niemagicznego Londynu. Nie przykładał do tego aż takiej wagi. Liczył, że jego słowa przemówią Theodorowi do rozsądku. Jeśli jakiegokolwiek szczątki tegoż jeszcze posiadał. Nie oglądał się na niego, wciąż wściekły, wciąż bezsilny.
- Mi też nie uśmiecha się czekanie. - dodał ciszej wygładzając czarną połę szaty. - Ale nie mamy wyjścia. Taki był plan. Charlie tu będzie lada moment, tak samo jak pozostali.
Kolejne wrzaski i sugestie tylko podnosiły mu ciśnienie, ale nic nie powiedział. Miał proste zadanie do wykonania. Tak wszyscy się umówili taki był plan, że spotkają się w Ministerstwie i nie zamierzał wyłamywać się z tego planu. Nikt nie powinien tego robić.
Przed teleportacją złapał go być może trochę za mocno.
W końcu jednak, gdy znaleźli się w Atrium, a Theo dalej się gorączkował, Anthony nie wytrzymał i złapał go za chachły po czym bezceremonialnie przycisnął do najbliższej ściany. Korzystał z elementu zaskoczenia, nie był w końcu wojownikiem, co nie zmieniało postaci rzeczy, że musieli sobie kilka spraw wyjaśnić, a miał wrażenie, że Theo choć dopytuje, to wcale go nie słucha.
- A wiesz czy ten przeklęty ogień lecący z nieba działa tak samo jak ogień w który możesz sobie wskakiwać i wyskakiwać do woli?! - wysyczał mu przez zaciśnięte zęby, wciąż przyciskając go do ściany, wysyczał prosto w gniewną twarz młokosa, który gotów był ryzykować własne życie w mmencie kiedy LEDWIE WCZORAJ metro prawie zawaliło mu się na głowę.
Kostki Anthony'ego bielały, a on nie zamierzał go wypuścić. Jeszcze nie.
- Twoja matka wyraźnie sobie zażyczyła zobaczyć się z Tobą tutaj. Taki był plan. Jeśli przekonasz ją do tego żeby biegać teraz po Londynie i bawić się w strażaka, nic mi do tego. Ale to z nią prowadź te negocjacje, a nie ze mną Thoedorze Nedzie Kelly! I wtedy będziesz mógł ze swoją dupą robić co tylko chcesz! - Odepchnął go w końcu, a może bardziej odepchnął siebie od niego. Odwrócił się i poprawił metodycznie mankiety koszuli, którą nosił pod szatą ministerialnego urzędnika wyższego szczebla, zaciskając szczękę tak mocno że ścięgno przy skroni bezceremonialnie ukazywały szarpiący nim gniew.
Trawiła gorączka. Trawił go niepochamowany strach. Trawiło go przekonanie, że w drzwiach atrium nie pojawi się ani Morpheus ani Jonathan. Na szczęście on nie musiał przekonywać Królowej Matki do swoich planów "zabawy w strażaka".
W Ministerstwie tymczasem pojawiało się coraz więcej ludzi. Margerity, Jaspera i Jonathana jeszcze nie było, podobnie jasna czupryna Charlie nie górowała nad zbierającymi się... mugolami? Może to mugolacy ściągający tu z niemagicznego Londynu. Nie przykładał do tego aż takiej wagi. Liczył, że jego słowa przemówią Theodorowi do rozsądku. Jeśli jakiegokolwiek szczątki tegoż jeszcze posiadał. Nie oglądał się na niego, wciąż wściekły, wciąż bezsilny.
- Mi też nie uśmiecha się czekanie. - dodał ciszej wygładzając czarną połę szaty. - Ale nie mamy wyjścia. Taki był plan. Charlie tu będzie lada moment, tak samo jak pozostali.